czwartek, 29 stycznia 2015

Cud, bez dwóch zdań

Życie to jednak potrafi zaskoczyć.
W samym ubiegłym tygodniu zafundowało nam niespodziewane zejście w komplecie ze zmartwychwstaniem.
Idę ja sobie z rana nakarmić rybki, spoglądam zaspanym okiem, a tu krabikowe szczątki pływają z prądem.  Nie dało się ich z niczym pomylić, gdyż krabik za życia dysponował pięknymi czarno-niebieskimi odnóżami i to one właśnie - między innymi - unosiły się swobodnie pomiędzy falującymi koralowcami.  Zaraz za mną nadeszła Ziuta i tu dopiero zaczął się dramat: szok, łzy, żale ("Szkoda mi krabika, tak mi go szkoda..."), pierwsze niezdarne rozmowy o cyklu życia i śmierci, próby odwrócenia kota ogonem ("On ma teraz na pewno lepiej, patrz, tutaj już nawet skorupkę miał za ciasną, a tam to sobie pływa po Wielkiej Rafie...") i cała ta reszta.  Rybcie z Panem Żakiem (nasz krewetek) nie pomagały, zacięcie walcząc o krabikowe szczątki.  Takie życie.  Pewnie, że żal, ale szczerze powiem z całej tej rafy z krabikiem to akurat najmniej związałam się emocjonalnie.  Może dlatego, że wcale go nie było widać - siedział pod skałką i coś tam sobie zawsze dziobał tymi piętnastoma różnymi odnóżo - szczypcami w paseczki...
Jakoś przeboleliśmy stratę.  Postanowiłam uprzątnąć pozostałość typu muszelka później, jak już emocje opadną.  Albo może zostawić ją na wieczna pamiątkę...
A tu kolejnego dnia rano niezgorsza siurpryza: krabik jak gdyby nigdy nic popitala sobie po piaseczku, przebierając małymi pasiastymi nóżkami szybko jak nigdy wcześniej.  Zmartwychwstał, jak Boga kocham.  Zawołałam resztę rodziny aby wraz ze mną uczestniczyli w tym cudzie.  Ziuta rozpromieniona, Pan Ojciec chyba nieco zdegustowany - czasami naprawdę trudno odgadnąć po jego minie jakież to emocje targają tym posągiem.
Po dyskusjach i dywagacjach doszliśmy wspólnie do wniosku, że poprzedniego dnia opłakaliśmy sowicie krabią wylinkę.
Ot, taka ze mnie właśnie profesjonalna akwarystka...



 

* * *

Piszę sobie posta, a w tle taka rozmowa w pokoju Ziuty podczas zabawy klockami:
- Tata, robimy wojnę na statki!
- Dobra, dawaj.
- Ja tu mam hamulec.  A tu doszybczacz i średni.
- A to co jest?
- Kibelek!
- Yyyy... To ja sobie dobuduję dwie bomby.  Lewa mniejsza... he he...

Wariaty.



