sobota, 6 września 2014

Jakby tu...

Oj, no wybaczta mi, ale przez ostatnie tygodnie musiałam postawić na REAL.  Albo raczej on postawił na mnie.  Każdego roku pod koniec wakacji i przez pierwszą połowę września czuję się jak na rolerkosterze: po dwóch miesiącach bimbania i robienia NIC nagle trzydzieści osób na przemian zadaje mi przeróżne pytania i stawia przede mną zadania - w większości istotne, wymagające namysłu, ale zdarzają się i takie od czapy, a zanim na nowo się na to uodpornię wypalę czasem czymś głupim...  Aby uniknąć takich sytuacji w tym roku postanowiłam primo skupić się na maksa (przynajmniej w pierwszych dwóch tygodniach), secundo zorganizować swój warsztat pracy.  Jestem zadaniowcem i zwykle nie spocznę póki efekt mnie nie zadowoli, dlatego miotałam się rozpaczliwie pomiędzy całą masą obowiązków zawodowych, wyprawieniem Ziuty do przedszkolnych STARSZAKÓW, bezradnością wobec super nowych i super nieintuicyjnych programów komputerowych, które z założenia miały ułatwić mi pracę, a  w rzeczywistości utrudniły mi sen...
I jeszcze piłka Ziuty, rower Pana Ojca, moje konie - jezuuuu!
Sytuacja na dzień dzisiejszy: wystartowaliśmy i lecimy w miarę stabilnie.  Jakoś wszystko pomieściliśmy w jednym tygodniu i udało nam się stworzyć para-grafik;)
Moje konie oczywiście zajmują w nim honorowe miejsce z racji tego, że:
- są najdalej
- ja nie prowadzę auta
- Ziuta też chce jeździć
W efekcie zawieźć nas musi Pan Ojciec i tak oto moja nowa pasja stała się okazją do wspólnych rodzinnych wypraw na łono natury co najmniej dwa razy w tygodniu :)

W ostatni weekend wakacji mieliśmy szansę odetchnąć ostatni raz przed powrotem do pracy: w naszym mieście odbywało się bowiem doroczne święto ku czci lokalnego średniowiecznego filozofa, myśliciela i mistyka Jakuba Boehme.  Jarmark, stragany ze wszystkim, rękodzieło wszelakie, pokazy cyrkowe, teatry kukiełkowe, warsztaty i wykłady - czym chata bogata.  Moich sprytnie pchnęłam na przedstawienie mające raz na zawsze im wyjaśnić skąd się biorą smoki, a sama pomknęłam na wykład o stoicyzmie, gdzie dosyć szybko się zorientowałam, że mieszka ze mną wzorcowy stoik.  Mnie z racji wrodzonego lenistwa i zamiłowania do hedonizmu ciągnie bardziej w stronę epikurejczyków z ich luzem i spleenem, jednak w głębi serca podziwiam stoicką dyscyplinę i dystans do życia.  Swoją drogą to ciekawe jak zachód na oślep czerpie z dalekowschodnich praktyk Taoizmu i Buddyzmu zupełnie zaniedbując własne wieloletnie tradycje w duchowości.  Jednym z powodów jest pewnie brak mistrzów, nauczycieli - zbyt leniwi jesteśmy, żeby szukać i uczyć się na własną rękę.  A o takiego Mistrza Zen można się potknąć na każdym rogu.
Wykład połączony był z warsztatami, na które niestety już się nie załapałam, ale zdecydowanie będę drążyć temat ;)

W ramach ćwiczenia stoickiej samodyscypliny (oraz zbesztana przez przesympatyczną koleżankę z pracy;) powróciłam do blogosfery, pomimo okropnego niedoczasu.  Przecież nie mogę pozwolić, żeby ogniska domowe znajomych podupadały z braku obiadowych inspiracji (pozdrawiam i dziękuję za przywołanie do porządku;)

Dziś jeszcze parę fotek z w/w jarmarku, ale jutro - obiecuję - kolejny przepisik!











3 komentarze:

  1. No własnie-gdzie Ty się kochana zapodziałaś?! Ale usprawiedliwienie przyjęte ;p
    Cudne foty!
    A ja dziś zamiast szaleć na rynku na koncercie,kiszę się w domu-bo nie mam z kim córy zostawić . Ot,taka sobotnia proza życia ;p
    Buziaczki,czekam na przepis-ciekawe na co :)

    OdpowiedzUsuń