sobota, 29 listopada 2014

Fajni ludzie

Od marudzenia, utyskiwania i użalania się trzeba czasami zrobić sobie przerwę.
Po to, żeby raz na jakiś czas docenić.
 Przerwę od codziennych wścieków ("Mam tego dosyć, nie jestem waszą sprzątaczką!"), krzyków ("Pozbieracie po sobie te klocki czy nie?"), wyrzutów ("Jak przez trzy dni plastiki same do szopy nie zaszły to może je zaniesiesz..."), szantaży ("Liczę do trzech...") i całej szerokiej gamy gróźb czy pseudo - próśb.
Trudno w to uwierzyć, ale czasem siadam (ostatnio pod kocykiem z kawusią) i myślę sobie jak mam dobrze...

Lubię swój dom.  Pewnie, nie jest idealny, średnio co trzy miesiące mam nowy pomysł na totalną zmianę wystroju, ale czuje się w nim bezpiecznie, a to chyba najważniejsze.  Lubię kiedy wszystko jest wysprzątane i jak ten stan utrzymuje się chociaż przez dwa dni.  Lubię mieć wszystko poprane, wysuszone i poukładane w garderobie.  Chociaż w jakiś magiczny sposób sterta prania każdego dnia jest takiego samego rozmiaru zupełnie niezależnie od tego ile godzin bez przerwy działa pralka.  Musi nas tu więcej mieszkać, słowo daję.

Lubię swoją rodzinę.  Lubię w takim ludzkim sensie - bo składa się z fajnych osób.  Na przykład dziadków z parteru.  Rzadko bo rzadko, ale zdarza się, że ich nie ma.  Kiedy są na wyjeździe zdecydowanie czegoś w domu brakuje.  Jak tylko przyjeżdżają - wszystko znowu wraca na swoje miejsce.

No i moi.  Osobiści.  O rany, wiele można o nich powiedzieć.  I do nich - tylko czasem nie ma sensu.  Ziuta - klon ojca.  Te same rysy, ten sam upór, te same teksty.  Kiedy się bawią wolę zamknąć oczy i uciec.  Kiedy się kłócą boki można zrywać.  Jak walną obustronnego focha - cyrk.  Trzeba prowadzić niezłe mediacje, żeby któreś poluzowało.
Jednak tacy są fajni/śmieszni/rozczulający, że doczekać się nie mogę powrotu z pracy do domu - w szczególności ostatnio ;)  Przestępuję z nóżki na nóżkę, żeby wreszcie Ziutę z przedszkola odebrać - bez niej za cicho jest  i jakoś tak kolory jakby bledsze.  Kiedy wraca, jej tupanie małego nosorożca niesie się po całym domu.  Wpada zawsze rozczochrana i z rumianymi policzkami i od progu wprawia w osłupienie: "Mamo, a ja się poślubiłam z Pawłem!", "A Igor zabił robaka!", "Nakarmiłaś już rybki?  A damy im dzisiaj banana..?", "A kiedy Natalka przyjedzie?", "A dziesięć objąć trzy to ile jest?"- setki tysiące wykrzykników i sensacji.
No i Ojciec.  Pan Domu.  Samo Dobro (jak mawia kolega) vel Dziad Brodaty (jak zwą go domownicy - oczywiście z miłością i czułością w głosie;).  Trudno te wszystkie cechy upchane w jednej osobie opisać w krótkich słowach.  Najważniejsze, że można na nim polegać.  Zawsze jarali mnie faceci konkretni, zdecydowani, z zasadami, poczuciem humoru i mega dystansem do siebie - czyli wszystko w czym mój pierwszy męski wzorzec miał deficyty.  Nasz Łojciec to KONKRET i nie-w-kij-pierdział.  Nie jest może wylewny, ale jak coś powie to już powie.  I do tego ma coś o czym ja mogę tylko pomarzyć - otacza go aura spokoju i nigdy przenigdy nie traci kontaktu z rzeczywistością.

I kiedy tak sobie posiedzę, dopiję kawusię i rozpłynę się w swym błogim szczęściu wtedy zwykle wpada któreś z moich "fajnych ludzi" w obłoconych buciorach na sam środek kuchni, albo mniejsze wyleci z pokoju z rykiem a większe z fochem, albo któreś naświni na stole i sobie pójdzie, albo inne wyjdzie na trzy godziny na rower mając głęboko brud, smród i poróbstwo nagromadzone przez cały tydzień...
I co z tego?
Ano nic.
I tak mam fajnie :)


2 komentarze:

  1. U mnie tez jest fajnie i tylko szkoda że czas nas wspólny się nie podwaja potraja tylko ucieka ...

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Jeśli to jedyne Twoje zmartwienie to znaczy, że JEST NAPRAWDĘ SUPER - tak na to spojrzyj:)

    OdpowiedzUsuń