niedziela, 30 listopada 2014

Życie to sztuka wyboru czyli Łapówka Dla Mikołaja

Taka rozmowa pośrodku sklepu:
- Mamo, strzeliłam dziesięć goli!
- Super mały babolu!
- To dostanę nagrodę?
- Na przykład..?
- Pączka z dziurką!
Spoglądam na podejrzany wypiek utytłany w białym cukrze i mrugający zachęcająco do każdego przechodzącego dzieciaka brakującym okiem.
- Serio..?
- Mamo, no proszę, NALEŻY SIĘ NAGRODA!
Wpadam na genialny szantaż:
- A może zamiast tego jednego paskudnego i niezdrowego pączka zrobimy w domu CAŁĄ BLACHĘ CIASTECZEK?
Długie sekundy rozważań.  Mała główka aż iskrzy.
- Czekoladowe?  No dobra...
I dziecię ze spuszczoną głową odczłapało zrezygnowane, pokonane przez własne łakomstwo.

Słowo się rzekło.  Pokombinowałam i wyszły.  Do tej pory raczej nie udawało mi się zrobić ciastek, które popieczętowane nie spuchłyby nadmiernie w piekarniku.  Zaryzykowałam ostatni raz i udało się.  Poza tym, że są faktycznie smaczne, w sumie nie takie niezdrowe ;), to jeszcze razem z pieczeniem robi się je w 20 minut.  No heloł, dam radę nawet po całym strasznym tygodniu pracy, wieczorem piątego grudnia, żeby Mikołaja przekonać, że naprawdę zasłużyliśmy na te wszystkie skarby, o których marzymy...

Ł A P Ó W K A    D L A    M I K O Ł A J A

2 szklanki mąki (u nas: 1/2 pszennej, 1/2 ryżowej, 1/2 kukurydzianej, 1/2 żytniej)
3/4 szklanki cukru pudru (zmieliłam trzcinowy)
1 łyżeczka sody
12 dag masła w kawałkach
1 jajo
3 łyżki miodu
4 łyżki kakao

Suche składniki przesiać do miski, resztę dodać i szybko zagnieść ciasto.  Odrywać po kawałku, formować kulkę i rozpłaszczać ją na papierze do pieczenia pieczątką cukierniczą.  Piec 10 minut w 180 stopniach.

Smacznego!







sobota, 29 listopada 2014

Fajni ludzie

Od marudzenia, utyskiwania i użalania się trzeba czasami zrobić sobie przerwę.
Po to, żeby raz na jakiś czas docenić.
 Przerwę od codziennych wścieków ("Mam tego dosyć, nie jestem waszą sprzątaczką!"), krzyków ("Pozbieracie po sobie te klocki czy nie?"), wyrzutów ("Jak przez trzy dni plastiki same do szopy nie zaszły to może je zaniesiesz..."), szantaży ("Liczę do trzech...") i całej szerokiej gamy gróźb czy pseudo - próśb.
Trudno w to uwierzyć, ale czasem siadam (ostatnio pod kocykiem z kawusią) i myślę sobie jak mam dobrze...

Lubię swój dom.  Pewnie, nie jest idealny, średnio co trzy miesiące mam nowy pomysł na totalną zmianę wystroju, ale czuje się w nim bezpiecznie, a to chyba najważniejsze.  Lubię kiedy wszystko jest wysprzątane i jak ten stan utrzymuje się chociaż przez dwa dni.  Lubię mieć wszystko poprane, wysuszone i poukładane w garderobie.  Chociaż w jakiś magiczny sposób sterta prania każdego dnia jest takiego samego rozmiaru zupełnie niezależnie od tego ile godzin bez przerwy działa pralka.  Musi nas tu więcej mieszkać, słowo daję.

Lubię swoją rodzinę.  Lubię w takim ludzkim sensie - bo składa się z fajnych osób.  Na przykład dziadków z parteru.  Rzadko bo rzadko, ale zdarza się, że ich nie ma.  Kiedy są na wyjeździe zdecydowanie czegoś w domu brakuje.  Jak tylko przyjeżdżają - wszystko znowu wraca na swoje miejsce.

