piątek, 18 lipca 2014

Luz blues...

Zasłyszane na plaży:

- Ździchu, idę się wylać.  Idziesz?
- No.
I poszli w stronę morza.

Cudowny mistyczny związek matka-córka w praktyce:
- Gdzie mi tu piachem sypiesz, gówniaro jedna?  Zaraz w dupę dostaniesz!

Różne takie perełki słychać dookoła.  Dlatego rzadko chodzimy na plażę w plażowych godzinach szczytu.  Wolimy popołudniowo-wieczornie, po obiedzie, na spokojnie, rowerem lub spacerem.  Jest pusto i spokojnie.  Cicho - to za dużo powiedziane, morze jednak szumi ;)
Wczoraj posiedzieliśmy na naszej plaży do wieczora.  Pomijając temperaturę wody - Karaiby :)
Dziś mija tydzień.
Już się zaaklimatyzowaliśmy.  Miejsce cudne, rano budzi nas rżenie koni ewentualnie pianie kogutów.  Ziuta każdą wolną chwilę skacze na trampolinie, Ojciec pedałuje - dziś wokół Zalewu Kamieńskiego, ja piję kawkę na trawingu i piszę/czytam, a nad głową co rusz bocian mi przelatuje (zwiastowanie..?)  Całe szczęście, że głowa rodziny w terenie ;)
Po południu chyba spróbuję wreszcie jazdy konnej.  Pierwszej w życiu.
Pan Szef obiecuje, że w dwa tygodnie się nauczę.
Ponoć, to jak z jazdą na rowerze.  Tylko rower ciut duży...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz