wtorek, 30 grudnia 2014

Foto-post o zimie

Uznałam, że dzień dzisiejszy jest tak piękny, że same obrazki wystarczą.  Poza tym wciąż cierpię na brak słów...
Ale spoko, jutro szykuję Sylwestra więc jakieś kulinarne posty wkrótce się pojawią;)
A póki co no sami popatrzcie tylko, jaka ta zima cudna:







- Ja też Ziutko...

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Czerwona kartka!

Święta się skończyły - czas na BRUTALNY powrót do szarej rzeczywistości.
Szczerość nie popłaca.
Wiem to nie od dziś.
Jednak niezdolna do uczenia się na własnych błędach (za stara pewnie jestem na naukę) nie zamierzam zastosować autocenzury.
Ten blog to MOJE MIEJSCE, w którym piszę o tym, co MNIE leży na sercu/wątrobie, zapisuję przepisy kulinarne, które chcę zachować na "kiedyś", może dla kolejnego pokolenia, miejsce w które "anonimowo" (wiem, wiem, w sieci nic nie jest anonimowe, ale zauważcie - bloga nie firmuję własnym nazwiskiem) przelewam swoje radości, smutki a nawet napady wściekłości, gdzie umieszczam zdjęcia jak w rodzinnym foto-albumie.  Myślę, że za parę lat Ziuta może zechce tu zajrzeć żeby dopełnić sobie codzienny obraz swojego życia z wczesnego dzieciństwa :)

Dziś całkiem niespodziewanie - można rzec jak grom z jasnego nieba - spadła na mnie informacja, że moje blogowanie może stać się orężem w rękach nieżyczliwych i odbijać się bolesną czkawką całymi miesiącami.  Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy pod płaszczykiem "działania w dobrej wierze" potrafią z pełną świadomością podłożyć komuś świnię, którzy wtrącają się w czyjeś życie zamiast rozwiązywać własne problemy...
Sorry, ale to nie jest miejsce dla takich osób.
Bez zbędnego roztkliwiania - do wszystkich, którzy tu zaglądają w celu niuchania, znalezienia haka, wykorzystania zdań wyrwanych z kontekstu przeciwko autorowi: macie BANA, albo może do widzenia się z Państwem w realu - przy odrobinie odwagi cywilnej z Waszej strony jestem otwarta na konwersację face to face, w trakcie której może uda się wyjaśnić nieporozumienia, niedomówienia lub po prostu stwierdzić, że nasze osobowości nijak do siebie nie pasują i lepiej będzie się wzajemnie unikać ;)
Źródło grafiki: www.google.com

A wszystkich zaglądających tu z czystej ciekawości, po "kumplowsku", zgadzających się lub nie z moimi opiniami, życzliwych i szczerych, obdarzonych poczuciem humoru i estetyką podobną do mojej - zapraszam: bądźcie moimi gośćmi :)




niedziela, 28 grudnia 2014

Śmiać się czy płakać..?

No i wróciliśmy.
Fajnie i niefajnie.  Czar prysł, magiczny pył opadł, jasne pranie już zrobiłam, ciemne czeka.
Kolacja na stole - bynajmniej sama nie przyszła.
Chociaż dziadki przywitały nas obiadkiem niedzielnym niezgorszym - cieplutkim i pysznym - mniam!
A jednak trochę żal.
Na podwórku śniegu mniej, więcej szaro-zielonego w krajobrazie przebija, Ojciec już pognał na mecz - temu to święta się nie kończą: jeszcze się dobrze z hotelu nie wymeldowaliśmy, a już kolega z propozycją nie-do-odrzucenia zadzwonił i wolne miejsce z karnetu zaoferował...  Tylko brać.
Obiektywnie patrząc to coraz ciaśniejszy ma swój fitnessowo-towarzyski grafik.  Z tą okrutną prawdą zderzyłam się kiedy próbowałam zarezerwować bilety na najbliższy seans "Hobbita": dzisiaj nie bo mecz, jutro squash, dzień później kosz, zostaje środa.  No pięknie - w Sylwestra wieczorem??  Po moim trupie.  Idę jutro.  Sama.  Albo z kimś.  Cholera dosyć tego.  Stworzy taki bidak wokół siebie otoczkę "ciemiężonego pantoflarza" tak skutecznie i tak sprytnie, że sama w nią uwierzę i potem nękana żalem i wyrzutami sumienia nawet nie pisnę jak w każde popołudnie z wrodzoną sobie subtelnością wymknie się na kilka godzin "wypocić dla zdrowotności".  A mi tyłek rośnie.
Ale, ale - znalazłam pod choinką wspomaganie.  Dwa dużo mówiące tytuły: "Slow jogging" (zapewne przytyk do tempa moich wieczornych biegów grudniowych, ale mnie to nie rusza i z uśmiechem na ustach przechodzę na japońskie tempo niko niko) oraz "Jak lepiej jeździć konno - w czym tkwi problem?"  No comments...

* * *

Epilog
(z ostatniej chwili)

Krzątam się po kuchni szykując kolację dla Ziuty.  
Godzina 19:20.
Dzwoni telefon.
- Chciałbym się dowiedzieć, czy Państwo wrócą na obiadokolację, bo nasz szef kuchni za chwilę kończy.
- ???  Ale my już jesteśmy w domu...
- Ale Państwo mają pobyt do dwudziestego dziewiątego!
- No to na śniadaniu też nas raczej nie będzie...  O Jezu...
Wchodzi Pan Ojciec.
- KTO WYGRAŁ MECZ: TURÓW!!!
- A kto są największymi durniami w okolicy?  My...


Ponieważ w zaistniałej sytuacji nawet mi się nie chce robić fotek - 
poniżej migawki z Wigilii
w kolejności:
1.  Ziuta w Babci butach bokiem;
2.  Ziuta w Babci butach tyłem;
3.  Ziuta smaruje markerami po lodówce.
Wszystkie autorstwa Pana Ojca, 
który, nomen omen,
powróciwszy w szampańskim nastroju zapytał: 
"To jakie mamy te miejsca w kinie..?"





sobota, 27 grudnia 2014

A u nas trzeci dzień świąt...

To była naprawdę dobra decyzja.  Niby dziwnie tak na święta wyjechać...  Do ostatniej chwili miałam mieszane uczucia - że lepiej w domu, rodziną całą, niemałą.  
A teraz nie zamieniłabym tych paru dni na nic innego:)
Ziuta budzi się rano i jej pierwsze słowa to: "Mamo, nie jedziemy jeszcze dzisiaj..?  To dobrze!"
Znowu udała nam się pogoda, znienacka sypnęło gęstym śniegiem - mamy prawdziwą zimę, słońce, sympatyczne towarzystwo, prywatny kameralny wyciąg 5 metrów od pokoju, pyszne jedzenie, którego nie musiałam szykować, ani po nim sprzątać, piękną wielką choinkę, świąteczny nastrój, nocne ognisko z kiełbaskami i grzańcem, wizytę lokalnych kolędników i wspólne kolędowanie, pierwsze narty zjazdowe od mojej ciąży (czyli ze sześć lat;) i już sama nie wiem co...
W tej chwili leżę sobie pod kołderką grzejąc przemrożone od śniegu stopy, Ojciec wyruszył z aparatem w śnieżne ostępy, Ziuta gania gdzieś po hotelu z innymi małymi wariatami, których tu pełno - jako, że właściciele też spędzają tu święta wraz z całą rodziną dzieciaki mają naprawdę sporo swobody i nikt się nimi nie przejmuje - wszyscy zadowoleni i wyluzowani.  Przed obiadem jeszcze zamówię sobie grzańca, Ziutce kakao z piankami, a Ojcu piwko, a potem może wybierzemy się na wieczorny spacer albo bitwę na śnieżki.
Dzięki temu, że jesteśmy w głuszy, w samym sercu Karkonoszy, wciąż mamy święta.  W cywilizowanych miejscach już pewnie wszystko toczy się swoim rytmem, sklepy sprzedają, samochody jeżdżą, ludzie pracują - a my tu w dziczy śniegiem zasypani odpoczywamy i nadal świętujemy.  
Pozdrawiamy wszystkich ciepło!








