niedziela, 28 grudnia 2014

Śmiać się czy płakać..?

No i wróciliśmy.
Fajnie i niefajnie.  Czar prysł, magiczny pył opadł, jasne pranie już zrobiłam, ciemne czeka.
Kolacja na stole - bynajmniej sama nie przyszła.
Chociaż dziadki przywitały nas obiadkiem niedzielnym niezgorszym - cieplutkim i pysznym - mniam!
A jednak trochę żal.
Na podwórku śniegu mniej, więcej szaro-zielonego w krajobrazie przebija, Ojciec już pognał na mecz - temu to święta się nie kończą: jeszcze się dobrze z hotelu nie wymeldowaliśmy, a już kolega z propozycją nie-do-odrzucenia zadzwonił i wolne miejsce z karnetu zaoferował...  Tylko brać.
Obiektywnie patrząc to coraz ciaśniejszy ma swój fitnessowo-towarzyski grafik.  Z tą okrutną prawdą zderzyłam się kiedy próbowałam zarezerwować bilety na najbliższy seans "Hobbita": dzisiaj nie bo mecz, jutro squash, dzień później kosz, zostaje środa.  No pięknie - w Sylwestra wieczorem??  Po moim trupie.  Idę jutro.  Sama.  Albo z kimś.  Cholera dosyć tego.  Stworzy taki bidak wokół siebie otoczkę "ciemiężonego pantoflarza" tak skutecznie i tak sprytnie, że sama w nią uwierzę i potem nękana żalem i wyrzutami sumienia nawet nie pisnę jak w każde popołudnie z wrodzoną sobie subtelnością wymknie się na kilka godzin "wypocić dla zdrowotności".  A mi tyłek rośnie.
Ale, ale - znalazłam pod choinką wspomaganie.  Dwa dużo mówiące tytuły: "Slow jogging" (zapewne przytyk do tempa moich wieczornych biegów grudniowych, ale mnie to nie rusza i z uśmiechem na ustach przechodzę na japońskie tempo niko niko) oraz "Jak lepiej jeździć konno - w czym tkwi problem?"  No comments...

* * *

Epilog
(z ostatniej chwili)

Krzątam się po kuchni szykując kolację dla Ziuty.  
Godzina 19:20.
Dzwoni telefon.
- Chciałbym się dowiedzieć, czy Państwo wrócą na obiadokolację, bo nasz szef kuchni za chwilę kończy.
- ???  Ale my już jesteśmy w domu...
- Ale Państwo mają pobyt do dwudziestego dziewiątego!
- No to na śniadaniu też nas raczej nie będzie...  O Jezu...
Wchodzi Pan Ojciec.
- KTO WYGRAŁ MECZ: TURÓW!!!
- A kto są największymi durniami w okolicy?  My...


Ponieważ w zaistniałej sytuacji nawet mi się nie chce robić fotek - 
poniżej migawki z Wigilii
w kolejności:
1.  Ziuta w Babci butach bokiem;
2.  Ziuta w Babci butach tyłem;
3.  Ziuta smaruje markerami po lodówce.
Wszystkie autorstwa Pana Ojca, 
który, nomen omen,
powróciwszy w szampańskim nastroju zapytał: 
"To jakie mamy te miejsca w kinie..?"





3 komentarze:

  1. Ech,ci faceci.Zawsze znajdą sobie coś do roboty ale jak my o coś poprosimy lub zasugerujemy,że trzeba coś zrobić,to oni albo zmęczeni albo nie mają czasu ;/
    Pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. :)) Tak całkiem źle to chyba nie jest - zdarza im się "dzień dobroci dla zwierząt";)
    Ale fakt, Pan Ojciec czasem ma "snuja" przez cały dzień, aby nagle ożywić się z nadejściem siódmej - godziny treningu;)
    Ściskam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe,skąd ja to znam ;p Na mojego Pana Męża telefon od kolegi działa tak samo-od razu zmęczenie wszelkie znika ;p

    OdpowiedzUsuń