środa, 26 listopada 2014

Dzień świra

Kto widział ten wie.
Pierwszego każdego miesiąca zawsze mam przed oczami scenę, w której Adaś Miauczyński odbiera kwitek z wypłaty.  Jak ja go rozumiem.  Cała ta robota - krew w piach.

Ponoć życie to sztuka kompromisu.  Albo raczej walka.  Jeszcze do końca nie zdecydowałam.
Przeczytałam niedawno artykuł, który rozbawił mnie, i owszem, ale też zmusił do refleksji.  O "wdupizmie", czyli (według trafnej definicji Gosi Tchorzewskiej, autorki artykułu):
"postawie życiowej (nazwijmy ją filozofią, to dodaje powagi), która charakteryzuje się prostą odpowiedzią na wszelkie wyzwania, problemy i zadania: „mam to w dupie”. Nie musi być to, oczywiście, odpowiedź na poziomie werbalnym. Może być to zupełnie podświadome, może być wmówione, deklarowane przed sobą jedynie, albo i przed światem - jeśli nie słowem, to postawą. Mistrzowie tej filozofii potrafią jednym uniesieniem brwi przekazać komunikat" 
Otóż, na nieszczęście, należę do tych, którzy oficjalnie, głośno i z dużą częstotliwością krzyczą "Mam to w dupie" po czym zamartwiają się i rozpamiętują wszystko w samotności długimi godzinami.
Moje życie zawodowe utknęło ostatnio w punkcie, z którego są trzy wyjścia: 1) przejść na "wdupizm" totalnie, szczerze i na maksa, 2) udać się na terapię/przyjmować silne środki otumaniające, żeby komuś krzywdy nie zrobić, 3) rzucić wszystko w cholerę i poszukać innego sposobu na samorealizację.  Znając siebie, pierwsza opcja zadziała przez chwilę i po - góra - miesiącu znów zacznę się zamartwiać, druga mocno ryzykowna i kosztowna, poza tym już czasami bzdury gadam sama z siebie i nie potrzebuję do tego dodatkowego wspomagania, a trzecia byłaby największą karą dla mnie samej.  A co to to nie!
Lubię swoja pracę.  Lubię 99% ludzi , z którymi pracuję.  Wiem na czym mi zależy, wiem jakie mam cele, co jest w tym wszystkim najważniejsze.  A przede wszystkim widzę SENS w tym co robię.  To plusy.
A z minusów - mam niewyparzoną gębę, brak mi potulności i uległości, baaardzo ciężko mi iść na kompromis kiedy czuję, że mam rację.  Nie unikam konfrontacji, nie toleruję nieróbstwa.  No i jak już robię to na 100% - a pracując w zespole czasem trudno znaleźć wspólny mianownik, bo nie dla każdego 100% wygląda tak samo.
Suma sumarum w ciągu ostatnich dni roboczych okazało się, że ja i mój bezpośredni zwierzchnik stoimy po przeciwnych stronach edukacyjno - organizacyjnej tęczy.  I jeszcze zamiast usłyszeć zwyczajne "dziękuję" za masę nie swojej roboty jaką wykonałam (o gratyfikacji finansowej dawno przestałam marzyć) dowiedziałam się, że jestem oportunistką.  Równie dobrze mogłabym być opisana jako chodząca łagodność o oczach anioła...  Taka sama abstrakcja.
Efekt jest taki, że nie chce mi się rano wstawać i iść do pracy.  Nie z lenistwa.  Z rozżalenia i frustracji.  Szefowi nie jestem w stanie spojrzeć w oczy - boje się, że nerwy puszczą mi po raz kolejny.  I jeszcze zastanawiam się 24/7 co dalej.  Nie wyobrażam sobie takiej atmosfery na dłuższą metę ani współpracy z kimś kto ma o mnie takie zdanie.  A z drugie strony - w ogóle nie widzę siebie w innym miejscu...
Pocieszam się, że jednak jestem niegłupia i bardzo szybko znalazłabym sobie inne zajęcie.  Ale dlaczego do cholery?  Wiem co robię, jestem w tym dobra, pracy się nie boję, a moja kreatywność nie raz uratowała paru osobom tyłki.
Chyba pozostaje zacisnąć zęby i przeczekać.  Może dam radę.
Goosfraba.

P.S.  Wiecie, że idą święta?  Ja w tym roku idę w takie:






Źródło zdjęć: www.pinterest.com
Ma być wesoło i kolorowo.
A po Wigilii wyjeżdżamy.  A juści:))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz