wtorek, 15 lipca 2014

Plażing

Mogę tak siedzieć i patrzeć w ten Bałtyk godzinami.
Nie wiem skąd tak mam.
Na góry (te wysokie) też mogę.  Człowiek w obliczu potęgi przyrody jest tak zafascynowany, że oczu oderwać nie może.
A woda, taka wielka, trochę mnie przeraża.  No to sobie patrzę i oswajam.
Kiedyś się nie bałam.  A potem pojechaliśmy do Chorwacji i jednego pięknego dnia wybraliśmy się na canyoning.  Dla niezorientowanych - wywożą cię rozklekotanym busem do najwyżej położonego punktu w górach Welebit, ubierają w piankę, kask, kapok i gumowe buty i wrzucają jak stoisz do Cetiny, górskiej rzeki, która - jeśli jej nie będziesz przeszkadzać - jakoś tam cię uniesie w dół.  Oczywiście uprzednio sponiewiera jak jeszcze nic nigdy wcześniej.  Ja po pierwszych minutach zdałam sobie sprawę, że popełniłam wielki błąd.  Gdzieś mnie połknęło, wyłomotało jak w pralce i gdzieś dalej wypluło.  A tu jeszcze ze dwie do trzech godzin takich atrakcji...
Dotrwałam.  Były i przyjemne momenty.  Na spokojnej wodzie, trochę niżej i trochę cieplej, można się wyluzować i dać się ponieść.  Owszem, po wszystkim człowiek czuje dumę i niezłą adrenalinę, ale doszłam do wniosku, że mogę bez tego żyć...
A teraz leżymy nad tym naszym Bałtykiem, jak - nie przymierzając - emeryci, spacerujemy, muszelki zbieramy, po piasku piszemy i jest super.  Na wszystko w życiu jest czas.  Skoków adrenaliny dostarcza mi Ziuta, bo przy niej trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Ja się już nieźle naszalałam i głupot narobiłam.
Teraz mogę pełną piersią chłonąć spokój i luz...
I właśnie za chwilę jedziemy rowerami na plażę.  Chłonąć...








2 komentarze: