piątek, 9 stycznia 2015

O mniejszych i większych dzieciakach oraz przebłyskach karnawału

- Proszę pani, a Natalka się całowała na chemii z Mateuszem!
- Ale co mnie to obchodzi..?
- Ej, nieprawda!  To nie było na chemii!
- Praktycznie to było na matematyce.
- Ale po co wy mi to w ogóle opowiadacie..?  Ja nie chcę wiedzieć!
- Wcale się nie całowałam!  Graliśmy w butelkę, miałam go pocałować w policzek, a on się w ostatniej chwili odwrócił...
- Proszę pani mogę się napić?  Została minuta.
- O matko, ale ja się za wami stęskniłam przez te święta...

Miało wyjść ironicznie, ale w sumie ja faktycznie ich lubię.  I wbrew pozorom nie przytoczyłam rozmowy przedszkolaków - to byli gimnazjaliści.
Mam nadzieję, że moje prywatne dziecko też trafi na nauczycieli, którzy pałają do dzieci choć odrobiną sympatii.  Patrząc po tym co się dzieje i po całym tym społecznym hejcie na nas zorientowanym, to za parę lat będzie wyjątkowo trudno wykrzesać z siebie jakiekolwiek pozytywne uczucia.  Nie zamierzam się rozpisywać, jaka to wymagająca praca i za jakie marne pieniądze.  Myślę, że każdy przeciętny Polak może napisać dokładnie to samo, jeśli pracę swoją traktuje serio i do obowiązków podchodzi rzetelnie.  Masa internetowych "komentatorów" pisze: "Nie podoba Ci się - zmień zajęcie".  Mądrale.  Zajęcie jest ok.  Reszta jest do dupy.  Łącznie z mało wydolnymi związkami zawodowymi.  Dla niezorientowanych w sytuacji: w przyszłym tygodniu trzy dni z rzędu wraz ze wszystkimi innymi pracownikami mojej szkoły nie wyjdę z pracy przed 19:00, a za nadgodziny nikt nam nie zapłaci.  I tak jest prawie co tydzień.  No, może co dwa.  Ciekawe czy jest to możliwe w jakimkolwiek innym zakładzie pracy..?
Ale co tam - życie pędzi, karnawał w pełni, przed nami okres intensywny imprezowo - dziś na przykład Ziuta przeżywa bal karnawałowy.   Ja przeżywam go od dwóch dni, bo dziecko moje cudne zażyczyło sobie kostiumu wikińskiej wojowniczki Astrid ("Jak wytresować smoka").  Z miłości człowiek jest w stanie zrobić wszystko.  Poświęciłam zatem dwa ostatnie popołudnio-wieczory na radosną twórczość z użyciem futrzanych skrawków, filcu, ćwieków, materiału skóropodobnego, rzemyków i różnych śmierdzących emalii i klejów.  Zakończyło się sukcesem.  Prawie.  Mój samozachwyt zakończyło jedno krótkie pytanie Ziuty: "Mamo, a smok..?"
Temu zadaniu nie udało mi się podołać.  Może gdybym miała jeszcze jedno popołudnie..;)
Toporek, nawiasem mówiąc arcydzieło per se, własnoręcznie wykonał Pan Ojciec.  Co prawda, rano zapomnieliśmy go zabrać, a ja zaliczyłam trzecie w karierze spóźnienie do pracy z powodu nieoczekiwanych trudności w pleceniu warkoczy, ale radość i duma Ziuty ("Moja mama mi to zrobiła!") oraz brak reprymendy w pracy czynią całe przedsięwzięcie wyjątkowo udanym - ze trzynaście różowo-fioletowych królewien/wróżek plus jeden Czerwony Kapturek, a w środku Ziuta the Brave, wymachująca toporkiem na prawo i lewo i wydająca niesprecyzowane dzikie okrzyki i groźne pomruki.
Z tego miejsca pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do naszego sukcesu, a w szczególności jednej nastolatce z drugiej klasy gimnazjum, która nie bacząc na mrozy pomknęła do domu by w zmarzniętej garści przynieść 40 ćwieków uprzednio odczepionych od starego paska.  I jak tu źle mówić o gimnazjalistach?  I jak tu zmienić zajęcie, kiedy oni są tacy fajni..?





P.S.  Dla zainteresowanych wykonaniem kostiumu: "spódniczka" Astrid wykonana została ze skaju, brązowych pasów filcowych, sznurka i ćwieków; naramienniki - pianka craftowa pocięta w pasy, zszyta, nabita ćwiekami i posrebrzona śmierdząca emalią i doszyta do koszulki dodatkowo obszytej skrawkiem futerka; opaska na głowie z popularnej sieciówki; toporek - trzonek plus pianka craftowa, rzemyki i srebrna emalia -  Ojciec-made; futrzane ocieplacze na nogi - zszyte kawałki dowolnego włochatego materiału; wszystkie "czaszki" wycięte z pianki craftowej, podrasowane markerami i doklejone gdzie trzeba na super-glue. Tyle.  A prezentuje się zacnie:)

5 komentarzy:

  1. Szacun! Chylę czołem ;-))))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Serio? A to moje pierwsze podejście było ... Dzięki:)

    OdpowiedzUsuń
  3. zacnie to jest MAŁO powiedziane ....jakby co zawsze możesz zmienić zajęcie i szyć stroje na przebierańce he ,he :))))))))))))) buziole :)

    OdpowiedzUsuń
  4. He he... Filipek: tyle mnie stresu to szycie kosztowało, że chyba jednak się nie przekwalifikuję... ;) Ale wszystkim dziękuję za miłe słowa:)

    OdpowiedzUsuń