Autor zdjęć: Pan Ojciec oczywista;)

środa, 24 grudnia 2014

Spełnienie marzeń

"Wszystkiego czego chcesz, o czym tylko marzysz, dzisiaj życzę Ci..."

I to właściwie tyle.
Może jeszcze szczególnie pragnę uściskać wszystkich życzliwych, którzy tu do mnie zaglądają i w pewnym sensie uczestniczą w życiu naszej małej rodzinki zostawiając po sobie miłe słowo i dużo ciepła.
Życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń, bo o to chyba w życiu chodzi najbardziej :)

W takich dniach jak dzisiejszy mimowolnie porównuję swoje dzieciństwo z Ziutowym.  Pamiętam chaotyczne rozrywanie misternie popakowanych "przez Elfy" prezentów, pamiętam popiskiwania na widok fantów - chcianych czy nie - liczyło się zaskoczenie.  Wylegiwanie się na kanapie, oglądanie świątecznych filmów, kolędy, uroczysty nastrój, cytrusy będące rarytasem w latach osiemdziesiątych...  i wiele innych rzeczy.  Myślę sobie - co zapamięta moja Ziuta?  Mam nadzieję, że udaje nam się w jakiś pokręcony sposób wprowadzić w nasze chaotyczne i zaganiane życie atmosferę odświętności.  Cieszę się, że chociaż faktycznie mała Ziuta ma wiele, żeby nie powiedzieć wszystko, to otwierając małe paczuszki oczy jej się świecą, biega po domu, pokazuje wszystkim, przelicza, układa, podziwia...  Cieszę się, że mimo masy obowiązków jednak udaje mi się ozdobić nasz dom i stworzyć świąteczny klimat.  Uwielbiam miny Ziuty, odświętnie wystrojonej, składającej usteczka w dzióbek i robiącej wielkie oczy z podminowania kiedy siadamy do stołu.  Robi mi się ciepło, kiedy Pan Ojciec wzrusza się przy składaniu życzeń.To wszystko i cała reszta uświadamiają mi, że moje marzenia już się spełniły.  Dlatego sobie i moim najbliższym życzę jeszcze tylko duuużo zdrowia, żebyśmy jak najdłużej mogli się cieszyć tym co mamy :)

Zdrowych i wesołych świąt kochani!


wtorek, 23 grudnia 2014

Za pięć dwunasta i konfitura z żurawiny

Jutro Wigilia.
Dla mnie od zawsze to od niej zaczynają się święta.  Nawet więcej - jest u nas punktem kulminacyjnym, po którym napięcie już tylko spada a cały czar pryska...
Sytuacja na "dzień przed":
co miało być posprzątane - zostało posprzątane; zamysł stołu wigilijnego  - jest; ostatnie prezenty - w drodze - poślizg tym razem nie z mojej winy; połowa potraw "robi się" u babci, druga pyrka za moimi plecami lub dochodzi w lodówce.
Zostało jeszcze nocne pakowanie i tagowanie prezentów - uwielbiam!
Najdroższy zobowiązał się uczynić kompot z suszu - niechaj czyni.
Coraz bardziej podoba mi się luz tych świąt.  Mamy czas na zabawy z Ziutą, układanie tysiąca ozdób z koralików, porządki w akwarium, wizyty przedświąteczne o charakterze wigilijnym, spokojny spacer po ostatnie zakupy, jedną wizytę z Ziutą na pogotowiu i nawet dwa okresowe badania krwi (Ziuty i przy okazji moje) - Ojciec speniał, stwierdził, że "badanie cholesterolu nie ma sensu bo zatoki ma zawalone".  Tjaaaaa...
Ziutka z okazji wolnego postanowiła złapać jakąś wirusówkę, która objawiła się imponującym piątkowym pawiem i sobotnią nocną wizytą na pogotowiu - spoko, już się bałam, że wyrostek.
Za to była okazja do odwiedzin u naszej bardzo fajnej Pani Doktor i do wyrażenia świątecznych serdeczności.
Mimo przebłysków wirusa udało nam się uczestniczyć w stajennej wigilii - w ranczerskim stylu, z zawodami "pony games", wizytą Mikołaja i posiedzeniem przy pysznym grzańcu w przemiłym towarzystwie wielbicieli koni wszelkiej maści :)  Było super - mimo zimna i paskudnego wiatru grzaliśmy na kucykach pokonując skomplikowane tory przeszkód.  Pisząc "grzaliśmy" mam również na myśli Pana Ojca - zaiwaniał na biednej Kiki jak nie przymierzając na Rainbow Dash...
I tak - za pięć dwunasta - u nas błogi spokój.  Ziutka sobie maluje, pomaga pakować parę świątecznych upominków dla znajomych i rodziny, Ojciec zmienia opony na zimowe, a ja sobie bloguję.  Jest fajnie, bez napinania się i stresu.
Przypomniałam sobie, że po Wigilii wyjeżdżamy - więc jeszcze trochę popiorę i popakuję.  Zdążę - mamy czas :)

