poniedziałek, 30 czerwca 2014

Małe wścibstwo

- A jak się ma taki trochę zwisający brzusio to się jest trochę... no... grubiutkim..?
- Ziuta, lepiej tak nie mówić, bo komuś może być przykro...
- Ale na przykład Gumiś to ma zwisający brzusio i jest trochę grubiutki...
- No właśnie, jak będziesz tak ciągle o tym gadać to mu się zrobi przykro!
- Eee, nie zrobi, on tylko tak śpiewa "Ja jestem Gumi Miś" i nic nie mówi...

Zabrnęłam.
Ostatnio Ziuta coraz częściej zapędza nas w kozi róg.  Wymądrzamy się, pouczamy i strofujemy, a mała żmijka wszystko koduje, analizuje i znienacka jebut jakimś logicznym następstwem lub hipotezą z kosmosu.  Oj, czujności nam trzeba, żeby z twarzą ten okres wścibstwa przeczekać.

Zapomniałam się pochwalić, że już nie koczujemy u Ziuty na materacu.  Nareszcie stare mają nocą swoje metry kwadratowe, a Ziuta swoje.  Bywa różnie.  Czasem jeszcze lecę obczaić czy się nie odkryła, ale coraz częściej mi to zwisa.  Przecież rączki ma, to się zakryje jak zmarznie, nie..?
Ostatnio zerwałam się koło północy czując, że Najdroższy się zrywa.  I tak siedzimy sobie chwilę skonfundowani - ja dodatkowo z lekka poirytowana, bo akurat Colin Firth rwał mnie na maksa - aż pośród ciemności zaczynamy rozróżniać małe jasne coś, które mówi:
- Siku...


niedziela, 29 czerwca 2014

Naszyjnik dla Ziuty

Se pada.
Ze cztery razy byliśmy o włos od wyjścia z domu.  Za każdym razem w ostatniej sekundzie któreś z nas zauważało krople na oknach połaciowych i zonk.  Na całe szczęście nikt zbytnio nie marudzi.  Ziuta konstruuje sobie papierowy latawiec, smarując, wycinając, drąc bibułki i lepiąc nowym klejem w sztyfcie wszystko co się nawinie.  Swoją drogą to zaskakujące, jak zupełnie beznamiętnie korzysta z ekranu dotykowego w moim telefonie podczas gdy z wypiekami na twarzy używa kleju szkolnego.
Ojciec nasz grzebie w sieci,  po raz setny analizując klatka po klatce filmowy instruktaż czyszczenia hamulca rowerowego, w przerwach wyszukując oferty wakacyjne nad Bałtykiem.  Póki co, żadna nie sprostała naszym wygórowanym wymaganiom.  W swym zadufaniu postanowiliśmy bowiem jechać tylko tam, gdzie będzie cicho, spokojnie i czysto...
Ja, z kolei, to pranie zapuszczę, to obiad przyrządzę, to za wczasami w necie pobuszuję, nawet trochę kraftuję, jak mnie natchnie ;)
Poniżej najświeższy owoc chwilowego przypływu weny: naszyjnik dla Ziuty.
Skorzystałam z zachomikowanej samoutwardzalnej białej glinki ceramicznej, farbek akrylowych i rzemyka.  Fajna zabawa, polecam: wystarczy ulepić dowolne małe formy (można również wykroić foremkami do ciastek lub ciastoliny), delikatnie przedziurawić wykałaczką, odczekać aż przeschnie, dowolnie pomalować i nanizać :)
Proste i genialne.  Niestety nie moje.  Niedawno trafiłam na taką biżuterię wertując craftgawkera.  Znalazłam też całą masę innych pomysłów, które zamierzam zrealizować w najbliższym czasie.  Oczywiście, jeśli pogoda dopisze.  Bo jak, nie daj Boże, zrobi się ciepło i wyjdzie słońce na dłużej niż trzy godziny to niestety będziemy musieli opuścić cztery kąty i - o zgrozo - spędzać czas NA POWIETRZU...  A jak na dodatek znajdziemy jakieś wczasy to w ogóle strach pomyśleć :)




P.S.  Jeśli która ma fajną miejscówkę w zachodniopomorskim się zlituje i da namiary - Bóg mi świadkiem, że jakoś się odwdzięczę ;)

sobota, 28 czerwca 2014

Kukurydza z grilla. P.S. Wakacje...