sobota, 24 stycznia 2015

Sprawna, zdrowa i szałowa

Ni stąd, ni zowąd zapoczątkowałam łańcuszek.  Fitnessowy.
Jakoś tak wyszło, że wraz z Nowym Rokiem przystąpiłam do biegania.  Pierwsze podejście poczyniłam jeszcze w listopadzie, ale w sposób chaotycznie spontaniczny.  A to nie po mojemu.  Jako posiadaczka osobowości obsesyjno-kompulsywnej do większości kwestii staram się podchodzić w sposób uporządkowany, z gotowym systemem i grafikiem.
I tak, od pierwszego stycznia CODZIENNIE biegam.  I jest to zupełnie niezwykłe, jako że bieganiem zwykłam gardzić już w czasach szkolnych.  Owszem, krótkie dystansy pokonywałam po mistrzowsku, jednakowoż dłuższe mnie nudziły, a wręcz powodowały chęć natychmiastowego rzucenia pawiem zaraz za pierwszym zakrętem.
No, ale COŚ PRZECIEŻ TRZEBA ROBIĆ.  Takie mamy czasy, że jak ktoś się sportem żadnym nie interesuje, to wychodzi na lamera.  W towarzystwie nie ma o czym pogadać, bo wszyscy o kaloriach, kilometrach, czelendżach i maratonach.  Oczywiście, z właściwą sobie bezczelnością, interpretuję takie zachowania jako łabędzi śpiew z okazji nadchodzącej - już mitycznej - czterdziechy.  Zwyczajnie popłynęłam z prądem;)  Żart.  A tak zupełnie szczerze - odczułam potrzebę ruchu.  Mam wrażenie, że to właśnie teraz muszę zrobić.  Poczuć moc, która jakoś tak w ostatnich latach ulatywała ze mnie jak z balonika...  Tja - moc uleciała a balonik został;)
Zatem truchtam ci ja sobie każdego dnia minimalnie 30 minut, we wspomnianym we wcześniejszym poście tempie niko niko, pokonując własne ograniczenia, poprawiając kondycję i - słowo daję - czerpiąc z tego coraz większą frajdę.  Zainwestowałam (głównie czas - w salonie spędziliśmy jakieś 2 godziny) w nowego fona z lepszym GPSem, naściągałam aplikacji, zarejestrowałam się gdzie tylko można, stworzyłam playlisty, nabyłam fajną bluzę na zimowe bieganie i pasujące do moich uszu (!) słuchawki i heja!
Bilans nad wyraz interesujący: w tym miesiącu (wliczając narty biegowe) ubiegłam już 130 kilometrów - czyli więcej niż w całym moim dotychczasowym życiu - przebiegłam ciurkiem 6 km i nawet zaliczyłam jedną spektakularną glebę w parku miejskim w samo południe...  Przygoda goni przygodę:)
Ale uwaga: to UZALEŻNIA.  Rano wstaję i już po cichu kombinuję jak, gdzie i kiedy.  Doczekać się nie mogę weekendu, bo wtedy z Panem Ojcem Przełaskawym podjeżdżamy do parku nad rzeką, gdzie biega mi się najlepiej.  Przed chwilą wróciłam z biegówek z mocno obolałym tyłkiem (w sensie nadwyrężenia mięśni) a już planuję wieczorne truchty.  Szał.
A dlaczego łańcuszek?  Bo z dnia na dzień obserwuję na "popularnym portalu społecznościowym na F" jak kolejne koleżanki z mojego rocznika podejmują wyzwanie, którego de facto wcale nie rzucałam.  Ale cieszę się, że nieświadomie zmotywowałam inne babki, bo, moje panie, czas najwyższy ruszyć tyłki - jeśli same o siebie nie zadbamy to nikt inny na pewno tego nie zrobi;)
Niniejszym ustanawiam taką rywalizację: "W kolejną dekadę życia wkroczę sprawna, zdrowa i szałowa!"  Która się przyłączy?

Dziś w roli ilustracji tematu posta buty do biegania.  Póki co nie mogę się zdecydować, czy iść w amortyzację, lekkość czy stabilność gdyż nie mam o tym bladego pojęcia.  Decyzja sama się podejmie jak mi się obecne obuwie ostatecznie rozpadnie.  Czyli wkrótce.
I jeden gadżet niezwykle, szalenie, nieodzownie konieczny.  Tak szczerze to nie wiem do czego on służy, ale jaki ładny..;)



Źródło zdjęć: www.zalando.pl

piątek, 9 stycznia 2015

O mniejszych i większych dzieciakach oraz przebłyskach karnawału

- Proszę pani, a Natalka się całowała na chemii z Mateuszem!
- Ale co mnie to obchodzi..?
- Ej, nieprawda!  To nie było na chemii!
- Praktycznie to było na matematyce.
- Ale po co wy mi to w ogóle opowiadacie..?  Ja nie chcę wiedzieć!
- Wcale się nie całowałam!  Graliśmy w butelkę, miałam go pocałować w policzek, a on się w ostatniej chwili odwrócił...
- Proszę pani mogę się napić?  Została minuta.
- O matko, ale ja się za wami stęskniłam przez te święta...