Jakby ktoś potrzebował, to podaję przepis na pyszną konfiturę z żurawiny - super do pasztetu.  Robię na święta od trzech lat i nie zamierzam przestać.

K O N F I T U R A    Z    Ż U R A W I N Y

250 gr żurawiny (może być mrożona)
70 gr ciemnego cukru
sok i skórka z jednej pomarańczy
gałązka rozmarynu

Żurawinę z cukrem podgrzewać stale mieszając.  Po rozpuszczeniu cukru dodać skórkę i sok z pomarańczy oraz listki rozmarynu.  Smażyć stale mieszając aż do zgęstnienia.  Podawać np. do pasztetu.










czwartek, 18 grudnia 2014

Ważne...

- Mamo, może się w coś pobawimy..?
- Ziutko, bawimy się w pieczenie pierniczków przecież...
- Ale ja się chcę pobawić w klocki!
- Jak tata przyjdzie to się pobawicie.  Ja idę sobie SPA niedzielne zrobić!
- A czy to takie ważne?  Bo nie przypuszczam!

Magiczny moment, kiedy córka zamienia się we własną matkę.  Ona jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, ale jak dorośnie to w takiej chwili jak ta nieźle spanikuje.  Sama wpadam w osłupienie, kiedy czasem otwieram usta i moja mama z nich wychodzi...

Przed nami ostatni tydzień pracy/przedszkola/sprzątania/biegania - potem święta.  Na razie możemy odfajkować pierniki.  I tyle.  A przed nami jeszcze przedszkolne Jasełka i debiut Pana Ojca w roli narratora ("Mamo!  Przebierzmy tatę w krawat!"), spotkanie wigilijne w przedszkolu, szkole i ze znajomymi po godzinach, zaległa imprezka urodzinowa u Ziutowej koleżanki, trochę sprzątania i zakupów, ostatnie prezenty...  Wychodzi na to, że w tym roku Wigilię, a właściwie całe święta, spędzamy bardzo kameralnie.  W pierwszej chwili szkoda mi się Ziuty zrobiło, bo od urodzenia kojarzy ten czas z uwielbianym przez nią chaosem, hałasem, tłumem i maaasą jedzenia i prezentów.  Ale od czego matka, ojciec?  Możemy się rozdwoić i roztroić i zrobimy brzdącowi Wigilię na sto dwa!  A z rana dnia następnego huzia na Józia podążamy w góry:))  Trochę jak na nas nietypowo, ale koniecznie musimy sprawdzić, czy przypadkiem tak nie wolimy...
W tej chwili moje cudowne dziecko ćwiczy zestaw kolęd na przedszkolne jasełka, w koło Macieju skandując "Powitajmy Maleńkiego i Maryję matkę jego" jak nie przymierzając na meczu na Narodowym i drze się "Alleluja, Alleluja" machając małymi łapkami w górze jak gwiazda gospel.
To głównie dzięki niej święta są wyjątkowe.  Każdą ozdobę, każdy przysmak i prezent robimy głównie z myślą o niej.  Ostatnio wybraliśmy się na łyżwy, bo taką oto nagrodę wylosowała za zadanie z tegorocznego kalendarza adwentowego.  Ojciec wygrzebał w czeluściach strychu nasze już-przestarzałe a jeszcze-nie-oldschoolowe łyżwy i mimo, że na zewnątrz zimno, mokro i ciemno - zabawa przednia.  Dziś co prawda zakwasy trochę męczą, ale warto było!
Postanowiłam w tym roku odpuścić świąteczną gonitwę i poświęcić więcej czasu na zabawę i przyjemności.  Różne mam plany - połowa pewnie nie wypali, ale nie przejmuję się tym.  W głowie mam listę priorytetów i tego będę się trzymać.
Właśnie odebrałam wiadomość, że czeka nas jeszcze jedna wigilia - w stajni, z końmi i kucami, czas spędzony na zabawach i rozmowach przy grzańcu, w przemiłym towarzystwie i w pięknych okolicznościach przyrody - już nie mogę się doczekać, żeby Ziucie zakomunikować - rękę dam sobie uciąć, że zachwyt wyrazi w  ultradźwiękach:)