No i moi.  Osobiści.  O rany, wiele można o nich powiedzieć.  I do nich - tylko czasem nie ma sensu.  Ziuta - klon ojca.  Te same rysy, ten sam upór, te same teksty.  Kiedy się bawią wolę zamknąć oczy i uciec.  Kiedy się kłócą boki można zrywać.  Jak walną obustronnego focha - cyrk.  Trzeba prowadzić niezłe mediacje, żeby któreś poluzowało.
Jednak tacy są fajni/śmieszni/rozczulający, że doczekać się nie mogę powrotu z pracy do domu - w szczególności ostatnio ;)  Przestępuję z nóżki na nóżkę, żeby wreszcie Ziutę z przedszkola odebrać - bez niej za cicho jest  i jakoś tak kolory jakby bledsze.  Kiedy wraca, jej tupanie małego nosorożca niesie się po całym domu.  Wpada zawsze rozczochrana i z rumianymi policzkami i od progu wprawia w osłupienie: "Mamo, a ja się poślubiłam z Pawłem!", "A Igor zabił robaka!", "Nakarmiłaś już rybki?  A damy im dzisiaj banana..?", "A kiedy Natalka przyjedzie?", "A dziesięć objąć trzy to ile jest?"- setki tysiące wykrzykników i sensacji.
No i Ojciec.  Pan Domu.  Samo Dobro (jak mawia kolega) vel Dziad Brodaty (jak zwą go domownicy - oczywiście z miłością i czułością w głosie;).  Trudno te wszystkie cechy upchane w jednej osobie opisać w krótkich słowach.  Najważniejsze, że można na nim polegać.  Zawsze jarali mnie faceci konkretni, zdecydowani, z zasadami, poczuciem humoru i mega dystansem do siebie - czyli wszystko w czym mój pierwszy męski wzorzec miał deficyty.  Nasz Łojciec to KONKRET i nie-w-kij-pierdział.  Nie jest może wylewny, ale jak coś powie to już powie.  I do tego ma coś o czym ja mogę tylko pomarzyć - otacza go aura spokoju i nigdy przenigdy nie traci kontaktu z rzeczywistością.

I kiedy tak sobie posiedzę, dopiję kawusię i rozpłynę się w swym błogim szczęściu wtedy zwykle wpada któreś z moich "fajnych ludzi" w obłoconych buciorach na sam środek kuchni, albo mniejsze wyleci z pokoju z rykiem a większe z fochem, albo któreś naświni na stole i sobie pójdzie, albo inne wyjdzie na trzy godziny na rower mając głęboko brud, smród i poróbstwo nagromadzone przez cały tydzień...
I co z tego?
Ano nic.
I tak mam fajnie :)


czwartek, 27 listopada 2014

Najpiękniejszy jesienny weekend

Poniżej wyrażę zachwyt.  Spóźniony, ale szczery.
W połowie października trafił nam się nie lada wypad w góry.
W sam środek Kotliny Jeleniogórskiej.
I było pięknie.
Pojechaliśmy spora grupą, ale - jak zawsze na takich wyjazdach - przez cztery dni mieliśmy zajęcia w podgrupach wedle upodobań.  Moja podgrupa głównie przesiadywała w pokoju zabaw dla dzieci, ewentualnie biegała o świcie po okolicy z aparatem w dłoni, ewentualnie pedałowała po okolicznych pagórkach lub zwyczajnie opijała się czerwonym winem wylegując się na tarasie w ciepłym październikowym słońcu.
Inne podgrupy spacerowały po górach lub grały w snookera, a jeszcze inne chodziły i kręciły nosami na wszystko.  Co kto lubi.
Mnie tam wiele do szczęścia nie potrzeba - wystarczy jeden z najpiękniejszych widoków w kraju, cudownie urządzony "jakbyluksusowy" hotel, pyszne jedzenie i doborowe towarzystwo.  No i piękna kolorowa i słoneczna jesień.  Akurat tak się złożyło, że to wszystko było w pakiecie.  A gratisowo dostaliśmy historyczne zwycięstwo polskiej reprezentacji w piłce nożnej nad Niemcami ;)  No czego tu chcieć więcej...
Był super spacer po górach do ruin średniowiecznego zamku, ognisko do nocy, śmichy chichy przy winie/piwie, bankiet i balety, ekstremalna jazda konna u lokalnego wariata (;) i głośne kibicowanie polskim piłkarzom.  A potem lulanie w przytulnych i gustownych pokoikach.  Nawet Ziuta chrapała aż miło było popatrzeć.  Znaczy się była moc.
Hotel faktycznie położony genialnie - jechaliśmy i jechaliśmy krętą drogą donikąd, aż dojechaliśmy do raju.  Gdyby nie rekomendacje znajomych, którzy trafili tu zupełnym przypadkiem - pewnie nigdy byśmy tu nie dotarli.  Ale tak to już u nas bywa -  nasze życie nie od dziś składa się z przeróżnych zbiegów okoliczności.
Na terenie dwa oświetlone wyciągi narciarskie, własne naśnieżarki i ratrak (!) i w sezonie ponoć jazda całą dobę w cenie noclegów.
Po tych kilku dniach wróciliśmy zadowoleni, z naładowanymi bateriami i pewnością (moją), że jeszcze tam pojedziemy.
Przecież Pan Z Obsługi pożegnał nas słowami "To kiedy się widzimy?"
Nie możemy go zawieść...


















 O, taka była pogoda :)

środa, 26 listopada 2014

Dzień świra

Kto widział ten wie.
Pierwszego każdego miesiąca zawsze mam przed oczami scenę, w której Adaś Miauczyński odbiera kwitek z wypłaty.  Jak ja go rozumiem.  Cała ta robota - krew w piach.

Ponoć życie to sztuka kompromisu.  Albo raczej walka.  Jeszcze do końca nie zdecydowałam.
Przeczytałam niedawno artykuł, który rozbawił mnie, i owszem, ale też zmusił do refleksji.  O "wdupizmie", czyli (według trafnej definicji Gosi Tchorzewskiej, autorki artykułu):
"postawie życiowej (nazwijmy ją filozofią, to dodaje powagi), która charakteryzuje się prostą odpowiedzią na wszelkie wyzwania, problemy i zadania: „mam to w dupie”. Nie musi być to, oczywiście, odpowiedź na poziomie werbalnym. Może być to zupełnie podświadome, może być wmówione, deklarowane przed sobą jedynie, albo i przed światem - jeśli nie słowem, to postawą. Mistrzowie tej filozofii potrafią jednym uniesieniem brwi przekazać komunikat" 
Otóż, na nieszczęście, należę do tych, którzy oficjalnie, głośno i z dużą częstotliwością krzyczą "Mam to w dupie" po czym zamartwiają się i rozpamiętują wszystko w samotności długimi godzinami.
Moje życie zawodowe utknęło ostatnio w punkcie, z którego są trzy wyjścia: 1) przejść na "wdupizm" totalnie, szczerze i na maksa, 2) udać się na terapię/przyjmować silne środki otumaniające, żeby komuś krzywdy nie zrobić, 3) rzucić wszystko w cholerę i poszukać innego sposobu na samorealizację.  Znając siebie, pierwsza opcja zadziała przez chwilę i po - góra - miesiącu znów zacznę się zamartwiać, druga mocno ryzykowna i kosztowna, poza tym już czasami bzdury gadam sama z siebie i nie potrzebuję do tego dodatkowego wspomagania, a trzecia byłaby największą karą dla mnie samej.  A co to to nie!
Lubię swoja pracę.  Lubię 99% ludzi , z którymi pracuję.  Wiem na czym mi zależy, wiem jakie mam cele, co jest w tym wszystkim najważniejsze.  A przede wszystkim widzę SENS w tym co robię.  To plusy.
A z minusów - mam niewyparzoną gębę, brak mi potulności i uległości, baaardzo ciężko mi iść na kompromis kiedy czuję, że mam rację.  Nie unikam konfrontacji, nie toleruję nieróbstwa.  No i jak już robię to na 100% - a pracując w zespole czasem trudno znaleźć wspólny mianownik, bo nie dla każdego 100% wygląda tak samo.
Suma sumarum w ciągu ostatnich dni roboczych okazało się, że ja i mój bezpośredni zwierzchnik stoimy po przeciwnych stronach edukacyjno - organizacyjnej tęczy.  I jeszcze zamiast usłyszeć zwyczajne "dziękuję" za masę nie swojej roboty jaką wykonałam (o gratyfikacji finansowej dawno przestałam marzyć) dowiedziałam się, że jestem oportunistką.  Równie dobrze mogłabym być opisana jako chodząca łagodność o oczach anioła...  Taka sama abstrakcja.
Efekt jest taki, że nie chce mi się rano wstawać i iść do pracy.  Nie z lenistwa.  Z rozżalenia i frustracji.  Szefowi nie jestem w stanie spojrzeć w oczy - boje się, że nerwy puszczą mi po raz kolejny.  I jeszcze zastanawiam się 24/7 co dalej.  Nie wyobrażam sobie takiej atmosfery na dłuższą metę ani współpracy z kimś kto ma o mnie takie zdanie.  A z drugie strony - w ogóle nie widzę siebie w innym miejscu...
Pocieszam się, że jednak jestem niegłupia i bardzo szybko znalazłabym sobie inne zajęcie.  Ale dlaczego do cholery?  Wiem co robię, jestem w tym dobra, pracy się nie boję, a moja kreatywność nie raz uratowała paru osobom tyłki.
Chyba pozostaje zacisnąć zęby i przeczekać.  Może dam radę.
Goosfraba.

P.S.  Wiecie, że idą święta?  Ja w tym roku idę w takie:






Źródło zdjęć: www.pinterest.com
Ma być wesoło i kolorowo.
A po Wigilii wyjeżdżamy.  A juści:))

niedziela, 9 listopada 2014

Panta rei

Dzieje się.  
I to jak.  
W ostatnim tygodniu w naszym życiu zawodowym doświadczyliśmy "near-death-experience" czyli standardowej kontroli Kuratorium Oświaty.  Pewnie, czasem trzeba skontrolować, żeby bezhołowie się nie szerzyło.  Bywa, że taka kontrola nawet się przydaje, żeby wreszcie porządek w papierach zaprowadzić.  Ale stres, który temu wszystkiemu towarzyszy jest nie-do-opisania...
I tak od poniedziałku latamy jak z pieprzem - wypełniamy ankiety, robimy rady, organizujemy zebrania, uczestniczymy w wywiadach grupowych, pozwalamy obserwować się w czasie lekcji, przeprowadzamy na raz ewaluację zewnętrzną, wewnętrzną, zewnętrzno-wewnętrzną, mikrobadania, wyciągamy wnioski, wdrażamy je, obserwujemy rezultaty, wypunktowujemy sukcesy edukacyjne...  
Podsumowując - udowadniamy, że pracujemy dla wspólnego dobra Rzeczpospolitej Polskiej i nie opieprzamy się wbrew obiegowym opiniom reszty społeczeństwa.
W trakcie kontroli wychodziliśmy do pracy na rano, wracaliśmy późnym wieczorem - z małą przerwą na odebranie dziecka z przedszkola - po czym siadaliśmy zresetowani przez resztę wieczoru popijając wino/piwo i tępym wzrokiem gapiąc się w jak najmniej angażujące myślenie seriale komediowe.
Zawiesiliśmy zajęcia popołudniowe całkowicie.  No, dwie trzecie z nas.  Pan domu nie widział potrzeby zrezygnowania z kosza czy squasha - ja tam go rozumiem, świetna forma relaksu, pod warunkiem, że jesteś w stanie ruszyć którąś kończyną.  U mnie akurat zmęczenie psychiczne przełożyło się na fizyczne plus problemy z zasypianiem i głębokim oddychaniem.  Słowo daję - jeszcze jeden taki tydzień i gwarantowany szpital.  Albo co najmniej odwyk...
A tu jeszcze w międzyczasie trzeba było zadbać o dobrobyt najmniejszego członka naszej rodziny: Nemo.  A to zmiana piasku na lepszy, dokupienie urządzeń poprawiających klimat w naszym mini-oceanie, wymiana wapiennej, dziurawej, pokrytej glonami skały na prawdziwą, żywą, z oceanu.  Plus wymiana części wody, oczyszczenie szyb, zaistnienie na forum o nano-rafach, wizyty w sklepie akwarystycznym, poszukiwania kraba, ślimaka i krewetki - ekipy czyszczącej cały ten syf, obserwowanie życia rozwijającego się na skale, uczenie się nazw koralowców (czy to koniecznie muszą być clavularie i sinularie, a nie na przykład, "skóra z fioletowego kurczaka" albo "mała maczuga zbója Łamignata"..?)
Nasza rybka to twardy zawodnik.  Ostatnio każdego dnia wszystkimi swoimi poczynaniami fundujemy mu mały Armageddon: pchamy łapy do akwarium, przestawiamy co się da, wlewamy jakieś bakterie, odżywki, boostery - a on nic.  Nawet czasem podpływa, co by sobie z bliska wariatów poobserwować.
Mimo całej tej roboty, nocy spędzonych na obczytywaniu forów internetowych, wydzwanianiu po sklepach internetowych i akwarystach z najbliższej okolicy - warto.  Serio - oczu oderwać nie można.  Tu i ówdzie zaczynają pojawiać się formy życia - małe rozgwiazdki, piękne fluorescencyjne koralowce, prześmieszne wężowidła - siedzimy u Ziuty w pokoju, przepychamy się do szybki i wgapiamy z otwartymi ustami.  W sumie to telewizor możemy odsprzedać - ktoś chętny..?



