niedziela, 1 listopada 2015

Sześciolatki - w ogóle i w szczególe

Szał ciał :)
W skrócie.
Początek września to dla nas chaos.  W tym roku, z dniem pierwszego września wkroczyłam na ścieżkę czystego szaleństwa, a wraz ze mną Pan Ojciec oraz małoletnia Zuzanna D.  Rzeczona małoletnia - niespełna sześć lat w pierwszej klasie to jednak mało, mówcie co chcecie - póki co radzi sobie wzorowo - pełen zachwyt ("Mamo, ja moją Panią U-WIEL-BIAM").  Wszystko jest super do tego stopnia, że jak nie może zostać w świetlicy - manipuluje krokodylimi łzami.
My z Panem Ojcem natomiast średnio na jeża.  Z nagła w kierat jak co roku.  Uroki pracy w oświacie.  Jednak tym razem zafundowaliśmy sobie apogeum chaosu: zaproponowano mi pracę z sześciolatkami i ja - wariatka - tę propozycje przyjęłam...
Otrzymałam zatem dwie pierwsze klasy z całym dobrodziejstwem inwentarza, typu: nadpobudliwości, gile z nosa, bieganie po klasie, próby odcięcia własnego nosa nożyczkami i takie tam.  Dziś mija drugi miesiąc, a ja głęboko się zastanawiam co mnie u licha podkusiło do podjęcia tej pracy ;)  Do tej pory - poza Ziutą i jej ziomkami - dzieciaki w tym wieku nie pojawiały się specjalnie często w moim życiu.  Wydawało mi się, że wszystkie będą podobne - takie małe, cudowne, przemądre i przekochane Ziuty...
Zonk!
Trzech chłopców od tygodni próbuje się pozabijać przeróżnymi metodami.  Kiedy usiłuję się z nimi bawić - ciągle mnie dotykają.  Jedna mała Ziuta na ten przykład wciąż kładzie mi rękę na głowie i się na mnie przewraca.  Mały Ziutek powiedział: "Prose Pani, wyglądas jak moja ciocia Marta" a inny na to: "Nie - jak Kopciusek w lesie"...  Kiedy przed uroczystymi obchodami Dnia Edukacji Narodowej szarpnęłam się na nowe rzęsy usłyszałam: "Masz oczy jak sowa"...  Albo mimo, że zakładam na zmianę "jedyne dwie" pary moich jesiennych botków - bo najwygodniejsze do tych dzieciakowych wygibasów - i tak mnie jeden taki brzdąc podsumował: "Czy Pani to musi codziennie inne buty zakładać..?"  Jakbym Pana Ojca słyszała...
Pani Dyrektor poinformowała mnie na samym początku, że szkoła kładzie nacisk na język angielski, stąd każda klasa ma pięć (!) godzin języka w tygodniu i po roku nauki NA PEWNO będą wspaniałe efekty...  Tja.  No nie wiem.  Jak przeżyję pierwszy semestr to dalej już będzie z górki.  Na razie po każdych zajęciach wychodzę spocona, oszołomiona i rozczochrana jak Baba Jaga.  Jeden plus - mam tyle ruchu, że zaoszczędzę na fitnesie.  Już nawet pojawiły się pierwsze zakwasy ;)
I tak sobie latam na dwie szkoły i w sumie nieźle się w tym wszystkim jednak odnajduję.  Lubię wyzwania, lubię nowe i ten rodzaj mobilizującego stresu.  I satysfakcję po fakcie:  jednak dałam radę :)  Moja kreatywność znalazła wreszcie ujście.  Już nie tylko na użytek bloga pichcę, kleję, wycinam, fotografuję czy piszę.  Teraz mają z tego pożytek i radochę śmieszne małe dzieciaki.  Nie zrozumcie mnie źle - w szkole, w której od piętnastu (!) lat pracuję również nieustannie staję na rzęsach aby czymś tę zblazowaną gimbazę rozruszać, zaciekawić czy choćby obudzić.  Ale po co to wszystko, jeśli parę dni temu przyszło NOWE i oświadczyło, że od września ja i Pan Ojciec zapewne nie będziemy mieli pracy..?
A tymczasem Ziuta stała się prawowitym sześciolatkiem, co hucznie obchodziliśmy w ostatni weekend.  Zyskała parę fajnych nowych fantów, po trochę wszystkiego: genialnie ilustrowane pozycje literatury dziecięcej, rodzinne planszówki na jesienno-zimowe wieczory, gadającego stwora, który zauroczył całą rodzinę (która jednak po chwili zapragnęła wyrzucić mu baterie), typowo babskie ustrojstwo, jak PIERWSZY W ŻYCIU (nietoksyczny) lakier do paznokci i błyskająca milionem świateł biżuteria i takie tam inne... Kilkudniowe obchody szczęśliwie dobiegły końca, wszyscy powróciliśmy do normalności (?) i życie się toczy jak wcześniej.
Może odrobinę szybciej.
A może tylko mnie... ;)
Do następnego!