P I E R N I K I    Ś W I Ą T E C Z N E

Składniki:

2 szklanki mąki (u nas mieszanka razowej, gryczanej i ryżowej)
1/2 szklanki podgrzanego miodu
1/2 szklanki brązowego cukru
1 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 opakowanie przyprawy piernikowej
1 łyżka masła
1 jajko
1/3 szklanki ciepłego mleka

Wszystkie składniki oprócz mleka wysypać na stolnicę (mąkę przesiać) i siekać nożem do uzyskania okruszków.  Powoli zagniatać ciasto dodając stopniowo mleko.  Wyrabiać dokładnie aż będzie gładkie.  Ciasto rozwałkować, wycinać pierniczki (można posmarować rozkłóconym jajkiem), ułożyć na papierze do pieczenia zachowując odstępy i piec 10-15 minut w 180 stopniach.
Wystudzić, zamknąć do szczelnych pojemniczków i poczekać aż zmiękną.
Udekorować dowolnie przed samymi świętami - my planujemy duuużo rozpuszczonej czekolady i kolorowe posypki:)






poniedziałek, 8 grudnia 2014

O matko święta idą (czyli protest song Matki Polki)

Z ostatniej chwili - wymsknęło się z ust Pana Domu:
- Jest w tym domu jakaś igła z nitką??
Nie, do diabła, mamy wszystko oprócz tego...  Jak zapragnę akurat trochę poszyć, to sięgam po dratwę, lnianą nić na drewnianej szpuli nieociosanej i w zapamiętaniu obrzucam kawałki surowego lnu przyświecając sobie kagankiem...
- Buha ha ha ha .. ha ha ha... - jakoś nie mogłam przestać.
Jedno krótkie pytanie, a tak trafnie objaśnia, dlaczego przed każdą uroczystością (np. świętami) ogarnia mnie panika.  Nie wyrobię się, jak Boga kocham.
Jasne, podział obowiązków, ehem, pojedyncze małe łatwe do ogarnięcia zadania dla naszego osobnika męskiego, skomplikowane wielkoformatowe dla mnie.  Czyli, że Ojciec wyjmie naczynia ze zmywarki i ewentualnie poukłada SWOJE RZECZY w garderobie, a ja wypucuję okna, popiorę i poprasuję firany, odkurzę, posprzątam na błysk cztery spore pomieszczenia plus ganek, zadbam o świąteczne dekoracje, zaplanuję jadłospis i zakupy, przyrządzę potrawy, obmyślę, zakupię i popakuję prezenty dla całkiem licznej rodziny (no ok, to akurat lubię;) i padnę na ryja.
Ale WHY?  Nie ogarniam.  Przecież w każdej innej sferze ONI funkcjonują całkiem samodzielnie.  Nawet odnoszą sukcesy.  Jeeeezu, nie chce mi się już prosić, błagać, nakazywać.
Drogi Mikołaju - w tym roku marzę, żeby moi najbliżsi jakoś wykoncypowali, że MATCE TRZEBA POMÓC, tak po ludzku, z własnej nieprzymuszonej woli, bez proszenia się i nerwów.
Co prawda, zaraz po Wigilii wyjazd, a jednak fajnie wrócić do czystego pachnącego świętami domu i w miłej atmosferze bez wyrzutów, worków pod oczami i spierzchniętych rąk spędzić resztę grudnia...