poniedziałek, 3 listopada 2014

O tym, co mnie wkurza na maksa...

And the winner is... GŁUPOTA!  Miejsce drugie ex aequo: CIEMNOTA i LENISTWO.  
Pokusiłam się o wnioski z ubiegłego tygodnia i wyszło na to, że czczę szatana.  I skutecznie poszerzam grono jego wyznawców.  
Zaczęło się w połowie października od ogłoszenia o konkursie na ozdobę Halloweenową.  Myślę sobie - w swej naiwności - dam dzieciakom szansę na zdobycie jakiejś dobrej oceny co by im samoocena podskoczyła.  Jak już nie włada angielskim jak native speaker, to może przynajmniej paluszki ma sprawne i zmysł jakiś estetyczny posiada.  A przy okazji powiem co nieco o święcie obchodzonym w krajach anglojęzycznych, które pod względem popularności stoi ponoć na drugim miejscu - zaraz po Christmasie.  
Nakserowałam krzyżówek, wykreślanek, zagadek - będzie zabawa, będzie się działo.  Omal do szkoły miednicy i jabłek nie przytachałam na 'apple-bobbing'.  
A tu młodzież na lekcji z minami niewyraźnymi siedzi i cuś tak pod nosem mamrocze, że w kościele mówili, że Halloween to obchodzić nie wolno, bo to święto diabła i ksiądz piekłem straszył...
Łooo ja cie!
Wszystko zaczęło mi się układać w logiczną całość - nasza katechetka - nomen omen przemiła istota i bardzo dobry człowiek - jakoś tak ostatnio unika tematu i mnie zarazem, od pani z przedszkola dostałam karteczkę, że w tym roku nie ma balu straszydeł tylko jest święto dyni i dzieciaki mają być pomarańczowe...  Cudnie - a Ziuta od miesięcy marzy, żeby być czarownicą ewentualnie dzielnym rycerzem, do tego w domu pomarańczowe mamy tylko jedne skarpety - w pakiecie były.
Wyczuwam tu jakieś zorganizowane i zmasowane działania kościelnych bojówkarzy.  Nie zrozumcie mnie źle - nie stoję w opozycji do religii.  Nie pasują mi tylko średniowieczne metody utrzymywania ludu w ciemnocie, neofobia, zamordyzm i czyhający wszędzie diabeł, o którym w kościele katolickim więcej się słyszy, niż o Bogu.  
Nie zgadzam się z otumanianiem mojej Ziuty, wpajaniem jej strachu zamiast tak pięknych uczuć jak podziw i miłość, ograniczaniem jej wolności i prawa do zadawania pytań.  
Mam nadzieję, że w swoim dorosłym życiu trafi na osoby, które podsycą w niej ciekawość, tolerancję i otwartość na inne kultury, że z każdym dniem będzie dowiadywała się nowych wspaniałych rzeczy i że nauczy się samodzielnie i w zgodzie z własnym sumieniem podejmować decyzję co jest dobre, fajne, mądre i piękne a co złe i szkodliwe.  My jako rodzice dbamy o dobry start - reszta w rękach przyszłych pedagogów, duchowych przewodników, bliskich i przyjaciół.  Pozostaje wierzyć, że nikt nie zepsuje tego, co już udało nam się w niej wykiełkować...
A zalecenie przedszkolne - będąc przekorną z natury - z pełną świadomością olałam - cały wieczór szykowałam Ziucie piękną sterczącą spódniczkę Tutu z szarego tiulu.  Warto było!  Czyż nie jest przestraszna..?


