niedziela, 9 listopada 2014

Panta rei

Dzieje się.  
I to jak.  
W ostatnim tygodniu w naszym życiu zawodowym doświadczyliśmy "near-death-experience" czyli standardowej kontroli Kuratorium Oświaty.  Pewnie, czasem trzeba skontrolować, żeby bezhołowie się nie szerzyło.  Bywa, że taka kontrola nawet się przydaje, żeby wreszcie porządek w papierach zaprowadzić.  Ale stres, który temu wszystkiemu towarzyszy jest nie-do-opisania...
I tak od poniedziałku latamy jak z pieprzem - wypełniamy ankiety, robimy rady, organizujemy zebrania, uczestniczymy w wywiadach grupowych, pozwalamy obserwować się w czasie lekcji, przeprowadzamy na raz ewaluację zewnętrzną, wewnętrzną, zewnętrzno-wewnętrzną, mikrobadania, wyciągamy wnioski, wdrażamy je, obserwujemy rezultaty, wypunktowujemy sukcesy edukacyjne...  
Podsumowując - udowadniamy, że pracujemy dla wspólnego dobra Rzeczpospolitej Polskiej i nie opieprzamy się wbrew obiegowym opiniom reszty społeczeństwa.
W trakcie kontroli wychodziliśmy do pracy na rano, wracaliśmy późnym wieczorem - z małą przerwą na odebranie dziecka z przedszkola - po czym siadaliśmy zresetowani przez resztę wieczoru popijając wino/piwo i tępym wzrokiem gapiąc się w jak najmniej angażujące myślenie seriale komediowe.
Zawiesiliśmy zajęcia popołudniowe całkowicie.  No, dwie trzecie z nas.  Pan domu nie widział potrzeby zrezygnowania z kosza czy squasha - ja tam go rozumiem, świetna forma relaksu, pod warunkiem, że jesteś w stanie ruszyć którąś kończyną.  U mnie akurat zmęczenie psychiczne przełożyło się na fizyczne plus problemy z zasypianiem i głębokim oddychaniem.  Słowo daję - jeszcze jeden taki tydzień i gwarantowany szpital.  Albo co najmniej odwyk...
A tu jeszcze w międzyczasie trzeba było zadbać o dobrobyt najmniejszego członka naszej rodziny: Nemo.  A to zmiana piasku na lepszy, dokupienie urządzeń poprawiających klimat w naszym mini-oceanie, wymiana wapiennej, dziurawej, pokrytej glonami skały na prawdziwą, żywą, z oceanu.  Plus wymiana części wody, oczyszczenie szyb, zaistnienie na forum o nano-rafach, wizyty w sklepie akwarystycznym, poszukiwania kraba, ślimaka i krewetki - ekipy czyszczącej cały ten syf, obserwowanie życia rozwijającego się na skale, uczenie się nazw koralowców (czy to koniecznie muszą być clavularie i sinularie, a nie na przykład, "skóra z fioletowego kurczaka" albo "mała maczuga zbója Łamignata"..?)
Nasza rybka to twardy zawodnik.  Ostatnio każdego dnia wszystkimi swoimi poczynaniami fundujemy mu mały Armageddon: pchamy łapy do akwarium, przestawiamy co się da, wlewamy jakieś bakterie, odżywki, boostery - a on nic.  Nawet czasem podpływa, co by sobie z bliska wariatów poobserwować.
Mimo całej tej roboty, nocy spędzonych na obczytywaniu forów internetowych, wydzwanianiu po sklepach internetowych i akwarystach z najbliższej okolicy - warto.  Serio - oczu oderwać nie można.  Tu i ówdzie zaczynają pojawiać się formy życia - małe rozgwiazdki, piękne fluorescencyjne koralowce, prześmieszne wężowidła - siedzimy u Ziuty w pokoju, przepychamy się do szybki i wgapiamy z otwartymi ustami.  W sumie to telewizor możemy odsprzedać - ktoś chętny..?



2 komentarze:

  1. no gdzie mu by lepiej było ??? trafił chłopak że lepiej nie mógł :)))) szczerze to mnie chuyba zaraziłaś i się nastaw że jak dom wybuduję to całą twoją wiedzę wyśśię z Ciebie :)))))))) piękne akwarium ....a kontrole niech se w nos wsadzą i tak wszystko do doopy moim skromnym zdaniem ..jeden wielki bajzel :)))) buziole

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Uważaj, to wciąga - ja mam malutkie akwarium a już kombinuję jak/gdzie/za co sprawić sobie większe..;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń