środa, 3 grudnia 2014

Kalendarz adwentowy i grudniowa lokomotywa

- Mamo, bawimy się w "Balon Nie Spada", obiecałaś, pamiętasz?
- Ziuta, jest prawie ósma, lecę na twarz...
- Mamo!  Na karteczce było! (ton pt.: pierwsze ostrzeżenie)
- Dobra... dawaj.
- Tylko mamo, tu chodzi o to, żeby balon nie spadł!
- No co ty? (nie chciałam, jakoś samo tak sarkastycznie wyszło)
- Oj mamo, no "Balon NIE Spada"... (przysięgam, powiedziała to pobłażliwie i drukowanymi literami)

"Balon Nie Spada" to jedna z czterdziestu gier wymyślonych na poczekaniu przez moje prywatne dziecko.  Tajemnicą dla mnie jest skąd ona bierze te wszystkie pomysły.  Ten akurat skrzętnie wykorzystałam tworząc tegoroczny kalendarz adwentowy.  Każdego ranka Ziuta rozwiązuje skomplikowaną zagadkę/łamigłówkę/działanie matematyczne (nie, nie jesteśmy sadystami, ona to UWIELBIA) i w nagrodę tego dnia wszyscy uczestniczymy w jednej z jej ulubionych zabaw.  A pamięć ma jak nie przymierzając słoń - przed samym spaniem potrafi nam wypomnieć zaniedbanie, żmijstwo jedno.
Na równi z zabawą w balona, a może nawet wyżej w hierarchii znajduje się "Gniatanie".  Polega na tym, żeby wskoczyć na Ojca, najlepiej w okolicy naszego nie-małżeńskiego łoża (żeby miękko było) i zrobić zawody w tarmoszeniu+łaskotaniu+przetaczaniu po łóżku.  Wygrywa ten mniej rozczochrany.  Chyba.  Ja tam w to nie wchodzę.  Ojciec ma krótkie włosy i brak cycków - niech się gniata do woli.
Wracając do kalendarza - kolejny rok udało się rzutem na taśmę.  Jakaś potężna lokomotywa rozpędza się każdego roku z początkiem grudnia i mknie aż do Wigilii.  W tym tygodniu muszę upchnąć jazdę konną, pakowanie prezentów Mikołajowych w przedszkolu Ziuty razem z przygotowaniem imiennych bilecików dla szesnastu przedszkolaków, upominek dla wylosowanej koleżanki z pracy, Mikołajkowo-Barbórkowy prezent dla cioci, wizytę Ziuty w naszej szkolnej bibliotece (aż łzy w oczach miała kiedy jej obiecałam - ja nie wiem czego ona się spodziewa...), dwa piłkarskie treningi i podmianę wody w akwarium, co zajmuje mi średnio godzinę plus dwie na posprzątanie po całym przedsięwzięciu...  A ponoć w przyszłym - dla urozmaicenia - na kilka dni adoptujemy psiaka - czystą słodycz na czterech łapach.  Nawet mi to na rękę, jak raz Ziutę zimnym świtem przed dom wystawimy ze smyczką to dziamgolenie na temat pieska skończy się na dobre kilka lat...




- Mamo, a z wróżenia mi wyszło, że kiedyś będę z Pawłem.  On będzie chleby gotować, a ja je będę sprzedawać!
- O!
Mama Pawła ostatnio stała za nami w kolejce do kasy i korciło mnie, żeby ją poinformować jaka to świetlana przyszłość czeka nasze dzieci.  Jednak ugryzłam się w język.  Niech ma kobita niespodziankę.


4 komentarze:

  1. Nie wiem kiedy zaczął się grudzień, oj nie wiem, mój grudzień to jak nic pendolino będzie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. :)) To witaj w klubie. Mi si w trakcie przebieżki przypomniały jeszcze urodzinki jednej czterolatki, na które jesteśmy zaproszeni:)

    OdpowiedzUsuń
  3. no i sobie zrobiłam ucztę z twoich postów :))))szukałam fajnego miejsca na ferie i chyba znalazłam :)))) buziole

    OdpowiedzUsuń
  4. :) Polecam - pięknie, ciepło i przesympatycznie:)

    OdpowiedzUsuń