P.S.  Dla równowagi spędziliśmy sobotnie popołudnie na cmentarzu zapalając świeczki - to dla Sybiraków, to dla żołnierzy walczących za naszą niepodległość, to dla kolegi, który odszedł w poprzednie wakacje...  Jakoś udało nam się pogodzić poważne i nastrojowe z wesołym i szalonym :)  Można?  Można!

niedziela, 2 listopada 2014

Gdzie jest Nemo..?

Szaleństwo.
I na tym właściwie mogłabym zakończyć tego posta.  Jeden rzeczownik a tak trafnie podsumowuje wszystko co działo się w naszym kolorowym życiu przez ostatnie dwa miesiące.
Jakoś udało nam się rozciągnąć dobę/tydzień, żeby każde z nas mogło się na swój sposób realizować.   Z małym wyjątkiem - MATKA NIE MA KIEDY ZDJĘĆ ROBIĆ.  Stąd też okropny przestój na blogu.  Za to udało mi się poupychać w codziennym grafiku pranie, odkurzanie, sprzątanie zabawek i całą resztę moich ulubionych czynności.  No, ale coś za coś...
Poza tym pławimy się w szczęściu i spokoju domowego ogniska, raz po raz przerywanym wybuchami pięcioletniego temperamentu.  Ziuta - jak dobre wino - buzuje, reaguje i dojrzewa.  Co pan zrobisz...  A właśnie, w zeszłym tygodniu obchodziliśmy półokrągły piąty jubileusz zaistnienia Ziuty w naszym życiu.  Zwyczajowo już obchody zamknęły się w obrębie tygodnia.  Będąc na skraju wycieńczenia kinderbal łaskawie zleciliśmy specjalistom.  Dzieciaki miały zwiedzać kinową kabinę projekcyjną, wszamać torta, zabawić się pod profesjonalnym okiem animatora i obejrzeć seans 
"bez ograniczeń wiekowych".  Taaa...  Animatorką okazała się być nieszczególnie doświadczona pani kasjerka z kina, temperamentne pięcio- i sześciolatki omal jej nie rozniosły na kawałki, pana od kabiny projekcyjnej akurat nie było więc nie miał kto dzieci oprowadzić, a seans był tak straszny, że sama przez palce patrzyłam.  Jeden z kolegów Ziuty akurat siedzący obok mnie spojrzał spod byka i zgasił mnie słowami: "Aleście film wyblali..."  
W sumie niewiele tego filmu obejrzałam.
- Ploszę pani, a mogę do ciebie mówić "Ciociu"?
- Jasne.
- Ciociu, to otwozys mi zelki?
- Dawaj.
- A ja?
- No pewnie.
- To mi też otwórz!
- Siku!
- Ktoś jeszcze chce?
- Nie!