-Pomyśl życzenie Ziutko!  Na pewno się sprawdzi!
- Chcę mieć pieska...
- ?!


wtorek, 11 sierpnia 2015

Wakacyjnie, wyjazdowo i remontowo

Hej żyjeta?
My i owszem :)
Coraz dłuższe te przerwy między postami - po czterech miechach to taki pościk powinien zakrawać na arcydziełko literacko-fotograficzne.  A tymczasem...
Cóż - zmiany, rewolucje, wyjazdy, remonty, przedszkola, szkoły - sama nie wiem o czym na pierwszy ogień.  Może z okazji upałów jednak wakacyjnie:
Pojechaliśmy byli na wczasy.  I tym razem nie nad (najpiękniejszy i najlepszy) polski Bałtyk.  Byliśmy ZAGRANICO.  Ha!  Jak zwykle stres przed podróżą mnie zżerał - bo długa jazda samochodem, bo Ziuta pierwszy raz w takie gorąco, bo jak ja wytrzymam te 30 stopni (he he - okazuje się, że jednak 30 to pikuś) kiedy po ciąży wszytko mi się poprzestawiało i nawet sauna już nie ten tego.  Jednak mając wciąż w pamięci pierwszy nasz wyjazd do Chorwacji (z 10 lat wstecz) kiedy trafiliśmy na prawie prywatną rajską plażę, krystaliczną wodę i cuuuudowne widoki musiałam zabrać tam Ziutkę.
Pojechaliśmy nieco bardziej na Północ niż za pierwszym razem - wybór padł na wyspę Vir.  Miejscówka sprawdzona przez znajomych z dziećmi niecałe dwa lata wcześniej czyli bez niespodzianek.  No prawie.  Dojechaliśmy z przerwą na nocleg na kempingu w Mariborze (cudnie - polecam).  Ja tam lubię wygodnie i czysto a z nocowania w namiocie już dawno wyrosłam, jednak tą miejscówkę z pewnością jeszcze odwiedzimy.  Ziuta jak to Ziuta - zachwycona.  Namiot rozstawiliśmy 5 metrów od fajowego pirackiego placu zabaw więc czego chcieć więcej..?
Dziecina nasza o dziwo lepiej zniosła długie godziny w samochodzie niż na przykład jej matka.  W drodze nauczyła się robić balony z gumy do żucia więc zapasik balonówy pozwolił w zupełności Panu Ojcu spokojnie prowadzić a Pani Matce co raz to odpływać w krainę snu...
Zajechaliśmy, rzuciliśmy toboły, wygrzebałam gdzieś w czeluściach kremy z filtrami i pobiegliśmy na pobliską plażę.
I tu zonk.  Myślałam, że po powrocie uduszę koleżankę M. gołymi rekami.  Niech licho porwie taką miejscówkę: jakaś wybetonowana plaża z drabinkami do zielono-zarośniętej wody, milion ludzi przewalających się z boku na bok na tym betonowym chodniku, widok na spalone słońcem i przesuszone nieużytki Pagu zamiast na bezkresne morze... Rozpacz na mojej twarzy była tak widoczna, że aż Pan Ojciec - normalnie naczelny maruda naszej trójki - półgębkiem wydał polecenie: "No rozchmurz się trochę" - i dyskretnie wskazał głową w stronę skonsternowanej Ziuty, która (absolutnie cudowna i wspaniała) próbowała uratować sytuację wołając: "Mamo, jest fajnie, naprawdę jest super, woda taka ciepła..."
Takie były początki.  Ale już kolejnego dnia rozpoczęliśmy eksplorację wyspy i tu niespodzianka za niespodzianką: publiczna plaża jak z folderu ze słomianymi parasolkami, leżaczkami, woda przejrzysta, bogate życie podwodne - wszystko czego mi było trzeba.  Na pierwsze dwa dni.  Żeby się wybyczyć i poczuć jakby-luksusowo.  A potem, kiedy już złapaliśmy oddech, znaleźliśmy miejsca bajkowe: całe przeciwległe wybrzeże wyspy to jedna nierealna dzika i kamienista plaża, w większości pusta, z lazurową wodą, pięknymi rybami, ba - całymi ławicami pływającymi wokół nurkujących, rozgwiazdami, podwodnymi skaliskami pieszczotliwie nazwanymi przez Pana Ojca Mordorem, widokiem na bezkres ewentualnie małe wysepki w oddali...  Ech, już tęsknię.
Ziuta złapała bakcyla, zakup dziecięcego zestawu do snorkelingu był strzałem w dziesiątkę, ale absolutnym hitem wyjazdu był aparat, który Ziutka otrzymała na z okazji Dnia Dziecka - taki kolorowy Nikonik, pierwotnie wcale nietraktowany przez nas poważnie.  Do czasu kiedy zrobiliśmy nim pierwsze podwodne fotki.  No ŁAŁ mili państwo.  GORĄCO POLECAM.  Praktycznie całe wczasy spędziliśmy pod wodą.  Zdjęć znad powierzchni mamy raptem kilka - tyle co w telefonach :)
Przypomniałam sobie jak bardzo lubię pływać.  Kiedyś przed pracą byłam w stanie lecieć z rana na basen ze trzy razy w tygodniu.  Chyba do tego wrócę :)  Jak się jakoś poukładamy we wrześniu, bo przewiduję, że będzie dziko: Ziuta idzie do pierwszej klasy jako - niespełna - sześciolatka.  Trochę się cieszę i trochę boję.  To normalne.  Oczywista przed Ziutą oficjalnie uprawiamy pozytywny PR - że przygoda, że nowe koleżanki, że fajna pani, wycieczki, biwaki, każdego dnia masa nowych rzeczy...
Ze swojej strony zrobiliśmy wszystko, żeby niczego jej nie zabrakło.  W ciągu dwóch tygodni pokój przedszkolaka przeszedł całkowita metamorfozę - jest tak fajny, że sama bym w nim zamieszkała.  A że jego fajność nijak się nie miała do reszty mieszkania - trzeba było kontrast zneutralizować.  Poszliśmy w malowanie, szlifowanie, przestawianie, kupowanie, itp.  Pan Ojciec początkowo totalnie mnie zaskoczył - zwykle tekst typu : "Musimy tu pomalować" wprowadzał go w stan przedzawałowy.  Tym razem z ironicznym poczuciem humoru ćwierkał prawie - radośnie: "Ty mi tylko pokazuj a ja tu wszytko poprzestawiam.  Będzie tak jak chcesz.  Tylko pokaż skąd dokąd.  Paluszkiem."  Węszyłam podstęp.  Śmierdziało na kilometr.  Ale co mi tam.  Co miałam do stracenia.  Pokazywałam.  Pomagałam.  Decydowałam.  Zmieniałam zdanie.  Hulaj dusza :)
Biedny, myślał, że to potrwa góra dwa dni, poprzestawia co się da i już wolne całe długie gorące godziny aby pieścić rower...
He he.  Remont wraz z zakupami w IKEA potrwał dwa i pół tygodnia.  Akurat tak się złożyło, że w tym samym czasie do Polski dotarło saharyjskie powietrze.  A my mieszkamy na poddaszu.  Muszę przyznać, że pod koniec sama już miałam dosyć.  JA.  Szorowałam zakamarki, malowałam futryny, myłam okna, skrobałam podłogę - a pot ściekał mi do oczu i powodował pieczenie.  W życiu tak nie miałam.  Piłam wodę litrami po to aby chwile później ją całą wypocić.  Bilans na plus:  skóra oczyszczona z toksyn promienieje tak samo jak pokój pierwszoklasistki i reszta naszego em.  Pokażę, pokażę, jak kolega W. odda statyw bo pożyczył był i se używa.  A niech ma :)  W tym upale i tak fotek nie porobię, chyba, że wieczorem...
Zatem jak mawia Ziuta - nara, widzimy się zara :)
Fotki z wakacji, bo pod ręką i nie trzeba przy nich robić.  Pokazywałam wcześniej na fejsiku więc kto wcześniej oglądał może się odmeldować;)
















poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Po staremu, po nowemu

Matko, toż to prawie dwa miechy jak mnie tu nie było...
Ja nie wiem, naprawdę, gdzie ten cały czas popłynął.  No - trochę wiem - zwyczajne życie go wsiorbało.  Ale i muszę uczciwie przyznać, że mi cały ten zapał do blogowania z różnych względów przeminął.  Z początku nieźle się tym bawiłam, z każdym wpisem zyskiwałam nowe umiejętności i znajomości, cieszyło mnie sporadyczne przeglądanie starszych postów i zdjęć prawie jakbym oglądała album z zamierzchłej przeszłości.
Potem okazało się, że blog zyskał na popularności w kręgach niekoniecznie będących moim targetem i jakoś tak powietrze ze mnie uszło...
Jednak życie nie znosi pustki, a już nasze wybitnie, dlatego zrekompensowało ochłodzenie na jednym polu erupcjami wulkanicznymi na pozostałych.
I tak w naszym (wspólnym - było nie było pracujemy razem) życiu zawodowym wielkie zmiany na horyzoncie: ja po kilkuletniej przygodzie z marketingiem, zarządzaniem, PR-em, wynieś-przynieś-pozamiataj-ingiem wkrótce powrócę do tego co lubię i potrafię najlepiej - pracy z młodzieżą.  W tym się odnajduję, to daje mi satysfakcję i powód, żeby w ogóle rano wyjść z domu w celach zarobkowych.  A jeśli mam tak z rana wychodzić przez najbliższe trzydzieści lat, to MUSZĘ mieć zajęcie, z którego można czerpać przyjemność, a nie takie, które powoduje, że po przyjściu do domu przez pierwszą godzinę chcę się zamknąć w szafie i krzyczeć w poduszkę;)  O tym, czy właśnie podjęliśmy dobrą czy złą decyzję, mogącą zaważyć na reszcie naszego życia świadczą zazwyczaj emocje "day-after": ja zorientowałam się głównie po huku z jakim zleciał mi kamień z serca... i po wielkim bananie na twarzy, który migał jak tylko mijałam lustro w łazience.
U Pana Ojca też zmiany i to nie byle jakie.  Ale pisać o tym nie będę, gdyż nie mam autoryzacji :)  Sam fakt, że zajdzie JAKAKOLWIEK zmiana jest już rewolucją w życiu naszego prywatnego domowego Dalajlamy.  Ale trzymam kciuki i oświadczam publicznie: zaimponowałeś mi gościu - zobaczysz, będzie fajnie!
Dla zainteresowanych rozwojem mojej joggingowej kariery - ma się świetnie.  Wręcz kwitnie, a nawet wspiera mój rozwój towarzyski - pojawiła się bowiem w moim życiu nowa kategoria znajomych: znajomi od fitnessu.  Mam z kim pobiegać, obgadać trasy, porównywać tętno i osiągi, czerpać motywację i pomysły.  Nie będę ściemniać - daleko mi do Bena Johnsona.  Moje tempo wciąż oscyluje wokół 8 minut na kilometr.  Ale za to zbliżam się do Gebre Selassie - potrafię już cięgiem przebiec 8 km bez umierania.  Z uśmiechem na twarzy.  Nie do końca kumam o co chodzi w endorfinach, ale faktycznie coś w tym jest - najwspanialszy moment w ciągu całego dnia to pierwsze trzy minuty po skończonym biegu: micha się cieszy, serce wali z radości, a ja mam wrażenie, że moje 8 kilometrów to sukces na miarę maratonu:)
I kocham te moje super-ultra-świecące-w-ciemności buty.  Za wszystko.  I za to, że przez ostatnie trzy miesiące nie biegałam może w sumie z 5 dni, i to nie przez ból w kończynach - zwyczajnie, głowa mnie ćmiła...
Po drodze jak to w życiu wydarzyła się cała masa przeróżnych rzeczy - na ogół pozytywnych.  Ziuta zaliczyła pierwsze w życiu zjazdówki (i złapała bakcyla!), celebrowaliśmy urodziny Pana Ojca, zaklepaliśmy wymarzone wczasy (hurrra!), zdecydowaliśmy do której szkoły poślemy od września na zatracenie naszą jedynaczkę, przygotowaliśmy święta...
No i już.
Święta się właśnie kończą, po wspólnym gotowaniu, siedzeniu, jedzeniu i piciu każdy zajął już swój stały kącik i w spokoju dochodzi do siebie.  Jeszcze jutro wolne, a potem powrót do rutyny.  Chociaż zauważyłam, że w tym naszym życiu nie ma co się za bardzo do czegokolwiek przyzwyczajać: jak tylko popadniemy w jakąś stabilizację-stagnację od razu jebut i rewolucja na horyzoncie:)

Kilka migawek z ostatnich tygodni.
Na ostatnim zobrazowałam jakże huczne nadejście wiosny...








Do następnego;)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Bądź moją Walentynką Pawle. I ty, Szymonie, Kubusiu, Marcelku...