Coś się kończy, coś się zaczyna.
Jako belfer mam ten luksus, że każdego roku dokładnie wiem, kiedy spodziewać się cezury pomiędzy tymi dwoma okresami: początek wakacji.
Ostatni tydzień czerwca z reguły jest w naszym domu szalony.  Oboje pracujemy w jednej szkole, oboje zostawiamy wszystko na ostatnią chwilę, a potem wzajemnie warczymy na siebie aż do ceremonii zakończenia roku szkolnego.


A już następnego dnia błogi spokój.  Dzisiaj - na ten przykład - spacerowaliśmy sobie luźnym krokiem po mieście, Ziutę trzymając za ręce, zaglądając to do papierniczego, to do rowerowego, potem pofikaliśmy na drabinie zrywając najciemniejsze a zarazem najbardziej dojrzałe wiśnie, na dokładkę splądrowaliśmy krzak porzeczek, a na koniec ciocia (vel Citka) przesłała pozdrowienia w postaci wiaderka świeżo zerwanych jeżynomalin i truskawek...
Teraz Pan Domu odsypia ostatnie dziesięć miesięcy, Ziuta marudzi, że od owocowego obżarstwa brzuch ją boli, a ja griluję kukurydzę na obiad.  A co...
Po południu pewnie się pohuśtamy, może pojeździmy rowerami, a na wieczór jesteśmy umówieni na biwak u Ziuty w pokoju.  Będzie prawdziwy namiot, śpiwory i te sprawy...
Łojacie, mamy tak fajnie, że sama sobie zazdroszczę :))

W tym roku idziemy na żywioł.  Wyjazdów żadnych nie planowaliśmy - zobaczymy co życie przyniesie.  Ziuta i ja marzymy o morzu, chociaż na dwa tygodnie, Łojciec pewnie pofikałby po Taterkach.  Jakoś się dogadamy, mamy czas.

Na razie łapiemy oddech i fajno jest :)









P.S.  Kukurydzę najpierw lekko zblanszowałam, a potem ugrillowałam na maśle na patelni grillowej...  Bo tak lubimy :)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Dzień-Po

Weekend należał do udanych.
Pogoda - miodzio, temperatura umiarkowana, lekka bryza - szaleństwo.  Żal w domu siedzieć.  A jednak siedzieliśmy.  W sobotę.  Ja siedziałam.  Bo Pan Domu zaanektował garaż i podwórko w promieniu kilku metrów.  Pucuje tego bajka jak nic nigdy wcześniej...  Żeby tak raz chociaż łazienkę wyglansował z taką miłością i precyzją...
Wreszcie w niedzielę zaistniała możliwość przetestowania nowego cuda w terenie.  Ściślej, ja tę możliwość stworzyłam: "Ej, pojedziemy do Novego Mesta?  Co??  No patrz, jaka pogoda..."
I pojechaliśmy.
Cud, miód, palce lizać.
Kulinarne porównania nie bez przyczyny - serwują tam prześwietną gulasovou polivku...  Po niezgorszym wysiłku fizycznym miska takiej konkretnej, pikantnej polivki na świeżym powietrzu to czysta poezja :)
A dzisiaj jak to w "Fajniedziałki" bywa: jakaś dziwna masa roboty, która narosła chyba przez weekend (?), bo w piątek wychodząc z pracy zaległości jeszcze nie miałam...
Ale fajowa ta moja praca - i zdania nie zmienię!
Rekrutacja.  Podania.  Decydowanie o tym, z kim czyjeś dziecko przez trzy lata będzie przebywać po osiem godzin dziennie.  Rozważanie, czy dzieciak pod opieką poradni specjalistycznej może iść do wymarzonej klasy sportowej i 10 godzin w tygodniu trenować piłkę nożną.  Odnajdywanie drugiego dna w dodatkowych informacjach o dziecku, ważnych z punkty widzenia poprzedniego wychowawcy.  Na przykład wyrażenie "epizody utrudniania toku lekcji" w rzeczywistości powinny brzmieć "dziób mu się nie zamyka, jest wulgarny/a, rzuca cyrklem po klasie i grozi, że podpali szkołę".
Ale zdarzają się też perełki.  Myślę sobie, jacy ci rodzice są fantastyczni, że szukają zalet u swoich prywatnych dzieci wbrew wszystkiemu.  Może i, nygus jeden, gada jak najęty, bije kolegów i ciągnie dziewczyny za włosy a cała szkoła łącznie z dyrekcją odetchnie z ulgą kiedy skończy dany etap edukacyjny, a jednak "chętnie uczestniczy we fluoryzacji zębów".  I co teraz?  Stworzyć klasę o profilu "zdrowy uśmiech" ??
Każdego roku to samo.  Kasia chce być z Marysią, ale nie chce z Bożeną.  Za to wszystkie trzy koniecznie muszą mieć rozszerzony angielski.  A Klaudiusz to ma zainteresowania artystyczne - pięknie deklamuje, ale i sportowe - od trzech lat ćwiczy Muay Thai, czy jakieś tam inne sposoby szybkiego zabijania.
Wreszcie wszystko zostaje ustalone, przyklepane, opieczętowane i wchodzi w życie.  I co z tego, kiedy w październiku (a czasem w połowie września) następuje przetasowanie, bo Gosi się koleżanki nie podobają, a Michał za karę idzie do "CE" bo za bardzo się z klasą zbratał i nowe przyjaźnie-animozje przypieczętował ustawką pod mostem...
Tak bywa.  Niektóre sytuacje czysto hipotetyczne, ale kilka - wierzcie - samo życie ;)