Miało wyjść ironicznie, ale w sumie ja faktycznie ich lubię.  I wbrew pozorom nie przytoczyłam rozmowy przedszkolaków - to byli gimnazjaliści.
Mam nadzieję, że moje prywatne dziecko też trafi na nauczycieli, którzy pałają do dzieci choć odrobiną sympatii.  Patrząc po tym co się dzieje i po całym tym społecznym hejcie na nas zorientowanym, to za parę lat będzie wyjątkowo trudno wykrzesać z siebie jakiekolwiek pozytywne uczucia.  Nie zamierzam się rozpisywać, jaka to wymagająca praca i za jakie marne pieniądze.  Myślę, że każdy przeciętny Polak może napisać dokładnie to samo, jeśli pracę swoją traktuje serio i do obowiązków podchodzi rzetelnie.  Masa internetowych "komentatorów" pisze: "Nie podoba Ci się - zmień zajęcie".  Mądrale.  Zajęcie jest ok.  Reszta jest do dupy.  Łącznie z mało wydolnymi związkami zawodowymi.  Dla niezorientowanych w sytuacji: w przyszłym tygodniu trzy dni z rzędu wraz ze wszystkimi innymi pracownikami mojej szkoły nie wyjdę z pracy przed 19:00, a za nadgodziny nikt nam nie zapłaci.  I tak jest prawie co tydzień.  No, może co dwa.  Ciekawe czy jest to możliwe w jakimkolwiek innym zakładzie pracy..?
Ale co tam - życie pędzi, karnawał w pełni, przed nami okres intensywny imprezowo - dziś na przykład Ziuta przeżywa bal karnawałowy.   Ja przeżywam go od dwóch dni, bo dziecko moje cudne zażyczyło sobie kostiumu wikińskiej wojowniczki Astrid ("Jak wytresować smoka").  Z miłości człowiek jest w stanie zrobić wszystko.  Poświęciłam zatem dwa ostatnie popołudnio-wieczory na radosną twórczość z użyciem futrzanych skrawków, filcu, ćwieków, materiału skóropodobnego, rzemyków i różnych śmierdzących emalii i klejów.  Zakończyło się sukcesem.  Prawie.  Mój samozachwyt zakończyło jedno krótkie pytanie Ziuty: "Mamo, a smok..?"
Temu zadaniu nie udało mi się podołać.  Może gdybym miała jeszcze jedno popołudnie..;)
Toporek, nawiasem mówiąc arcydzieło per se, własnoręcznie wykonał Pan Ojciec.  Co prawda, rano zapomnieliśmy go zabrać, a ja zaliczyłam trzecie w karierze spóźnienie do pracy z powodu nieoczekiwanych trudności w pleceniu warkoczy, ale radość i duma Ziuty ("Moja mama mi to zrobiła!") oraz brak reprymendy w pracy czynią całe przedsięwzięcie wyjątkowo udanym - ze trzynaście różowo-fioletowych królewien/wróżek plus jeden Czerwony Kapturek, a w środku Ziuta the Brave, wymachująca toporkiem na prawo i lewo i wydająca niesprecyzowane dzikie okrzyki i groźne pomruki.
Z tego miejsca pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do naszego sukcesu, a w szczególności jednej nastolatce z drugiej klasy gimnazjum, która nie bacząc na mrozy pomknęła do domu by w zmarzniętej garści przynieść 40 ćwieków uprzednio odczepionych od starego paska.  I jak tu źle mówić o gimnazjalistach?  I jak tu zmienić zajęcie, kiedy oni są tacy fajni..?





