niedziela, 7 września 2014

Muffiny cukiniowe

Jak już wspomniałam - rzuciłam cukier.  Definitywnie.  Cukier, czyli także miód, suszone owoce, nawet te świeże o dużej zawartości fruktozy.  Od kilku tygodni się trzymam i muszę przyznać, że z każdym dniem jest łatwiej.  Trochę się obawiałam powrotu do pracy, pamiętając ubiegłoroczne napady wilczego głodu w połowie dnia i wrażenie, że jak nie zjem czegokolwiek natychmiast to niechybnie rzucę pawiem...  I tu niespodzianka - póki co nie pojawiły się.  Tak pewnie objawia się pierwszy pozytyw cukrowego detoxu.
Wyeliminowanie cukru ma ustabilizować poziom glukozy w moim rozchwianym organizmie, uspokoić hormony, zminimalizować ryzyko wszelkich stanów zapalnych, zmniejszyć podatność na infekcje i zlikwidować okropne spadki formy (doły energetyczne vel "zejścia") atakujące mnie w połowie dnia.  Aaa, no i jeszcze odchudzić i upiększyć :)  I wiecie co - to działa!

Przestałam, co prawda, piec ciasteczka, tarty i słodkie muffiny - ale jakoś nie tęsknię.  Przynajmniej smakowo.  Bo wrażeń wzrokowych trochę mi brakuje - słodkości tak pięknie wychodzą na zdjęciach...
W zamian za to eksperymentuję z przepisami na wytrawne wypieki.  Ostatnio znalazłam w Lidlowej gazetce fajny przepisik na muffiny cukiniowo-serowo-tuńczykowe.  Spróbowałam i efekt okazał się co najmniej zadowalający:)

M u f f i n y    c u k i n i o w e

Składniki:

150 gr mąki (pomieszałam żytnią, gryczaną i kukurydzianą)
4 jaja
1 łyżka proszku do pieczenia
1 cukinia (posiekana lub starta na tarce)
1 cebula posiekana na drobno
1 łyżka koperku
1 łyżka szczypiorku
75 ml mleka
sól, pieprz
1 łyżka oliwy
100 gr twardego sera startego na drobno (np. Grana Padano)
1/2 puszki tuńczyka w sosie własnym

Wszystkie składniki poza tuńczykiem i małą częścią sera (do posypania) wkładamy do miksera i miksujemy na lejącą się masę.  Papilotki lekko natłuszczamy i nalewamy trochę masy, na to kawałek tuńczyka, drugą część masy i posypujemy resztą sera.  Z przepisu wychodzi około 20 sztuk.  Pieczemy 20 minut w 220 stopniach.  Pyszne na ciepło, ale na zimno świetnie nadają się na przekąskę do pracy ;)







sobota, 6 września 2014

Jakby tu...

Oj, no wybaczta mi, ale przez ostatnie tygodnie musiałam postawić na REAL.  Albo raczej on postawił na mnie.  Każdego roku pod koniec wakacji i przez pierwszą połowę września czuję się jak na rolerkosterze: po dwóch miesiącach bimbania i robienia NIC nagle trzydzieści osób na przemian zadaje mi przeróżne pytania i stawia przede mną zadania - w większości istotne, wymagające namysłu, ale zdarzają się i takie od czapy, a zanim na nowo się na to uodpornię wypalę czasem czymś głupim...  Aby uniknąć takich sytuacji w tym roku postanowiłam primo skupić się na maksa (przynajmniej w pierwszych dwóch tygodniach), secundo zorganizować swój warsztat pracy.  Jestem zadaniowcem i zwykle nie spocznę póki efekt mnie nie zadowoli, dlatego miotałam się rozpaczliwie pomiędzy całą masą obowiązków zawodowych, wyprawieniem Ziuty do przedszkolnych STARSZAKÓW, bezradnością wobec super nowych i super nieintuicyjnych programów komputerowych, które z założenia miały ułatwić mi pracę, a  w rzeczywistości utrudniły mi sen...
I jeszcze piłka Ziuty, rower Pana Ojca, moje konie - jezuuuu!
Sytuacja na dzień dzisiejszy: wystartowaliśmy i lecimy w miarę stabilnie.  Jakoś wszystko pomieściliśmy w jednym tygodniu i udało nam się stworzyć para-grafik;)
Moje konie oczywiście zajmują w nim honorowe miejsce z racji tego, że:
- są najdalej
- ja nie prowadzę auta
- Ziuta też chce jeździć
W efekcie zawieźć nas musi Pan Ojciec i tak oto moja nowa pasja stała się okazją do wspólnych rodzinnych wypraw na łono natury co najmniej dwa razy w tygodniu :)

W ostatni weekend wakacji mieliśmy szansę odetchnąć ostatni raz przed powrotem do pracy: w naszym mieście odbywało się bowiem doroczne święto ku czci lokalnego średniowiecznego filozofa, myśliciela i mistyka Jakuba Boehme.  Jarmark, stragany ze wszystkim, rękodzieło wszelakie, pokazy cyrkowe, teatry kukiełkowe, warsztaty i wykłady - czym chata bogata.  Moich sprytnie pchnęłam na przedstawienie mające raz na zawsze im wyjaśnić skąd się biorą smoki, a sama pomknęłam na wykład o stoicyzmie, gdzie dosyć szybko się zorientowałam, że mieszka ze mną wzorcowy stoik.  Mnie z racji wrodzonego lenistwa i zamiłowania do hedonizmu ciągnie bardziej w stronę epikurejczyków z ich luzem i spleenem, jednak w głębi serca podziwiam stoicką dyscyplinę i dystans do życia.  Swoją drogą to ciekawe jak zachód na oślep czerpie z dalekowschodnich praktyk Taoizmu i Buddyzmu zupełnie zaniedbując własne wieloletnie tradycje w duchowości.  Jednym z powodów jest pewnie brak mistrzów, nauczycieli - zbyt leniwi jesteśmy, żeby szukać i uczyć się na własną rękę.  A o takiego Mistrza Zen można się potknąć na każdym rogu.
Wykład połączony był z warsztatami, na które niestety już się nie załapałam, ale zdecydowanie będę drążyć temat ;)

W ramach ćwiczenia stoickiej samodyscypliny (oraz zbesztana przez przesympatyczną koleżankę z pracy;) powróciłam do blogosfery, pomimo okropnego niedoczasu.  Przecież nie mogę pozwolić, żeby ogniska domowe znajomych podupadały z braku obiadowych inspiracji (pozdrawiam i dziękuję za przywołanie do porządku;)

Dziś jeszcze parę fotek z w/w jarmarku, ale jutro - obiecuję - kolejny przepisik!