Na szczęście  - jest światełko w tunelu.  Jak już wspomniałam Mikołaj przyniósł mi świetną płytę - "Prąd" Natalii Przybysz.  Już tak mam, że jak mi muza w ucho wpadnie to towarzyszy mi w tle całymi dniami i leci w kółko do zajechania.  A dziecko moje obdarzone jest niezwykłą wręcz pamięcią.  Proste dodanie tych dwóch faktów przyniosło taki skutek, że Ziuta w zapamiętaniu drze mały słodki pyszczek wykrzykując taki oto protest song:
„Nie jestem mości panienką, co lubi czyścić okienko,
co ścieli mości łóżeczko, nie będę twoją laleczką”
i takie tam, dalej jest nawet ostrzej.  Śpiewamy tak sobie (czyt. drzemy się) wraz z Natalią Przybysz na cały dom, a Ojciec przemyka bokami i psioczy: "Emancypantki się znalazły..."
Może chociaż Tobie się uda, dziewczynko moja kochana, bo u matki feminizm na gadaniu się zakończył... ;)














Źródło zdjęć: www.pinterest.com




niedziela, 7 grudnia 2014

Był i się zmył oraz ile może jedna niezła świnia

Był.
Nakruszył biszkoptami, nachlapał mlekiem, furę prezentów zostawił i poszedł.
Zaczęło się już przedwczoraj.  Ziuta wbiegła po schodach z wypiekami na pycholu, dzierżąc w dłoni "przepiękną" kolorową plastikową torbę pełną słodyczy i innych równie niezbędnych dupereli.
- Był Mikołaj? - w imię wyższej sprawy rżnę głupa.
- Był!  Ale nadostawałam - patrz! - rozsiadła się w kurtce, czapce i wszystkim i wyciąga skarby.
- To będzie dla ciebie mamo, to dla taty, te zaniosę dziadkom...
Oniemiałam.  Kocham ją do szaleństwa.  Przyrzekam, w tym roku była najgrzeczniejszym dzieciakiem na świecie i jak Mikołaj nie przyniesie jej miliona prezentów to będzie miał ze mną do czynienia.  A przy mojej obecnej kondycji psychicznej nic dobrego z tego nie wyniknie.
Świętowanie rozpoczęłyśmy wieczorem - w naszym dwuosobowym babskim gronie, bo Ojciec już drugi rok z rzędu wybrał towarzystwo czterdziestu pryszczatych gimnazjalistów i luksusy szkolnej sali gimnastycznej - najwyraźniej cały rok marzył o obejrzeniu jednej nocy sześciu horrorów B klasy i wymarznięciu do kości na śmierdzącym wuefem materacu.  Kto co lubi - nie wnikam, każde z nas wywalczyło sobie potrzebną przestrzeń aby w pełnej swobodzie realizować swoje pasje...
Mnie wolna chata nawet na rękę - przyda się odrobina luzu w wyrku, bo od kiedy Ziuta ostatnio smarkała jakoś nie może się z powrotem wynieść do siebie.
Już od popołudnia mało subtelnie dopytywała się ukochanego Ojca kiedy wreszcie sobie pójdzie, ponieważ zaplanowała "niezłą implezkę" - faktycznie, były tańce, przytulasy, szykowanie poczęstunku dla Mikołaja i reniferów, pierwsze podejście do "Króla Lwa" - szał ciał.
Dość szybko odpadła i tak oto znalazło się wreszcie pół godziny, żeby pomóc Mikołajowi popakować prezenty ;)  Uwielbiam to - mogę pakować na okrągło - najlepiej każdy drobiazg w osobny pakuneczek, do każdego inny papier, inną wstążkę/sznurek/włóczkę, inny tag z imieniem, wszystko pieczołowicie godzinami wyszukiwane w sieci i przerabiane na własną modłę.  Wiem, ekologiczne to nie jest, ale rozgrzeszam to świąteczne prezentowe porno całorocznym segregowaniem śmieci i upychaniem w trakcie prawie każdej lekcji uświadamiających eko-informacji.
Popakowałam zatem, słuchając dla nastroju Diany Krall i popijając czerwonym winem - mam nadzieję, że każdy otrzyma przewidziany dla niego prezent ;)
A rano:
- Mamo był!!
- No co ty?!
- No mówię ci, chodź!  Trochę nakruszył, ale patrz ile naniósł...
Ekstaza o poranku.  Mogę siedzieć bez słowa i patrzeć jak się cieszy mały wariat.  Jak przytula wielkiego różowego prosiaka (pomysł Ojca), jak piszczy na widok ukochanej bajki o smokach i planuje wypasiony wieczór filmowy, jak układa tuby z nowymi farbami, jak wzdycha rozanielona: "Ale mi przyniósł..."
Potem jeszcze kino ("Super Szóstka" - polecam :), malowanie nowymi gadżetami małej artystki, u cioci imieniny i weekend jakoś tak zleciał.
Aha, mnie Mikołaj przyniósł - miedzy innymi - nową płytę Natalii Przybysz - cholera kuma dziadzio czaczę - jest świetna!