P.S.  Dla zainteresowanych wykonaniem kostiumu: "spódniczka" Astrid wykonana została ze skaju, brązowych pasów filcowych, sznurka i ćwieków; naramienniki - pianka craftowa pocięta w pasy, zszyta, nabita ćwiekami i posrebrzona śmierdząca emalią i doszyta do koszulki dodatkowo obszytej skrawkiem futerka; opaska na głowie z popularnej sieciówki; toporek - trzonek plus pianka craftowa, rzemyki i srebrna emalia -  Ojciec-made; futrzane ocieplacze na nogi - zszyte kawałki dowolnego włochatego materiału; wszystkie "czaszki" wycięte z pianki craftowej, podrasowane markerami i doklejone gdzie trzeba na super-glue. Tyle.  A prezentuje się zacnie:)

wtorek, 6 stycznia 2015

Kraina lodu

Jak powiedzieliśmy tak zrobiliśmy.
W dniu wczorajszym trzej królowie (R+W+D) plus dwie królowe udali się do Jakuszyc.  Jak tysiące innych ludzi przeróżnych narodowości.  Fakt, tłumy na trasach jak - nie przymierzając - na Krupówkach zimą, ale cała reszta istna bajka...
Już po drodze widoki mnie "z letka" przytkały.  Wreszcie rozumiem dlaczego Pan Ojciec wstaje świtem bladym i z aparatem pędzi na bezdroża.  Kolega W. tym razem nie odpuścił i aparat z rodzaju tych "na wypasie" zabrał.  I co z tego, jak perspektywa rychłego biegu bezlitośnie gnała Pana Ojca do przodu i udało się jedynie chaotycznie popstrykać komórką przez coraz brudniejsze szyby naszej "rakiety".  Słowo daję, zainwestuję w jakiś lepszy sprzęt mobilny, bo ta moja nędza już mnie do szewskiej pasji doprowadza.
Dojechali, wystartowali i pooojeeeechaliiii...
Trasa cudna, jak ktoś będzie w okolicy polecam gorąco (można mnie znaleźć na Endomondo, a co;) - 13 km, piękna pętelka, z początku lekki aczkolwiek ciut długi podjazd, potem pięknie z górki aż do schroniska "Orle", tam przerwa na gorącą zupkę i dalej w drogę powrotną, już po płaskim.
Pogoda wymarzona, słońce, czyste niebo, wszędzie biało no i skrzypi bo temperaturka w porywach do -9.  Dla w tej chwili stukających się w czoło - po rozgrzewce nie czuć zimna.  Serio serio:)
A dziś, wraz z całą wielką grupą nauczycieli-nierobów powróciłam do pracy.  Po osiemnastu dniach nieprzerwanego byczenia się.
Oj ciężko...






poniedziałek, 5 stycznia 2015

Bieganie

Wreszcie się udało i po piątkowym falstarcie dojechaliśmy na biegówki.  W piątek, owszem, wstaliśmy szósta trzydzieści po czterech godzinach snu (nie myślcie sobie, "Wilka z Wall Street" oglądaliśmy do późna;), wypiłam mocną kawę na otrzeźwienie, po czym kolega zadzwonił, że kicha, wieje i ma lać i w ogóle bez sensu.  I ponoć niedziela pogodowo zapowiada się lepiej.
Pan Ojciec jak stał tak się z powrotem położył - dla niego zasypianie nie stanowi problemu w żadnych okolicznościach, a ja, po przedawkowaniu kofeiny, siedziałam jak zombie, z szeroko otwartymi oczami do czasu kiedy wreszcie całe moje jaśnie państwo pobudziło się.  Około dziesiątej.  Tjaaa...
W sobotni wieczór ustaliliśmy termin kolejnego podejścia i tym razem wyszło:)
Wyruszyliśmy z samego rańca, bo choć droga niedaleka - nie wiem, jakieś 50 km - to z reguły staramy się unikać tłoku.
W ciągu godziny drogi przejechaliśmy do innej strefy klimatycznej - z mokrego, burego poranka w zasypane do połowy znaki drogowe i śnieg walący po oczach.  Jednym słowem: PIĘKNIE :)
Ktoś nad nami czuwa - nie dość, że kiedy pojawiły się kłopoty ze stromym podjazdem przed autem pojawił się czeski pług śnieżny sypiący drogę drobnym żwirkiem, to jeszcze gdy na trasie śnieg ślady przysypał nadciągnął czeski ratrak i zrobił nam nowe...  Bez dwóch zdań - potrafią zadbać o turystę.  Chociaż z drugiej strony za parking tyle sobie liczą, że w razie rzeczywiście paskudnej pogody pewnie podleciał by po nas helikopter.
Wyjazd okazał się all inclusive - zawieje, zamiecie, gęsty śnieg, przebłyski słońca, wielkie zaspy, męczące podjazdy, wyczekiwane długie zjazdy - dostaliśmy wszystko.
Nasza przygoda z biegówkami zaczęła się jakieś 8 lat temu.  Początkowo nie chciało mi się wierzyć, że coś co ma bieganie w nazwie może być w jakikolwiek sposób przyjemne.  Ale, że do Jakuszyc mamy niedaleko...  I tak złapaliśmy bakcyla już po pierwszej wyprawie tak skutecznie, że całkiem odpuściliśmy narty zjazdowe.  Rok później dołączył do nas kolega oraz zakupiliśmy własny sprzęt (który w porównaniu do zjazdówek jest ze trzy razy tańszy), żeby już po miesiącu dowiedzieć się, że jestem w ciąży.   Coś tam niby próbowałam biegać, ale tak panicznie bałam się upadku, że zarzuciłam.  Od tego czasu okazjonalnie udało nam się pojechać na parę godzin to tu to tam, ale to wszystko.  A bieganie na nartach jest NAPRAWDĘ MEGA PRZYJEMNE.  No i - uwaga laski - przy takiej trasie jaką pokonaliśmy np. dzisiaj spalam przeciętnie ponad 1000 kalorii.  No?  I która tu się jeszcze waha?