A u mnie jak zwykle obsuwa:)
W kwestii Walentynek.  Chociaż z drugiej strony Ziutka cały czas po domu z wirusem się błąka i do przedszkola jeszcze swoich słit-gadżetów nie doniosła więc wszystko przed nami.
Jako że na całą grupę "straszaków" przypada zaledwie cztery sztuki dziewczynek mają owe sztuki szalone branie.  Co rusz to chłopaki się o nie kłócą, przytulają, całują po kątach, castingi przeróżne urządzają, obsypują podarunkami typu pierścionek z oczkiem lub tatuaż z gumy do żucia...  Żyć nie umierać.
Sytuacja ulega diametralnej przemianie w Walentynki.  Nagle trzeba się roztroić i zrewanżować wszelkim wielbicielom.  Ziutka miała swoją szansę.  Kilka dni usiłowałam dociec dla ilu narzeczonych robimy walentynki.  Liczba wahała się od 2 do 7.
- No Paweł i Szymon.
- A Kacper?
- No i Kacper.  On też mnie kocha.
- A Marcel?
- Nie, Marcel kocha Paulę.
I tak na okrągło.  Wreszcie decyzja zapadła - robimy dla wszystkich.
Ziuta wygrzebała resztki kredek woskowych, z ekstazą na twarzy połamała na drobiazgi i z namaszczeniem umieściła skomplikowane konstelacje kolorystyczne w silikonowych foremkach do muffinek.  Następnie matka Ziutki umieściła całość w nagrzanym do 180 stopni piekarniku aby po kilku minutach wyjąć płynne gorące woskowe serduszka.  Ziutka początkowo trochę kręciła zapchanym noskiem:
- No co, złe??
- No trochę takie... ziemniakowe.
Fakt.  Ale gdy ostygły i poobracałyśmy je okazały swoje piękniejsze oblicze.  Są fajne, niebanalne, kolorowe, w kształcie serca i można nimi rysować.  Czego sześciolatek może pragnąć więcej?
Tylko nie wiem kiedy Ziuta zdoła je wreszcie wręczyć bo jak już wróci do przedszkola to pewnie innych nie będzie - jakiś paskudny wirus zapanował w okolicy...



P.S.  Żeby nie było - dwaj najważniejsi absztyfikanci otrzymają do tego coś "extra" ;)

czwartek, 5 lutego 2015

Słit focie

Ziutostwo się nam przeziębia.  Jeszcze wczoraj wieczorem wywijała przewroty i fikała na skakance przygotowując się do przedszkolnego konkursu talentów, a tu rano jakiś taki brak humoru, coś tam gardło pobolewa, niby bez gorączki, a jednak jakoś inaczej...  Na wszelki zostałam z nią w domu wykorzystując święte prawo do sprawowania opieki przysługujące matkom małoletnich.  I teraz sobie czekamy - albo się rozejdzie, albo rozkręci - nie ma innej opcji.
Jakoś tuż po dziewiątej nagle ozdrowiała była do tego stopnia, że łazi za mną krok w krok i mędzi:

- Mamo, no pobaw się ze mną, no naprawdę chcę się pobawić, no mamo...
- A idźże ty się położyć!  Chora jesteś chyba, nie?  To wyleżeć trzeba!
- Już mnie gardełko nie boli, naprawdę...
- Pewnie, paracetamol zadziałał.  Jak przestanie, to zobaczysz.  Położyć się, ale już!

Nie posłuchała.  Już się przyzwyczailiśmy, że i tak zawsze zrobi co uzna za słuszne.  Takie geny.
W obawie przed zwariowaniem od tego marudzenia, chwyciłam telefon i zaczęłyśmy sobie robić durnowate słitfocie.  Nawet niezła zabawa.  Ściągnęłam jakieś mega-wypas-hiper-czad aplikacje z przeróżnymi filtrami i heja.  A tu z dzióbkiem, a tam z jęzorami na wierzchu, a to do góry nogami - niezła jazda:)







Dla zainteresowanych - zainstalowałam sobie Retrica i CandyCamera ze sklepu Play.  Dwie minuty zachodu, a cała kupa zabawy:)  No i teraz już chyba częściej coś wrzucę na Insta...
P.S.  Poza skaleczeniem palucha Ziuta już raczej nie wygląda na chorą, co nie?  Chyba dałam się nabrać...

