poniedziałek, 5 stycznia 2015

Bieganie

Wreszcie się udało i po piątkowym falstarcie dojechaliśmy na biegówki.  W piątek, owszem, wstaliśmy szósta trzydzieści po czterech godzinach snu (nie myślcie sobie, "Wilka z Wall Street" oglądaliśmy do późna;), wypiłam mocną kawę na otrzeźwienie, po czym kolega zadzwonił, że kicha, wieje i ma lać i w ogóle bez sensu.  I ponoć niedziela pogodowo zapowiada się lepiej.
Pan Ojciec jak stał tak się z powrotem położył - dla niego zasypianie nie stanowi problemu w żadnych okolicznościach, a ja, po przedawkowaniu kofeiny, siedziałam jak zombie, z szeroko otwartymi oczami do czasu kiedy wreszcie całe moje jaśnie państwo pobudziło się.  Około dziesiątej.  Tjaaa...
W sobotni wieczór ustaliliśmy termin kolejnego podejścia i tym razem wyszło:)
Wyruszyliśmy z samego rańca, bo choć droga niedaleka - nie wiem, jakieś 50 km - to z reguły staramy się unikać tłoku.
W ciągu godziny drogi przejechaliśmy do innej strefy klimatycznej - z mokrego, burego poranka w zasypane do połowy znaki drogowe i śnieg walący po oczach.  Jednym słowem: PIĘKNIE :)
Ktoś nad nami czuwa - nie dość, że kiedy pojawiły się kłopoty ze stromym podjazdem przed autem pojawił się czeski pług śnieżny sypiący drogę drobnym żwirkiem, to jeszcze gdy na trasie śnieg ślady przysypał nadciągnął czeski ratrak i zrobił nam nowe...  Bez dwóch zdań - potrafią zadbać o turystę.  Chociaż z drugiej strony za parking tyle sobie liczą, że w razie rzeczywiście paskudnej pogody pewnie podleciał by po nas helikopter.
Wyjazd okazał się all inclusive - zawieje, zamiecie, gęsty śnieg, przebłyski słońca, wielkie zaspy, męczące podjazdy, wyczekiwane długie zjazdy - dostaliśmy wszystko.
Nasza przygoda z biegówkami zaczęła się jakieś 8 lat temu.  Początkowo nie chciało mi się wierzyć, że coś co ma bieganie w nazwie może być w jakikolwiek sposób przyjemne.  Ale, że do Jakuszyc mamy niedaleko...  I tak złapaliśmy bakcyla już po pierwszej wyprawie tak skutecznie, że całkiem odpuściliśmy narty zjazdowe.  Rok później dołączył do nas kolega oraz zakupiliśmy własny sprzęt (który w porównaniu do zjazdówek jest ze trzy razy tańszy), żeby już po miesiącu dowiedzieć się, że jestem w ciąży.   Coś tam niby próbowałam biegać, ale tak panicznie bałam się upadku, że zarzuciłam.  Od tego czasu okazjonalnie udało nam się pojechać na parę godzin to tu to tam, ale to wszystko.  A bieganie na nartach jest NAPRAWDĘ MEGA PRZYJEMNE.  No i - uwaga laski - przy takiej trasie jaką pokonaliśmy np. dzisiaj spalam przeciętnie ponad 1000 kalorii.  No?  I która tu się jeszcze waha?






P.S.  Zdjęcia, niestety, z komórki, bo kolega W. po zapakowaniu wielkiego termosu z pyszną herbatką i życie ratujących cukierków w czekoladzie aparatu już niestety nie zmieścił... Pozdrawiam:)
P.S.2.  Nasz niedzielny sukces na miarę Pucharu Świata w dużej mierze zawdzięczamy jednoosobowej samozwańczej ekipie smarującej narty w osobie Pana Ojca.  Niniejszym oficjalnie chylę czoła przed Samym Dobrem;)

5 komentarzy:

  1. Dla mnie narty , jakby ich nie zwał - tama nie do pokonania ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Poważnie zainteresowałaś mnie tymi biegówkami :) więcej takich postów poproszę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowita kobieta :) Podziwiam

    OdpowiedzUsuń
  4. O nie nie ! Nie zdradzę zjazdówek ....my dziś szaleliśmy na okolicznych górkach ...ach czuję że mam mięśnie ! wszędzie !

    OdpowiedzUsuń