Poniżej seria świńskich fotek - jak widać dobra świnia nie jest zła, można z nią pogadać, pomilczeć, świetnie lata a przede wszystkim pomaga na focha...




 



środa, 3 grudnia 2014

Kalendarz adwentowy i grudniowa lokomotywa

- Mamo, bawimy się w "Balon Nie Spada", obiecałaś, pamiętasz?
- Ziuta, jest prawie ósma, lecę na twarz...
- Mamo!  Na karteczce było! (ton pt.: pierwsze ostrzeżenie)
- Dobra... dawaj.
- Tylko mamo, tu chodzi o to, żeby balon nie spadł!
- No co ty? (nie chciałam, jakoś samo tak sarkastycznie wyszło)
- Oj mamo, no "Balon NIE Spada"... (przysięgam, powiedziała to pobłażliwie i drukowanymi literami)

"Balon Nie Spada" to jedna z czterdziestu gier wymyślonych na poczekaniu przez moje prywatne dziecko.  Tajemnicą dla mnie jest skąd ona bierze te wszystkie pomysły.  Ten akurat skrzętnie wykorzystałam tworząc tegoroczny kalendarz adwentowy.  Każdego ranka Ziuta rozwiązuje skomplikowaną zagadkę/łamigłówkę/działanie matematyczne (nie, nie jesteśmy sadystami, ona to UWIELBIA) i w nagrodę tego dnia wszyscy uczestniczymy w jednej z jej ulubionych zabaw.  A pamięć ma jak nie przymierzając słoń - przed samym spaniem potrafi nam wypomnieć zaniedbanie, żmijstwo jedno.
Na równi z zabawą w balona, a może nawet wyżej w hierarchii znajduje się "Gniatanie".  Polega na tym, żeby wskoczyć na Ojca, najlepiej w okolicy naszego nie-małżeńskiego łoża (żeby miękko było) i zrobić zawody w tarmoszeniu+łaskotaniu+przetaczaniu po łóżku.  Wygrywa ten mniej rozczochrany.  Chyba.  Ja tam w to nie wchodzę.  Ojciec ma krótkie włosy i brak cycków - niech się gniata do woli.
Wracając do kalendarza - kolejny rok udało się rzutem na taśmę.  Jakaś potężna lokomotywa rozpędza się każdego roku z początkiem grudnia i mknie aż do Wigilii.  W tym tygodniu muszę upchnąć jazdę konną, pakowanie prezentów Mikołajowych w przedszkolu Ziuty razem z przygotowaniem imiennych bilecików dla szesnastu przedszkolaków, upominek dla wylosowanej koleżanki z pracy, Mikołajkowo-Barbórkowy prezent dla cioci, wizytę Ziuty w naszej szkolnej bibliotece (aż łzy w oczach miała kiedy jej obiecałam - ja nie wiem czego ona się spodziewa...), dwa piłkarskie treningi i podmianę wody w akwarium, co zajmuje mi średnio godzinę plus dwie na posprzątanie po całym przedsięwzięciu...  A ponoć w przyszłym - dla urozmaicenia - na kilka dni adoptujemy psiaka - czystą słodycz na czterech łapach.  Nawet mi to na rękę, jak raz Ziutę zimnym świtem przed dom wystawimy ze smyczką to dziamgolenie na temat pieska skończy się na dobre kilka lat...