czwartek, 29 stycznia 2015

Cud, bez dwóch zdań

Życie to jednak potrafi zaskoczyć.
W samym ubiegłym tygodniu zafundowało nam niespodziewane zejście w komplecie ze zmartwychwstaniem.
Idę ja sobie z rana nakarmić rybki, spoglądam zaspanym okiem, a tu krabikowe szczątki pływają z prądem.  Nie dało się ich z niczym pomylić, gdyż krabik za życia dysponował pięknymi czarno-niebieskimi odnóżami i to one właśnie - między innymi - unosiły się swobodnie pomiędzy falującymi koralowcami.  Zaraz za mną nadeszła Ziuta i tu dopiero zaczął się dramat: szok, łzy, żale ("Szkoda mi krabika, tak mi go szkoda..."), pierwsze niezdarne rozmowy o cyklu życia i śmierci, próby odwrócenia kota ogonem ("On ma teraz na pewno lepiej, patrz, tutaj już nawet skorupkę miał za ciasną, a tam to sobie pływa po Wielkiej Rafie...") i cała ta reszta.  Rybcie z Panem Żakiem (nasz krewetek) nie pomagały, zacięcie walcząc o krabikowe szczątki.  Takie życie.  Pewnie, że żal, ale szczerze powiem z całej tej rafy z krabikiem to akurat najmniej związałam się emocjonalnie.  Może dlatego, że wcale go nie było widać - siedział pod skałką i coś tam sobie zawsze dziobał tymi piętnastoma różnymi odnóżo - szczypcami w paseczki...
Jakoś przeboleliśmy stratę.  Postanowiłam uprzątnąć pozostałość typu muszelka później, jak już emocje opadną.  Albo może zostawić ją na wieczna pamiątkę...
A tu kolejnego dnia rano niezgorsza siurpryza: krabik jak gdyby nigdy nic popitala sobie po piaseczku, przebierając małymi pasiastymi nóżkami szybko jak nigdy wcześniej.  Zmartwychwstał, jak Boga kocham.  Zawołałam resztę rodziny aby wraz ze mną uczestniczyli w tym cudzie.  Ziuta rozpromieniona, Pan Ojciec chyba nieco zdegustowany - czasami naprawdę trudno odgadnąć po jego minie jakież to emocje targają tym posągiem.
Po dyskusjach i dywagacjach doszliśmy wspólnie do wniosku, że poprzedniego dnia opłakaliśmy sowicie krabią wylinkę.
Ot, taka ze mnie właśnie profesjonalna akwarystka...



 

* * *

Piszę sobie posta, a w tle taka rozmowa w pokoju Ziuty podczas zabawy klockami:
- Tata, robimy wojnę na statki!
- Dobra, dawaj.
- Ja tu mam hamulec.  A tu doszybczacz i średni.
- A to co jest?
- Kibelek!
- Yyyy... To ja sobie dobuduję dwie bomby.  Lewa mniejsza... he he...

Wariaty.



sobota, 24 stycznia 2015

Sprawna, zdrowa i szałowa

Ni stąd, ni zowąd zapoczątkowałam łańcuszek.  Fitnessowy.
Jakoś tak wyszło, że wraz z Nowym Rokiem przystąpiłam do biegania.  Pierwsze podejście poczyniłam jeszcze w listopadzie, ale w sposób chaotycznie spontaniczny.  A to nie po mojemu.  Jako posiadaczka osobowości obsesyjno-kompulsywnej do większości kwestii staram się podchodzić w sposób uporządkowany, z gotowym systemem i grafikiem.
I tak, od pierwszego stycznia CODZIENNIE biegam.  I jest to zupełnie niezwykłe, jako że bieganiem zwykłam gardzić już w czasach szkolnych.  Owszem, krótkie dystansy pokonywałam po mistrzowsku, jednakowoż dłuższe mnie nudziły, a wręcz powodowały chęć natychmiastowego rzucenia pawiem zaraz za pierwszym zakrętem.
No, ale COŚ PRZECIEŻ TRZEBA ROBIĆ.  Takie mamy czasy, że jak ktoś się sportem żadnym nie interesuje, to wychodzi na lamera.  W towarzystwie nie ma o czym pogadać, bo wszyscy o kaloriach, kilometrach, czelendżach i maratonach.  Oczywiście, z właściwą sobie bezczelnością, interpretuję takie zachowania jako łabędzi śpiew z okazji nadchodzącej - już mitycznej - czterdziechy.  Zwyczajnie popłynęłam z prądem;)  Żart.  A tak zupełnie szczerze - odczułam potrzebę ruchu.  Mam wrażenie, że to właśnie teraz muszę zrobić.  Poczuć moc, która jakoś tak w ostatnich latach ulatywała ze mnie jak z balonika...  Tja - moc uleciała a balonik został;)
Zatem truchtam ci ja sobie każdego dnia minimalnie 30 minut, we wspomnianym we wcześniejszym poście tempie niko niko, pokonując własne ograniczenia, poprawiając kondycję i - słowo daję - czerpiąc z tego coraz większą frajdę.  Zainwestowałam (głównie czas - w salonie spędziliśmy jakieś 2 godziny) w nowego fona z lepszym GPSem, naściągałam aplikacji, zarejestrowałam się gdzie tylko można, stworzyłam playlisty, nabyłam fajną bluzę na zimowe bieganie i pasujące do moich uszu (!) słuchawki i heja!
Bilans nad wyraz interesujący: w tym miesiącu (wliczając narty biegowe) ubiegłam już 130 kilometrów - czyli więcej niż w całym moim dotychczasowym życiu - przebiegłam ciurkiem 6 km i nawet zaliczyłam jedną spektakularną glebę w parku miejskim w samo południe...  Przygoda goni przygodę:)
Ale uwaga: to UZALEŻNIA.  Rano wstaję i już po cichu kombinuję jak, gdzie i kiedy.  Doczekać się nie mogę weekendu, bo wtedy z Panem Ojcem Przełaskawym podjeżdżamy do parku nad rzeką, gdzie biega mi się najlepiej.  Przed chwilą wróciłam z biegówek z mocno obolałym tyłkiem (w sensie nadwyrężenia mięśni) a już planuję wieczorne truchty.  Szał.
A dlaczego łańcuszek?  Bo z dnia na dzień obserwuję na "popularnym portalu społecznościowym na F" jak kolejne koleżanki z mojego rocznika podejmują wyzwanie, którego de facto wcale nie rzucałam.  Ale cieszę się, że nieświadomie zmotywowałam inne babki, bo, moje panie, czas najwyższy ruszyć tyłki - jeśli same o siebie nie zadbamy to nikt inny na pewno tego nie zrobi;)
Niniejszym ustanawiam taką rywalizację: "W kolejną dekadę życia wkroczę sprawna, zdrowa i szałowa!"  Która się przyłączy?