P.S.  Ziuta szła z przedszkola tupiąc i fukając.  Na moje wścibstwo warknęła "Mam dzisiaj zły dzień!"
Za to dyplom ukończenia kursu religii (?) przytargała.
- Ziuta, a skąd to?  Co to?
- Dyplom od Matki Bożej!

piątek, 13 czerwca 2014

Lodowy sernik truskawkowo - miętowy i prawie nówka prawie nieśmigana...

Miły mój zadziałał pod wpływem impulsu.  Zapragnął mocno, chwilę poczytał, fora internetowe przewertował, nadszarpnął budżet i zakupił.  Nowy-używany rower.
Przesiaduje teraz w garażu, godzinami chucha, dmucha, ogląda, rozmyśla...  Dokonał bowiem zakupu trzy w jednym: nie tylko hobby, ale i zżeracz czasu oraz beczka bez dna.  Wieczorem kopsnęliśmy się na rowerki, luby jednakowoż pomknął na starym-używanym - "Do nowego pompki nie mam, a poza tym jakieś luzy na sterach są" (?).  Wcześniej tego samego popołudnia odczuł pilną potrzebę wizyty w Castoramie - w celu nabycia odtłuszczacza.  Tu zastrzygłam uszami - zasygnalizowałam, że może i mnie się takie cudo przyda?  Spojrzał pobłażliwie, po czym zignorował.  Ale przynajmniej truskawek i śmietanki po drodze kupił, bo znów popichcić mi się zachciało.

Dziwnym zbiegiem okoliczności wcześniej na to nie wpadłam: sernik na zimno!  A nawet na Bardzo zimno - bo z zamrażalnika :)
Deser, ciasto i lody w jednym.  Na takie dni jak ostatnio  - genialne.  Chociaż ponoć w upały nie powinno się organizmu wychładzać od środka.  Jedna sprawa to wrażliwe gardło, kwestia osobnicza; poważniejsze konsekwencje mogą pojawić się w sezonie jesienno - zimowym: większa podatność na infekcje, te sprawy.
Jako, że optuję za swobodą w podejmowaniu decyzji oraz od dawna słucham swojego ciała - a ono krzyczy "SERNIK NA ZIMNO!" - wykonałam szereg chaotycznych czynności, których efektem jest taki oto smakołyk:













S e r n i k    l o d o w y

t r u s k a w k o w o - m i ę t o wy

Składniki:

500 ml śmietanki 36%
3 jajka
300 gr białego serka "sernikowego"
330 gr cukru
cukier waniliowy (opakowanie) lub ziarenka z jednej laski wanilii
300 gr herbatników
50 gr masła
4 posiekane listki świeżej mięty
700 gr truskawek + 2 łyżki cukru
300 gr mieszanki owoców (poziomek, malin, jagód, borówek amerykańskich, itp.)

