niedziela, 8 czerwca 2014

Jadę na rowerze do byle gdzie...

Odpoczywam.
Szalony tydzień za mną: masa niecodziennych obowiązków zawodowych, zajęcia popołudniowe Ziuty, fitnesy, godziny przy fotkach (nie na bloga - do pracy;) a do tego wszystkiego temperatura otoczenia rosnąca z dnia na dzień...  Dziś, na ten przykład, termometr wskazywał 33 stopnie w cieniu.
Odpoczynek jest mi potrzebny.  Wręcz konieczny.  Na szczęście dojrzałam już do aktywnego regenerowania się.  Ostatnio świetnie sprawdza się rower.  Można wdepnąć i się wyłączyć.  Okoliczne trasy w dużej mierze zwiedziliśmy, pora zatem wyruszyć na przygodę gdzieś w nieznane.  I wyruszyliśmy w sobotę.  Mamy to szczęście, że mieszkamy w dobrym punkcie.  W promieniu 50 km mamy super górki, niezgorsze akweny wodne, a do tego dwa obce kraje od lat mocno nastawione na aktywne spędzanie czasu więc infrastruktura u nich o lata świetlne wyprzedza naszą...
Zatrudniwszy babcię na Umowę - Zlecenie do całodniowej opieki nad Ziutą (bezpieczeństwo + korytko + fun) wyruszyliśmy bladym świtem (dla nas to około ósmej) do Novego Mesta w Czeskiej Republice.  Tam odnaleźliśmy Singltrek pod Smrkem i jazda.  Wierzcie lub nie, micha mi się cieszyła już po pierwszych minutach.  Do momentu połknięcia owada.  Potem roztropnie radowałam się wewnętrznie.
Nigdy wcześniej nie próbowałam swoich sił w kolarstwie górskim, nawet sam pomysł nie wydawał mi się szczególnie atrakcyjny.  Ale to, co Czesi (pod kierunkiem jakiegoś Walijczyka światowej sławy) stworzyli to majstersztyk.  Ponoć zestaw tamtejszych tras plus ich utrzymanie uczyniło to miejsce jednym z najlepszych w Europie.  W odpowiedzi na moje błagania najdroższy poszedł na ugodę i wybraliśmy trasę niebiesko-czerwoną.  Było GENIALNIE!  Jazda lasem, przyjemny chłód w upalny dzień, przyroda soczysta i stopą ludzką nietknięta - rower tylko śmignie misternie wytyczonym szlakiem i tyle go widzieli - i te atrakcje: góra, dół, góra, dół, prawo, lewo, ostro, łagodnie, kładka, mostek, polana - poezja!  Zrobiliśmy raptem 16 kilometrów, ale nie o kilometraż tu chodzi tylko o wrażenia.  Tak się jechało, że nawet na przerwy nie mieliśmy ochoty :)
Po wysiłku zimne czeskie piwko (ja, bo nie musiałam do domu auta prowadzić), chwila na oddech i powrót.  Całość zajęła nam niespełna 5 godzin.
Kobity (i może nawet faceci), które się jeszcze ciągle wahacie czy jechać: JEDŹCIE!  To nie jest jakiś hardcore dla muskularnych twardzieli.  Spokojnym tempem to i rodziny z dzieciakami przejadą.  A wrażenia niezwykłe.
Mówię wam, da się zregenerować na wielu płaszczyznach :)

(Wiem, jakość zdjęcia pozostawia wiele do życzenia, ale taki telefon...)

5 komentarzy:

  1. Kochana, rower to moja miłość :)) Nie mam co prawda specjalistycznych tras pod ręką a raczej w zasięgu koła ale jeżdżę sobie w okolicach mojej mieściny ;p Mój pan mąż ,jak już wiesz,zdecydowanie woli cycle w wersji moto więc nie mam co liczyć na jego towarzystwo ale w sumie mogę sobie wtedy odpocząć od wszystkich ;p
    Buźka ;0 I zapraszam na cukierasy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. :)) Zaczynam rozumieć rowerowych pasjonatów. My jeździmy we dwójkę, ale zwykle gęsiego więc też nie pogadasz;) Za zaproszenie dziękuję, pędzę obczaić :)

    OdpowiedzUsuń
  3. no to poczekaj niech się wytrenuję ,to podjadę do Ciebie i sobie razem pojedziemy :))))) no i jak mi lat i kilogramów ubędzie to Wam może kroku dotrzymam :)))))))) buziole

    OdpowiedzUsuń
  4. p.s. byś czasem zsiadała żeby fotki pstryknąć :)))) wiem że Cię małżonek przeklnie, ale mogłabyś ..naprawdę :))))))

    OdpowiedzUsuń
  5. Filipek: uwierz, chciałam, ale nie mogłam przestać jechać;)) Trzymam Cię za słowo - mi niedługo cztery dychy stukną i bez obciachu radę daję - to żaden argument:)))

    OdpowiedzUsuń