Dziś w roli ilustracji tematu posta buty do biegania.  Póki co nie mogę się zdecydować, czy iść w amortyzację, lekkość czy stabilność gdyż nie mam o tym bladego pojęcia.  Decyzja sama się podejmie jak mi się obecne obuwie ostatecznie rozpadnie.  Czyli wkrótce.
I jeden gadżet niezwykle, szalenie, nieodzownie konieczny.  Tak szczerze to nie wiem do czego on służy, ale jaki ładny..;)



Źródło zdjęć: www.zalando.pl

piątek, 9 stycznia 2015

O mniejszych i większych dzieciakach oraz przebłyskach karnawału

- Proszę pani, a Natalka się całowała na chemii z Mateuszem!
- Ale co mnie to obchodzi..?
- Ej, nieprawda!  To nie było na chemii!
- Praktycznie to było na matematyce.
- Ale po co wy mi to w ogóle opowiadacie..?  Ja nie chcę wiedzieć!
- Wcale się nie całowałam!  Graliśmy w butelkę, miałam go pocałować w policzek, a on się w ostatniej chwili odwrócił...
- Proszę pani mogę się napić?  Została minuta.
- O matko, ale ja się za wami stęskniłam przez te święta...

Miało wyjść ironicznie, ale w sumie ja faktycznie ich lubię.  I wbrew pozorom nie przytoczyłam rozmowy przedszkolaków - to byli gimnazjaliści.
Mam nadzieję, że moje prywatne dziecko też trafi na nauczycieli, którzy pałają do dzieci choć odrobiną sympatii.  Patrząc po tym co się dzieje i po całym tym społecznym hejcie na nas zorientowanym, to za parę lat będzie wyjątkowo trudno wykrzesać z siebie jakiekolwiek pozytywne uczucia.  Nie zamierzam się rozpisywać, jaka to wymagająca praca i za jakie marne pieniądze.  Myślę, że każdy przeciętny Polak może napisać dokładnie to samo, jeśli pracę swoją traktuje serio i do obowiązków podchodzi rzetelnie.  Masa internetowych "komentatorów" pisze: "Nie podoba Ci się - zmień zajęcie".  Mądrale.  Zajęcie jest ok.  Reszta jest do dupy.  Łącznie z mało wydolnymi związkami zawodowymi.  Dla niezorientowanych w sytuacji: w przyszłym tygodniu trzy dni z rzędu wraz ze wszystkimi innymi pracownikami mojej szkoły nie wyjdę z pracy przed 19:00, a za nadgodziny nikt nam nie zapłaci.  I tak jest prawie co tydzień.  No, może co dwa.  Ciekawe czy jest to możliwe w jakimkolwiek innym zakładzie pracy..?
Ale co tam - życie pędzi, karnawał w pełni, przed nami okres intensywny imprezowo - dziś na przykład Ziuta przeżywa bal karnawałowy.   Ja przeżywam go od dwóch dni, bo dziecko moje cudne zażyczyło sobie kostiumu wikińskiej wojowniczki Astrid ("Jak wytresować smoka").  Z miłości człowiek jest w stanie zrobić wszystko.  Poświęciłam zatem dwa ostatnie popołudnio-wieczory na radosną twórczość z użyciem futrzanych skrawków, filcu, ćwieków, materiału skóropodobnego, rzemyków i różnych śmierdzących emalii i klejów.  Zakończyło się sukcesem.  Prawie.  Mój samozachwyt zakończyło jedno krótkie pytanie Ziuty: "Mamo, a smok..?"
Temu zadaniu nie udało mi się podołać.  Może gdybym miała jeszcze jedno popołudnie..;)
