czwartek, 24 lipca 2014

Pierwsze razy

Spoglądam sobie przez okienko w sypialni.  Koniki się pasą, woda w zalewie się mieni, a Ziuta siedzi po turecku na trampolinie z kilkoma chłopakami w wieku 2-6 i gra w butelkę.  Zamarłam.  Jak to, już..?  Nastawiam uszu:
- Pytanie czy wyzwanie?
- Pytanie.
- Czy kogut ma brązowe oczy?
Uff...  Graj dziecko, graj.  Tylko mi się nie całuj bo Ojca zawołam i się skończy zabawa!

Zanim tu przyjechaliśmy, miny mieliśmy nietęgie.  Marzyły nam się trzy tygodnie w naszej stałej nadbałtyckiej miejscówie.  Przespaliśmy okres rezerwacji i trzeba było poszukać gdzie indziej.  Właściwie, to wcale nam się nie chciało nigdzie jechać.  Ale pod naciskami babci, że klimat trzeba zmienić, że dla dziecka korzystnie - poszukałam w sieci dosłownie przez chwilę i znalazłam.  Napisałam w ciemno - miejsca były więc zarezerwowaliśmy.  I już.  Ciągle jednak z fochem, że nie tam gdzie zwykle.
A teraz z każdym dniem coraz bardziej mi się podoba.  Miejsce genialne - do morza ze dwa kilometry, z dala od gwaru i przyplażowej tandety, cicho, kilka kroków od zalewu, w którym trzeba się nieźle natrudzić, żeby się utopić.  Jak znudzimy się morzem, to możemy pozamulać na małej plaży nad zalewem, gdzie dodatkowo jest punkt wypożyczania kajaków i szkółka windsurfingowa.  Dookoła świetne, świeżutkie jak bułeczki trasy rowerowe w różne strony, 7 kilometrów dalej marina na wypasie - można pożeglować, albo tylko podziwiać...  I jeszcze ostatnio trafiliśmy na plażę jak na Karaibach: trzeba tylko na totalnym nielegalu ześliznąć się z kilkudziesięciometrowego klifu i już: pusto, pięknie, czysto, ekstremalnie ale i romantycznie ;)
Niestety, wrócić trzeba tą samą drogą...

No i najważniejsze: uczę się jeździć konno :))
Przełamałam się.  Bałam się koni jak diabli.  Pierwsza lekcja polegała raczej na oswajaniu się z siedzeniem bez trzymanki na wysokości pierwszego piętra podczas trzęsienia ziemi.  Ale coś w tym jest.  Jak pogłaskałam po karku Aladara i poczułam jak ciepły jest ten wielki osierściony zwierz - wzięło mnie na maksa.  Teraz latam do stajni co wieczór razem z innymi (których średnia wieku wynosi 5 lat) i poklepuję, głaszczę i dokarmiam marchewkami i jabłkami.

Za dwie godziny kolejna jazda.  Poniżej Aladar w akcji - póki co pod kimś innym.  Aladar jest duńczykiem i trochę ciężko nam się jeszcze dogadać, ale jak znajdziemy płaszczyznę porozumienia - poza marchewkami - będę mknąć jak Ronja, córka zbójnika ;)

(Źródło zdjęcia: Najlepszy Fotograf w Rodzinie)

O, mam jakieś zdjęcie z tych wczasów... z Ziutą!  I z Aladarem!!

Tłumaczę: "MAMO KOHAM CI" :))





4 komentarze:

  1. biorę namiary !!!!!!! chociaż żal mi Aladara, bo by mu się kolanka ugięły pod moją osobą :)))))))))))))))ale może będę miała motywację i ten sposób z wodospadem zastosuję ??? pięknie focisz kobieto !!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podam w mailu:-) Nie łam się - mnie utrzymał i śmiem twierdzić że polubił;-)

      Usuń
  2. Jeszcze się plażujecie-ale wam fajnie! Ja właśnie wróciłam znad Bałtyku,z chorobą ;p Ale to nic,że przez trzy dni leżałam z gorączką i głos straciłam-jodu się nawdychałam,stopy zamoczyłam w morzu ,aż mi je z zimna powykręcało ;p Fajnie było ale mało.
    Buziaczki ;0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło matko a co to za zaraza Cię zmogła?? Ja zakładam że na wczasach się wypoczywa a nie choruje i póki co działa;) Zdrowia i jeszcze raz zdrowia:-)

      Usuń