P.S.  Zdjęcia, niestety, z komórki, bo kolega W. po zapakowaniu wielkiego termosu z pyszną herbatką i życie ratujących cukierków w czekoladzie aparatu już niestety nie zmieścił... Pozdrawiam:)
P.S.2.  Nasz niedzielny sukces na miarę Pucharu Świata w dużej mierze zawdzięczamy jednoosobowej samozwańczej ekipie smarującej narty w osobie Pana Ojca.  Niniejszym oficjalnie chylę czoła przed Samym Dobrem;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Chciejstwa 2015

Moje chciejstwa ewoluują średnio raz na kwartał.  Niektóre znikają, inne mutują do czegoś większego, na bieżąco pojawia się też cała masa nowych.  Przedmioty, których pragnę.  Tak zwyczajnie mi się ich chce.  Jedne tak piękne, że aż boli, inne tak niepotrzebne jak kosztowne, a przy tym absolutnie niezwykłe, których straszne "chcenie" zamienia mnie w małą dziewczynkę marzącą o gwiazdce z nieba.  Przy silnej woli i uporze pewnie bym je sobie sprawiła.  Ale wtedy odarłabym je z połowy czarodziejskości.  Poza tym jest ich zbyt wiele i samo decydowanie, których chcę bardziej od innych to proces zbyt dla mnie bolesny.  Wolę zatem wzdychać i wyobrażać sobie, że jakiś przebogaty filantrop przeczyta tego posta i postanowi obsypać mnie wszystkimi tymi pięknymi rzeczami, żebym mogła się napawać ich widokiem.  Ot, taki ze mnie Gollum.
Zakupienie ich pociągnęłoby za sobą nieprzyjemnie uwierające wyrzuty sumienia, że zamiast kogoś wspomóc, podzielić się z tymi, którzy nie mają nic, idę w zbytki i luksusy...  Za to ślinić się nikt mi nie zabroni - ślinienie jest nieszkodliwe;)
Dziś malutki maluteńki kawałeczek całej długiej listy:

sobota, 3 stycznia 2015

Cannoli z cynamonowymi chipsami z tortilli czyli idealny wstęp do całorocznego fitnessu...