W rondelku rozpuszczamy masło.  Rozkruszamy herbatniki.  Połowę herbatników mieszamy z masłem i wyklejamy nimi dno tortownicy (ja dodatkowo wyłożyłam ją papierem do pieczenia co ułatwiło mi wyjęcie sernika po zmrożeniu i nadało mu fantastyczny nieregularny kształt).
Ubijamy białka na sztywno.  Podobnie śmietankę.  Miksujemy żółtka, cukier, wanilię i ser.  Delikatnie łączymy masę serową z ubita śmietaną i pianą z białek.  Całość dzielimy na dwa naczynia.
Miksujemy truskawki z dwoma łyżkami cukru, dodajemy do połowy masy i delikatnie łączymy.
Rozgniatamy pozostałe owoce i wraz z miętą dodajemy do drugiej połowy masy.  Mieszamy delikatnie.
Masę truskawkową wylewamy na spód w tortownicy.  Na to wysypujemy drugą połowę herbatnikowych okruszków.  Na koniec wlewamy delikatnie drugą masę.
Wstawiamy do zamrażarki na co najmniej 5 godzin - najlepiej na noc.  Sernik po wyjęciu z zamrażarki musi chwilę odstać aby lekko zmiękł i dał się pokroić.
Smacznego!

(Z podanych składników wyszło tyle masy, że nie wszystko zmieściło się w tortownicy.  Można resztę zamrozić w mniejszych miseczkach - oczywiście o wiele krócej - i podać jako deser.)

(Źródło przepisu: http://gronaskafferiet.se)

czwartek, 12 czerwca 2014

Upały, bunt i problemy komunikacyjne

Ziuta wykonuje skomplikowane - chyba taneczne - ruchy i sobie podśpiewuje.
- Eli kałi gecał la la la la
- Pięknie Ziuta, a co to?
- No "eli kałi gecał"
- Ale skąd ten kawałek, bo nie kojarzę..?
- Z tlapezo amelicano!
- ??
- Aaa - zakumał Bystry Ojciec - Everybody dance now!
I tu wszyscy ruszają w chaotyczny pląs, tudzież śpiewają na sobie tylko znaną nutę.

Doszło do tego, że pomimo ukończenia studiów filologicznych, oboje rodzice stopniowo zatracają zdolności komunikacyjne.  Albo upał, albo agresywna demencja starcza.  Po kilku dniach rekordowych temperatur połączonych z rekordową wilgotnością sama nie wiem, co wolę.
Ale przecież "z dziećmi trzeba rozmawiać"...
Szczególnie teraz, kiedy Ziuta najprawdopodobniej wchodzi w kolejny okres buntu.  Chyba pięciolatka - już się pogubiłam.  Jak każda kształcona internetami matka, do końca jej drugiego roku życia maniakalnie odnotowywałam wszystkie kolejne skoki rozwojowe - nadchodziły z wzorcową punktualnością i nie dało się ich przeoczyć.  Znienacka pojawiało się stanowcze "Nie!" na wszystko i wszystkich, łzy bezsilności, drobniejsze i nieco większe wybuchy złości - widać było, że w naszej małej osobie kształtuje się wielka osobowość :)  Paradoksalnie, witałam te burzowe okresy radością - są dąsy, fochy i nerwy, znaczy się rozwija się prawidłowo (czyt. internetowo ;)

Po drugich urodzinach Ziuty wyluzowałam i przestałam wszystko rejestrować.  Za dużo atrakcji było.  Wolałam się skupić na podziwianiu jej wygibasów lingwistycznych i poetycko-muzycznych sukcesów przedszkolnych.
Jednocześnie zaakceptowałam fakt, że mam charakternego dzieciaka, chociaż - kiedy trzeba -  słodkiego do bólu.  Zdałam sobie też sprawę, że jestem w stanie wybaczyć jej niemal wszystko.  Jak się mały zołzik zorientuje - owinie mnie sobie wokół palca ;)

