poniedziałek, 16 lutego 2015

Bądź moją Walentynką Pawle. I ty, Szymonie, Kubusiu, Marcelku...

A u mnie jak zwykle obsuwa:)
W kwestii Walentynek.  Chociaż z drugiej strony Ziutka cały czas po domu z wirusem się błąka i do przedszkola jeszcze swoich słit-gadżetów nie doniosła więc wszystko przed nami.
Jako że na całą grupę "straszaków" przypada zaledwie cztery sztuki dziewczynek mają owe sztuki szalone branie.  Co rusz to chłopaki się o nie kłócą, przytulają, całują po kątach, castingi przeróżne urządzają, obsypują podarunkami typu pierścionek z oczkiem lub tatuaż z gumy do żucia...  Żyć nie umierać.
Sytuacja ulega diametralnej przemianie w Walentynki.  Nagle trzeba się roztroić i zrewanżować wszelkim wielbicielom.  Ziutka miała swoją szansę.  Kilka dni usiłowałam dociec dla ilu narzeczonych robimy walentynki.  Liczba wahała się od 2 do 7.
- No Paweł i Szymon.
- A Kacper?
- No i Kacper.  On też mnie kocha.
- A Marcel?
- Nie, Marcel kocha Paulę.
I tak na okrągło.  Wreszcie decyzja zapadła - robimy dla wszystkich.
Ziuta wygrzebała resztki kredek woskowych, z ekstazą na twarzy połamała na drobiazgi i z namaszczeniem umieściła skomplikowane konstelacje kolorystyczne w silikonowych foremkach do muffinek.  Następnie matka Ziutki umieściła całość w nagrzanym do 180 stopni piekarniku aby po kilku minutach wyjąć płynne gorące woskowe serduszka.  Ziutka początkowo trochę kręciła zapchanym noskiem:
- No co, złe??
- No trochę takie... ziemniakowe.
Fakt.  Ale gdy ostygły i poobracałyśmy je okazały swoje piękniejsze oblicze.  Są fajne, niebanalne, kolorowe, w kształcie serca i można nimi rysować.  Czego sześciolatek może pragnąć więcej?
Tylko nie wiem kiedy Ziuta zdoła je wreszcie wręczyć bo jak już wróci do przedszkola to pewnie innych nie będzie - jakiś paskudny wirus zapanował w okolicy...



P.S.  Żeby nie było - dwaj najważniejsi absztyfikanci otrzymają do tego coś "extra" ;)

czwartek, 5 lutego 2015

Słit focie

Ziutostwo się nam przeziębia.  Jeszcze wczoraj wieczorem wywijała przewroty i fikała na skakance przygotowując się do przedszkolnego konkursu talentów, a tu rano jakiś taki brak humoru, coś tam gardło pobolewa, niby bez gorączki, a jednak jakoś inaczej...  Na wszelki zostałam z nią w domu wykorzystując święte prawo do sprawowania opieki przysługujące matkom małoletnich.  I teraz sobie czekamy - albo się rozejdzie, albo rozkręci - nie ma innej opcji.
Jakoś tuż po dziewiątej nagle ozdrowiała była do tego stopnia, że łazi za mną krok w krok i mędzi:

- Mamo, no pobaw się ze mną, no naprawdę chcę się pobawić, no mamo...
- A idźże ty się położyć!  Chora jesteś chyba, nie?  To wyleżeć trzeba!
- Już mnie gardełko nie boli, naprawdę...
- Pewnie, paracetamol zadziałał.  Jak przestanie, to zobaczysz.  Położyć się, ale już!

Nie posłuchała.  Już się przyzwyczailiśmy, że i tak zawsze zrobi co uzna za słuszne.  Takie geny.
W obawie przed zwariowaniem od tego marudzenia, chwyciłam telefon i zaczęłyśmy sobie robić durnowate słitfocie.  Nawet niezła zabawa.  Ściągnęłam jakieś mega-wypas-hiper-czad aplikacje z przeróżnymi filtrami i heja.  A tu z dzióbkiem, a tam z jęzorami na wierzchu, a to do góry nogami - niezła jazda:)







Dla zainteresowanych - zainstalowałam sobie Retrica i CandyCamera ze sklepu Play.  Dwie minuty zachodu, a cała kupa zabawy:)  No i teraz już chyba częściej coś wrzucę na Insta...
P.S.  Poza skaleczeniem palucha Ziuta już raczej nie wygląda na chorą, co nie?  Chyba dałam się nabrać...