niedziela, 2 listopada 2014

Gdzie jest Nemo..?

Szaleństwo.
I na tym właściwie mogłabym zakończyć tego posta.  Jeden rzeczownik a tak trafnie podsumowuje wszystko co działo się w naszym kolorowym życiu przez ostatnie dwa miesiące.
Jakoś udało nam się rozciągnąć dobę/tydzień, żeby każde z nas mogło się na swój sposób realizować.   Z małym wyjątkiem - MATKA NIE MA KIEDY ZDJĘĆ ROBIĆ.  Stąd też okropny przestój na blogu.  Za to udało mi się poupychać w codziennym grafiku pranie, odkurzanie, sprzątanie zabawek i całą resztę moich ulubionych czynności.  No, ale coś za coś...
Poza tym pławimy się w szczęściu i spokoju domowego ogniska, raz po raz przerywanym wybuchami pięcioletniego temperamentu.  Ziuta - jak dobre wino - buzuje, reaguje i dojrzewa.  Co pan zrobisz...  A właśnie, w zeszłym tygodniu obchodziliśmy półokrągły piąty jubileusz zaistnienia Ziuty w naszym życiu.  Zwyczajowo już obchody zamknęły się w obrębie tygodnia.  Będąc na skraju wycieńczenia kinderbal łaskawie zleciliśmy specjalistom.  Dzieciaki miały zwiedzać kinową kabinę projekcyjną, wszamać torta, zabawić się pod profesjonalnym okiem animatora i obejrzeć seans 
"bez ograniczeń wiekowych".  Taaa...  Animatorką okazała się być nieszczególnie doświadczona pani kasjerka z kina, temperamentne pięcio- i sześciolatki omal jej nie rozniosły na kawałki, pana od kabiny projekcyjnej akurat nie było więc nie miał kto dzieci oprowadzić, a seans był tak straszny, że sama przez palce patrzyłam.  Jeden z kolegów Ziuty akurat siedzący obok mnie spojrzał spod byka i zgasił mnie słowami: "Aleście film wyblali..."  
W sumie niewiele tego filmu obejrzałam.
- Ploszę pani, a mogę do ciebie mówić "Ciociu"?
- Jasne.
- Ciociu, to otwozys mi zelki?
- Dawaj.
- A ja?
- No pewnie.
- To mi też otwórz!
- Siku!
- Ktoś jeszcze chce?
- Nie!

2 minuty później.

- Ciociu, a Marcel też chce siku...
- A weźmiesz mnie na kolana jak będę się bał?
- A Kuba ma dwa popcorny, bo Paweł mu oddał.  To nie fair!
- Nudzi mi się...
- Ciociu, a ja kocham Marcela.
- Możemy już iść..?

Po imprezie przez dłuższą chwilę siedziałam i patrzyłam w ścianę.  
Ziuta zadowolona, wśród stosu prezentów dogrzebała się do Barbie i jej różowych akcesoriów.  Pełnia szczęścia.  I git.

Co tam jeszcze...  Aaaa - mamy zwierzątko.  Rybkę.
Ziuta dostała, w ramach akcji "Małymi krokami do przodu - kiedyś może będziesz miała pieska".
Rybka nie-w-kij-pierdział, rasowy Nemo.  Tak, to ja to wymyśliłam, temat ugniatałam od tygodni aż wreszcie z wielkim bólem przeszło.
Nemo jest rybką tropikalną i jakoś tak od naszej kranówy woli wodę zasoloną, krystalicznie czystą, o odpowiednim pH, GH, KH, Cl2, Ca, a przy tym o temperaturze dokładnie 25 stopni i najlepiej zainstalowanym dinksem imitującym morskie fale...  Tydzień temu nie miałam pojęcia co te literki znaczą, a dzisiaj śmigam z papierkami lakmusowymi i drżę z niepokoju bo jeden ze wskaźników osiąga niebezpiecznie intensywny odcień różu.  
A przecież Pan Ojciec mówił, głową kiwał z dezaprobatą, przekonywał, że lepiej welona w słoiku, albo bojownika, co to ponoć nawet w kałuży pływa.  Tak, jasne, tylko jakoś Pixar bajki o bojowniku nie zrobił.  
Chociaż jak już co do czego przyszło, stanął Ojciec na wysokości zadania, znakiem krzyża w akwarystycznym żegnany rybkę późną nocą pod pazuchą w woreczku przywiózł, u dziadków na kolanach w cieple tymczasowo zainstalował (chociaż dziadek pierwotnie trochę podejrzliwie na nas spoglądał, czy aby jaj ze starszego człowieka sobie nie robimy).  Tylko Ziuta oczy zamknęła - pod osłoną nocy przystąpiliśmy do procesu aklimatyzacyjnego.  Ściślej - ja przystąpiłam.  Ojciec jak tylko filtr i żaróweczki w akwarium załączył wymknął się nowy amortyzator do nowego-starego roweru aklimatyzować.  A ja to pobiegłam z kubkiem wody do rybiego lokalu przejściowego, to balona nadmuchałam, to baner zawiesiłam - i tak koło północy lampkę wina na nerwy wypiłam i padłam jak nieżywa.  

Mówcie co chcecie - warto było :)  Mina Ziuty o poranku - bezcenna...

I teraz, mimo, że w pracy paskudna kontrola przede mną i wszyscy wkoło tyłkami trzęsą, ja Nano-Reefa zasubskrybowałam, na eRybce ceny ukwiałów i pompek cyrkulacyjnych porównuję i z wypiekami na twarzy odmierzam Ziucie granulki do karmienia dziada małego.  Swoją drogą - przesympatyczne stworzenie.  Wystarczy, że Ziuta pychol do szybki przyklei, a on (lub ona - ponoć bezpłciowe gdy nie ma takiej potrzeby) podpływa i centralnie się lampi.  Mam wrażenie, że się polubili: przedwczoraj razem "Gdzie jest Nemo?" oglądali, a wczoraj "Potwory i Spółka".  
Taka sytuacja;)



5 komentarzy:

  1. Haha,ależ ja lubię czytać twoje teksty-brakowało mi ich :))
    I my mamy zwierzątko-psinkę ;p Kompletnie nieplanowany! Teraz mam cały dom zasikany-tobie to akurat nie grozi przy Nemo ;p
    Pozdrowionka!!!
    Mam nadzieję,że częściej będziesz się pojawiać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. :))Ja też! Nadzieja umiera ostatnia... Psinka u nas póki co nie wchodzi w grę, sprawdzamy umiejętności na rybce:) Niby mnie nie ma, a rękę na pulsie trzymam i gdzie trzeba zaglądam;) Pozdrawiam cieplutko w tę piękną niedzielę!

    OdpowiedzUsuń
  3. jedyny blog który odczytuję na głos :)))))))))) i oboje z mężem rechoczemy :))) buziole ...Nemo w płetwę ucałuj :)))))

    OdpowiedzUsuń
  4. W szaleństwie wielkim zaglądałam i nadziei nie traciłam ... powiem tylko - nareszcie :-)
    U nas po 6 rybkach - bojownikach - jednej po drugiej nie wszystkie na raz - nastał chomik - teraz 3 żyje i ma się dobrze ,,, co będzie dalej ... może świnka morska ...by odwlec posiadanie psa ...a dziecko mędzi i smędzi ...

    OdpowiedzUsuń
  5. Filipek 70: Dzięki! Miło Cię widzieć:)) Ściskam ciepło:)
    Ilona G.: Ja za gryzoniami nie przepadam - słodziaki, ale boję się do ręki wziąć:( A fajna rybka nie jest zła:) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń