czwartek, 7 sierpnia 2014

Kontynuacja

Moja urlopowa pasja jeździecka bynajmniej nie przemija.  Przeciwnie - o niczym innym ostatnio nie myślę.  I jest efekt.  SĄ KONIE :)  Namierzyłam miejscówkę, znalazłam maila, napisałam, umówiłam się i udało się.
Nie w bezpośredniej okolicy, niestety, ale 30 kilometrów to nie dramat.  A miejsce, jak się okazało, warte zachodu.  Trochę się naszukaliśmy po drodze.  Wypatrywałam tabliczki, strzałki, plakatu - czegokolwiek co zawierałoby w nazwie 'konie'.  Nic.  Poza 'Diakonia'...
Nasz Quest przerwany telefonem od właścicielki:
- Macie rower na dachu..?
- Tak?!
- No toście nas jakiś czas temu minęli...
Jednak mimo usilnych starań, trafiliśmy.
Fajne miejsce.  Właściciele to para polsko-niemiecka.  Dziewczyna przesympatyczna, prawdziwa pasjonatka, na wszystko ma oko, instruktorka, zawodniczka i jeszcze dobre fotki robi ;)
Padok dopieszczony, boksy czyściutkie, konie zadbane i ponoć mega łagodne.
Ja w nowych bryczesach i sztybletach (jedna wizyta w czeskim Decathlonie na dziale jeździeckim, którego nawet wcześniej nie zauważyłam), z bananem na twarzy, z lekka wystraszona, ale podekscytowana na maksa, ściskająca najdroższego raz po raz w podziękowaniu, że mnie tu przywiózł był.
Jeden kruczek: jazda w stylu western.  Czyli trzy czwarte z tego co się na wczasach z takim wysiłkiem wyuczyłam mogę sobie... między bajki włożyć.  Szczerze mówiąc, to stylistyka westernowa nigdy do mnie nie przemawiała.  Ale co tam - wielki plus jest taki, że konie świetnie wyszkolone.  Nie zdążę dobrze pomyśleć i już jadę.  Albo stoję.  Słowo daję - pierwsze hamowanie to miałam jak - nie przymierzając - przednim klockiem na rowerze: cyk i koń mi się skończył, a jazda jeszcze nie...
Ziuta zero respektu.  Obczyściła swojego kuca, wyczesała go, osiodłała i z dumną miną zaprowadziła na padok (pod nadzorem oczywista).  A potem kłusowała jak dzika, bliska wstrząśnienia mózgu, ale z ekstazą na buziolu :)
A ja..?  Poczesałam, wygłaskałam, oklepałam i też zaprowadziłam.  Osta cieszy się doskonałą reputacją - łagodna, roztropna i doświadczona.  Bardzo czujna, ale też mocno wyrozumiała dla takiego laika jak ja.  Było super: siodło wygodne, strzemiona szerokie - wysiłek niezgorszy, ale jaka frajda!
Co prawda Pan Ojciec spłoszył mi konia - rzekomo niecelowo - i Osta przydzwoniła mi kopytem w kostkę - ale cholewka w nowym obuwiu zdała egzamin.
Od ręki umówiliśmy się na poniedziałek :))
Już się nie mogę doczekać...






6 komentarzy:

  1. Jak czytam te Twoje wakacyjne posty to mam wrażenie, że czytam o sobie - dosłownie! Nie ważne gdzie, nie ważne jak najważniejsze, że są KONIE! <3
    Ja w tym roku też na konie wyruszam ale dopiero pod koniec sierpnia...no nic, przynajmniej w dzień, w dzień mam zafundowane obcowanie z tymi zwierzętami bo mam je na miejscu w ośrodku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Ja dopiero zaczynam swoją jeździecką przygodę, ale już na dobre połknęłam bakcyla. A wyjazdu zazdroszczę:) Baw się dobrze!

    OdpowiedzUsuń
  3. No proszę,widzę pasja jeździecka rozwija się na dobre! Super sprawa,ja jeszcze nigdy nie jeździłam konno ;p
    Pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wrażenia nieporównywalne z niczym innym - a kilka rzeczy już w życiu próbowałam. Z serca polecam!

    OdpowiedzUsuń
  5. ... nie konie jednak nie .. ale stawiam pierwsze kroki na waveboardzie ;-) oczywiście córka mnie zmotywowała :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oooo, super! Gdyby nie te dzieciaki, byśmy tylko w chacie siedziały i seriale oglądały... ewentualnie dziergały jeszcze;)) Sukcesów życzę!

    OdpowiedzUsuń