Od mniej więcej tygodnia mamy novum: ataki wściekłości, połączone z krótkimi aczkolwiek głośnymi wrzaskami, tupnięciami i pojedynczymi kopnięciami w pobliskie przedmioty.  Pierwszy taki atak nastąpił w restauracyjnej toalecie.  "Nie będę myć ląk!"  I wydzier.
My oczy w słup.  Jako, że nie wiedzieliśmy co zrobić, nie zrobiliśmy nic.  Obróciłam się na pięcie, powróciłam do stolika z wyrazem konsternacji na twarzy i tylko ukradkowo zamienialiśmy z Ojcem  ni to zadziwione ni zawstydzone spojrzenia.  Ziuta dołączyła do nas po chwili, nadąsana.  Za minutę zajęła się drzwiami balkonowymi i foch ustał.

Jakoś ze dwa dni temu znów się zdarzyło.  Tym razem winy był papierowy samolot, który nie chciał się zrobić.  Wrzask z pokoju, krzyk pełen wyrzutu: "Ja nie umiem lobić samolotów!" i kopnięcie w drzwi.  Potem płacz, foch i wyrzuty: "Mamo, bo mi jest tak smutno!"  I za chwilę: "Popsytulamy się..?"  Tu następuje przyklejenie matka-córka, a zaraz potem ciepła fala płynie przeze mnie i wiem, że kocham tą małą babkę najbardziej na świecie.
I że pewnie jeszcze nie raz będzie mi płakać i smarkać w pachę.
I że mam niesamowite szczęście :)





środa, 11 czerwca 2014

Zawijaski serowe

Na przekór upałom uruchomiłam piekarnik.  Na naszym strychu (40 stopni) i tak niewiele to zmieniło.  Przez nadmiar obowiązków w ostatnich tygodniach nie miałam czasu ani zbytniej ochoty na kulinaria.  Aż do wczoraj.  Zatęskniłam i przyrządziłam.  Jako, że od samego oddychania i mrugania powiekami też pot mnie zalewał, nic nie stało na przeszkodzie, żeby trochę popichcić...







S e r o w e    z a w i j a s k i

Składniki:

arkusz ciasta francuskiego
maliny (mogą być mrożone)
2 opakowania serka owocowego (użyłam Almette malinowo-jagodowy)

Arkusz ciasta posmarować serkiem (trochę odłożyć do przybrania), rozsypać kilkanaście malin, zawinąć w roladę, pokroić na grube plastry, rozłożyć na papierze do pieczenia i piec w 200 stopniach na złoto (około 20 minut).  Po upieczeniu przybrać pozostałym serkiem i malinami.
Mniam :)

(Źródło przepisu:  www.kukbuk.com.pl)

niedziela, 8 czerwca 2014

Jadę na rowerze do byle gdzie...

Odpoczywam.
Szalony tydzień za mną: masa niecodziennych obowiązków zawodowych, zajęcia popołudniowe Ziuty, fitnesy, godziny przy fotkach (nie na bloga - do pracy;) a do tego wszystkiego temperatura otoczenia rosnąca z dnia na dzień...  Dziś, na ten przykład, termometr wskazywał 33 stopnie w cieniu.
Odpoczynek jest mi potrzebny.  Wręcz konieczny.  Na szczęście dojrzałam już do aktywnego regenerowania się.  Ostatnio świetnie sprawdza się rower.  Można wdepnąć i się wyłączyć.  Okoliczne trasy w dużej mierze zwiedziliśmy, pora zatem wyruszyć na przygodę gdzieś w nieznane.  I wyruszyliśmy w sobotę.  Mamy to szczęście, że mieszkamy w dobrym punkcie.  W promieniu 50 km mamy super górki, niezgorsze akweny wodne, a do tego dwa obce kraje od lat mocno nastawione na aktywne spędzanie czasu więc infrastruktura u nich o lata świetlne wyprzedza naszą...
Zatrudniwszy babcię na Umowę - Zlecenie do całodniowej opieki nad Ziutą (bezpieczeństwo + korytko + fun) wyruszyliśmy bladym świtem (dla nas to około ósmej) do Novego Mesta w Czeskiej Republice.  Tam odnaleźliśmy Singltrek pod Smrkem i jazda.  Wierzcie lub nie, micha mi się cieszyła już po pierwszych minutach.  Do momentu połknięcia owada.  Potem roztropnie radowałam się wewnętrznie.
Nigdy wcześniej nie próbowałam swoich sił w kolarstwie górskim, nawet sam pomysł nie wydawał mi się szczególnie atrakcyjny.  Ale to, co Czesi (pod kierunkiem jakiegoś Walijczyka światowej sławy) stworzyli to majstersztyk.  Ponoć zestaw tamtejszych tras plus ich utrzymanie uczyniło to miejsce jednym z najlepszych w Europie.  W odpowiedzi na moje błagania najdroższy poszedł na ugodę i wybraliśmy trasę niebiesko-czerwoną.  Było GENIALNIE!  Jazda lasem, przyjemny chłód w upalny dzień, przyroda soczysta i stopą ludzką nietknięta - rower tylko śmignie misternie wytyczonym szlakiem i tyle go widzieli - i te atrakcje: góra, dół, góra, dół, prawo, lewo, ostro, łagodnie, kładka, mostek, polana - poezja!  Zrobiliśmy raptem 16 kilometrów, ale nie o kilometraż tu chodzi tylko o wrażenia.  Tak się jechało, że nawet na przerwy nie mieliśmy ochoty :)
Po wysiłku zimne czeskie piwko (ja, bo nie musiałam do domu auta prowadzić), chwila na oddech i powrót.  Całość zajęła nam niespełna 5 godzin.
Kobity (i może nawet faceci), które się jeszcze ciągle wahacie czy jechać: JEDŹCIE!  To nie jest jakiś hardcore dla muskularnych twardzieli.  Spokojnym tempem to i rodziny z dzieciakami przejadą.  A wrażenia niezwykłe.
Mówię wam, da się zregenerować na wielu płaszczyznach :)

(Wiem, jakość zdjęcia pozostawia wiele do życzenia, ale taki telefon...)

środa, 4 czerwca 2014

Warsztaty

Jestem zachwycona.  Poważnie.
Od poniedziałku do jutra mamy w szkole warsztaty.  Przyjechali Niemcy - wariaci jakich mało - z różnych części swego poukładanego i czystego kraju i szkolą naszą młodzież.  Ale uwaga w czym: breakdance, taniec z akrobatyką, cyrkowe sztuczki, graffiti, szycie, upcycling, 3D art, dziennikarstwo - absolutna bomba!
Dzieciaki zachwycone, o 7:30 rano z uśmiechami na twarzach wyczekują swoich czadowych, młodych, kipiących pozytywną energią opiekunów pod szkołą, o 15.00 wychodzą z wypiekami na twarzach.  Bez marudzenia.  Komunikują się (za pomocą przeróżnych mediów;), bawią się, tańczą, śmieją się, tworzą - trudno uwierzyć, w to co się właśnie dzieje.  Szkoła tętni życiem, z kilku sal warsztatowych płyną dźwięki energetyzującej muzyki - zdecydowana większość społeczności szkolnej paraduje z taaaakimi bananami na twarzach :)
Jasne, zawsze znajdą się marudy i malkontenci - bo koniec roku, oceny trzeba poprawiać, nie ma kiedy sprawdzianu zrobić, materiału do egzaminów nie zdążą przerobić - takie głosy, na szczęście pojedyncze, słychać zarówno ze strony nauczycieli jak i rodziców.  Jestem rodzicem i - jak rany -całowałabym ziemię pod stopami dyrektora szkoły, gdyby mojemu dziecku umożliwił taką frajdę przez cały tydzień za totalną darmochę...
Jutro zakończenie projektu w miejscowym centrum kultury, czyli prezentacje każdej grupy.  Już się doczekać nie mogę, aparat wezmę i Ziutę - niech sobie popatrzy co można zrobić w tydzień jeśli tylko chęci się znajdą ;)
A poniżej kilka migawek.