2 minuty później.

- Ciociu, a Marcel też chce siku...
- A weźmiesz mnie na kolana jak będę się bał?
- A Kuba ma dwa popcorny, bo Paweł mu oddał.  To nie fair!
- Nudzi mi się...
- Ciociu, a ja kocham Marcela.
- Możemy już iść..?

Po imprezie przez dłuższą chwilę siedziałam i patrzyłam w ścianę.  
Ziuta zadowolona, wśród stosu prezentów dogrzebała się do Barbie i jej różowych akcesoriów.  Pełnia szczęścia.  I git.

Co tam jeszcze...  Aaaa - mamy zwierzątko.  Rybkę.
Ziuta dostała, w ramach akcji "Małymi krokami do przodu - kiedyś może będziesz miała pieska".
Rybka nie-w-kij-pierdział, rasowy Nemo.  Tak, to ja to wymyśliłam, temat ugniatałam od tygodni aż wreszcie z wielkim bólem przeszło.
Nemo jest rybką tropikalną i jakoś tak od naszej kranówy woli wodę zasoloną, krystalicznie czystą, o odpowiednim pH, GH, KH, Cl2, Ca, a przy tym o temperaturze dokładnie 25 stopni i najlepiej zainstalowanym dinksem imitującym morskie fale...  Tydzień temu nie miałam pojęcia co te literki znaczą, a dzisiaj śmigam z papierkami lakmusowymi i drżę z niepokoju bo jeden ze wskaźników osiąga niebezpiecznie intensywny odcień różu.  
A przecież Pan Ojciec mówił, głową kiwał z dezaprobatą, przekonywał, że lepiej welona w słoiku, albo bojownika, co to ponoć nawet w kałuży pływa.  Tak, jasne, tylko jakoś Pixar bajki o bojowniku nie zrobił.  
Chociaż jak już co do czego przyszło, stanął Ojciec na wysokości zadania, znakiem krzyża w akwarystycznym żegnany rybkę późną nocą pod pazuchą w woreczku przywiózł, u dziadków na kolanach w cieple tymczasowo zainstalował (chociaż dziadek pierwotnie trochę podejrzliwie na nas spoglądał, czy aby jaj ze starszego człowieka sobie nie robimy).  Tylko Ziuta oczy zamknęła - pod osłoną nocy przystąpiliśmy do procesu aklimatyzacyjnego.  Ściślej - ja przystąpiłam.  Ojciec jak tylko filtr i żaróweczki w akwarium załączył wymknął się nowy amortyzator do nowego-starego roweru aklimatyzować.  A ja to pobiegłam z kubkiem wody do rybiego lokalu przejściowego, to balona nadmuchałam, to baner zawiesiłam - i tak koło północy lampkę wina na nerwy wypiłam i padłam jak nieżywa.  

Mówcie co chcecie - warto było :)  Mina Ziuty o poranku - bezcenna...

I teraz, mimo, że w pracy paskudna kontrola przede mną i wszyscy wkoło tyłkami trzęsą, ja Nano-Reefa zasubskrybowałam, na eRybce ceny ukwiałów i pompek cyrkulacyjnych porównuję i z wypiekami na twarzy odmierzam Ziucie granulki do karmienia dziada małego.  Swoją drogą - przesympatyczne stworzenie.  Wystarczy, że Ziuta pychol do szybki przyklei, a on (lub ona - ponoć bezpłciowe gdy nie ma takiej potrzeby) podpływa i centralnie się lampi.  Mam wrażenie, że się polubili: przedwczoraj razem "Gdzie jest Nemo?" oglądali, a wczoraj "Potwory i Spółka".  
Taka sytuacja;)