Dziś kulinarnie - na chwilę zawieszam pitolenie o "dupie Maryni" na rzecz pyszności.
Czynię to z pewną przewrotnością, najwyraźniej zakorzenioną w mojej naturze, ponieważ sama z początkiem stycznia - a nawet grudnia - przeszłam na fitnessową stronę mocy.  Nie wierzę w noworoczne postanowienia, dlatego też nie traktuję zmiany w taki sposób.  Zwyczajnie - zbliżam się do czterdziechy i zanim stetryczeję i zdziadzieję trochę jeszcze powalczę;)
Z okazji sylwestrowej domówki sporządziłam deser, który prezentował się nad wyraz imponująco pomiędzy rozmaitymi innymi imprezowymi przekąskami.  Było to pierwsze podejście, a jakoś tak czuję, że wykonany przeze mnie krem zagości jeszcze u nas w takiej czy innej postaci, ponieważ jest aksamitny, nie jest ordynarnie słodki i ma w sobie coś zupełnie nieoczywistego.  O czym ja tak ględzę?  O kremie do włoskich cannoli, który u nas wystąpił w roli głównej, z dodatkami w postaci tortillowych chipsów cynamonowych - zaskakująco pyszne połączenie!
Kolejny plus - robi się go w ekspresowym tempie.





K R E M    C A N N O L I    

Z    C Y N A M O N O W Y M I    C H I P S A M I    Z    T O R T I L L I

Składniki:

200 gr Mascarpone
400 gr Ricotty
200 gr śmietanki 30 % (nikt nie mówił, że będzie dietetycznie;)
cukier puder do smaku (kilka łyżek)
kawałki gorzkiej czekolady lub garść "chocolate chips" lub pokrojone niesolone pistacje
3-4 tortille
cynamon mielony

Aby zrobić krem należy dokładnie wymieszać oba serki (delikatnie, nie mikserem), następnie ubic śmietankę, dodawać ją do serków partiami i dalej delikatnie mieszać.  Na koniec dodać cukier puder do smaku i czekoladę lub pistacje - w zależności od upodobania.
Tortille pokroić w trójkąty i piec na patelni grillowej z obu stron aż będą chrupiące.  Uwaga - łatwo przypalić;)
Upieczone chipsy tortillowe oszczędnie posypać cukrem pudrem i cynamonem.
Zajadać, nabierając partie kremu na chipsa.
Nie przegiąć, bo zemdli;)

czwartek, 1 stycznia 2015

Nowe

No jak tam ludziska..?  Wytańczeni i sponiewierani czy wyspani i wyluzowani?
Kacyk rosołkiem popity?  Pewnie już po noworocznym spacerku?  My też.
Nowe przyszło.  A wraz z nowym lepszy nastrój, więcej optymizmu i nadziei, że jakoś tam w tym Nowym Roku będzie.  Może to przez słońce, może przez wciąż krążące po moim organizmie procenty, ale mam przeczucie, że to będzie dobry rok.
Nasza domówka sylwestrowa była szalona - jak każdego roku.  Tańce, hulanki, karaoke, fajerwerki, smaczne zakąski i kolorowe koktajle - wszystko czego potrzeba, żeby godnie przywitać Nowy Rok.
No, może z tym "godnie" to przeholowałam, pamiętając jak kilkanaście razy w ciągu minionej nocy wraz z Panem Ojcem siłą wyrywaliśmy sobie mikrofon przekonani, że najlepiej na świecie wykrzyczymy "Feliz Navidad", co z kolei przeplatało się z "Mam tę moc" skandowanym przez Ziutę, a okrutnie na różne sposoby przerabianym przez Pana Ojca oraz skomplikowanymi układami tanecznymi przy błyskach czołówki.  Alkohol zrobił swoje więc były i chwile wzruszenia przy klipie "Somewhere over the rainbow" Israela Kamakawiwo'ole i "Hallelujah" Kurta Nilsena...
Plus fajerwerki wystrzeliły przed dziesiątą co by Ziuta skorzystała przed zbliżającym się odpadnięciem, a szampan zapomniany w zamrażarce nam zamarzł i o północy siknął w kielichy lodową pianą.
Podsumowując - było fajowo :)









A w Nowym Roku 
życzę Wam wszystkim 
radości, zdrowia i duuużo miłości :)