Toporek, nawiasem mówiąc arcydzieło per se, własnoręcznie wykonał Pan Ojciec.  Co prawda, rano zapomnieliśmy go zabrać, a ja zaliczyłam trzecie w karierze spóźnienie do pracy z powodu nieoczekiwanych trudności w pleceniu warkoczy, ale radość i duma Ziuty ("Moja mama mi to zrobiła!") oraz brak reprymendy w pracy czynią całe przedsięwzięcie wyjątkowo udanym - ze trzynaście różowo-fioletowych królewien/wróżek plus jeden Czerwony Kapturek, a w środku Ziuta the Brave, wymachująca toporkiem na prawo i lewo i wydająca niesprecyzowane dzikie okrzyki i groźne pomruki.
Z tego miejsca pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do naszego sukcesu, a w szczególności jednej nastolatce z drugiej klasy gimnazjum, która nie bacząc na mrozy pomknęła do domu by w zmarzniętej garści przynieść 40 ćwieków uprzednio odczepionych od starego paska.  I jak tu źle mówić o gimnazjalistach?  I jak tu zmienić zajęcie, kiedy oni są tacy fajni..?





P.S.  Dla zainteresowanych wykonaniem kostiumu: "spódniczka" Astrid wykonana została ze skaju, brązowych pasów filcowych, sznurka i ćwieków; naramienniki - pianka craftowa pocięta w pasy, zszyta, nabita ćwiekami i posrebrzona śmierdząca emalią i doszyta do koszulki dodatkowo obszytej skrawkiem futerka; opaska na głowie z popularnej sieciówki; toporek - trzonek plus pianka craftowa, rzemyki i srebrna emalia -  Ojciec-made; futrzane ocieplacze na nogi - zszyte kawałki dowolnego włochatego materiału; wszystkie "czaszki" wycięte z pianki craftowej, podrasowane markerami i doklejone gdzie trzeba na super-glue. Tyle.  A prezentuje się zacnie:)

wtorek, 6 stycznia 2015

Kraina lodu

Jak powiedzieliśmy tak zrobiliśmy.
W dniu wczorajszym trzej królowie (R+W+D) plus dwie królowe udali się do Jakuszyc.  Jak tysiące innych ludzi przeróżnych narodowości.  Fakt, tłumy na trasach jak - nie przymierzając - na Krupówkach zimą, ale cała reszta istna bajka...
Już po drodze widoki mnie "z letka" przytkały.  Wreszcie rozumiem dlaczego Pan Ojciec wstaje świtem bladym i z aparatem pędzi na bezdroża.  Kolega W. tym razem nie odpuścił i aparat z rodzaju tych "na wypasie" zabrał.  I co z tego, jak perspektywa rychłego biegu bezlitośnie gnała Pana Ojca do przodu i udało się jedynie chaotycznie popstrykać komórką przez coraz brudniejsze szyby naszej "rakiety".  Słowo daję, zainwestuję w jakiś lepszy sprzęt mobilny, bo ta moja nędza już mnie do szewskiej pasji doprowadza.
Dojechali, wystartowali i pooojeeeechaliiii...
Trasa cudna, jak ktoś będzie w okolicy polecam gorąco (można mnie znaleźć na Endomondo, a co;) - 13 km, piękna pętelka, z początku lekki aczkolwiek ciut długi podjazd, potem pięknie z górki aż do schroniska "Orle", tam przerwa na gorącą zupkę i dalej w drogę powrotną, już po płaskim.
Pogoda wymarzona, słońce, czyste niebo, wszędzie biało no i skrzypi bo temperaturka w porywach do -9.  Dla w tej chwili stukających się w czoło - po rozgrzewce nie czuć zimna.  Serio serio:)
A dziś, wraz z całą wielką grupą nauczycieli-nierobów powróciłam do pracy.  Po osiemnastu dniach nieprzerwanego byczenia się.
Oj ciężko...