- Mamo, a z wróżenia mi wyszło, że kiedyś będę z Pawłem.  On będzie chleby gotować, a ja je będę sprzedawać!
- O!
Mama Pawła ostatnio stała za nami w kolejce do kasy i korciło mnie, żeby ją poinformować jaka to świetlana przyszłość czeka nasze dzieci.  Jednak ugryzłam się w język.  Niech ma kobita niespodziankę.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Phyllo tarta na winie na zimny dzień

Zimno, oj zimno :)
Wieje i piździ.
I co tu począć?  Wracam do domu, przemarznięta, a tu zimno i pusto.  Pusto, bo jeszcze z pracy/przedszkola nie wrócili i mniej więcej do trzeciej nie będzie się do kogo przytulić, a zimno na własne życzenie.  Każdego ranka naszą ostatnią czynnością zanim w panice i chaosie opuścimy dom jest wyłączenie pieca i otwarcie okien.  Żeby maksymalnie wywietrzyć przy minimalnym wychłodzeniu tyłków.  Tak to sobie kiedyś wykombinowałam i nikt nie potrafi mnie przekonać, że można inaczej.  Fakt, po powrocie jest pieruńsko zimno, szczególnie w taki dzień jak dzisiaj, ale nagrzewa się błyskawicznie - o coś tam chodziło z tym świeżym zimnym powietrzem, nie pamiętam, chyba szybciej się rusza czy coś - grunt, że po chwili robi się przyjemnie.
Niestety, trzeba będzie się odzwyczajać i to na dniach.  Mam wrażenie, że Nemo i Henia (nasz "rybek" doczekał się przeładnej towarzyszki - Heksatenia cośtam, w skrócie Henia) nieszczególnie chwalą sobie niskie temperatury.  Niskie, czyli około 22 stopni.  Licho nadało dwie rybki tropikalne w środku polskiej zimy.  Nie dość, że z wyrzutami sumienia pędzę je nakarmić zaraz po rzuceniu torby i płaszcza bo zwykle rano nie ma na to czasu, to jeszcze centralnie patrzą na mnie jak na ostatnią świnię i - przyrzekam - znacząco spoglądają na akwariowy termometr.
Pewnie Mikołaj przyniesie im grzałkę.  Na wypasie, z termostatem, żeby się z kolei nie ugotowały...

Dziś po powrocie wpadłam na genialną myśl - uruchomię piekarnik, będzie jeszcze cieplej.  A żeby tak nie grzać bez sensu, wyczarowałam tartę "na winie" - od tygodnia kombinowałam do czego by tu wykorzystać zakupione w Biedrze ciasto phyllo.  Wyszło super.  To moje pierwsze podejście do tego wynalazku, ale pewnie nie ostatnie - już mi po głowie krążą sakiewki z różnym nadzieniem :)


T A R T A    P H Y L L O    N A     W I N I E

Składniki:

pół opakowania ciasta phyllo (ok.150gr)
szpinak (użyłam opakowanie mrożonego w liściach)
150 gr pokrojonych suszonych pomidorów z zalewy
100 gr pokruszonej fety
kilka pokrojonych w plastry oliwek
2 jajka
pokruszone podprażone orzeszki (np. włoskie, cashew, pinii)

Szpinak przyrządzić dowolnie - ja rozmroziłam i podgrzałam na patelni, dodałam odrobinę masła i sporo gałki muszkatołowej.  Jeśli wodnisty - odsączyć na sicie.
Wymieszać szpinak z pomidorami, fetą, oliwkami i jajkami.
Formę z wyjmowanym spodem wyłożyć arkuszami ciasta phyllo - pojedynczo każdy przesmarowując oliwą z zalewy pomidorowej i tą stroną kładąc do dołu.  Arkusze powinny sporo wystawać - tak, aby na koniec zakryć nadzienie.
Na arkusze wyłożyć nadzienie szpinakowe, posypać częścią orzeszków, zakryć nadmiarem ciasta phyllo, przesmarować po wierzchu pomidorową oliwą i posypać resztą orzeszków.
Piec 30 minut w 180 stopniach.
Smacznego!