wtorek, 6 maja 2014

Film drogi czyli fotki z Zakopianki i parę ze samiuśkich Tatr

Się udało wyjechać, dojechać i nawet wrócić.  Pojechaliśmy se do Poronina, a co?  Dwie nauczycielskie pensje - stać nas;)  Gdyby nie fakt, że mamy tam od lat niezmiennie fajną miejscówkę - niedrogo, po domowemu i z dala od największego tłumu - pewnie byśmy nawet nie rozważali wyjazdu.  Kinga - gospodyni w naszym wieku a jednak prawdziwa góralka z gór.  Dzieciaki nam się w podobnym czasie porodziły to i tematów wspólnych coraz więcej.  Jeździmy tam trochę jak do rodziny - zawsze na dzień dobry na szybko zdajemy wzajemnie relacje kto, co, gdzie, z kim i kiedy, że ślub, a tam pogrzeb, że w domu remont, brat się wreszcie ożenił, a w oborze trzydniowa cieliczka, że zimą śniegu mało było - i cała masa podobnych informacji.
Kinga mleka od krowy do kawy w wielkim dzbanie postawi i domowej wędliny do śniadania rozłoży.
-A co to? Oooo, domowe??  Łojacie, tak rozkładacie?
-Już ja wiem co komu położyć!
Atmosfera fajna, luźno, wesoło, nas wszystkiego trzy parki, a każda z bonusowym dzieciakiem.  Chłopaki w góry, a my - dzieciate babole - szczyt lenistwa dzień po dniu zdobywamy.  Jeden dzień na Gubałówkę - nie ma to tamto - i Krupówki, przecież muszę dokupić drewnianych warzech i innych struganych kuchennych gadżetów.  Potem na przemian kawusia, ciacho, winko, grule z kwaśnym mlekiem, oscypki z boczkiem z grilla, Malibu z ananasem, moskale z masłem czosnkowym - normalnie kulinarne podróże po kraju.
Zejście z Gubałówki na łeb na szyję, hasanie po górskiej polanie, na trasie mijamy laski w rajstopach i balerinach, co drugi pan z puszką piwa w ręce - a helikopter TOPRu lata tam i z powrotem.  Słowo daję, przy wejściu do Parku Narodowego powinni jakieś testy na inteligencję robić...
Pan Ojciec z bananem na twarzy od momentu jak góry zobaczył - aż aparatem uwieczniłam;)  Pomknął dnia trzeciego i Kozi Wierch (2291m n.p.m.) żlebem śnieżnym zdobył.  Bez strachu - sprzęt i umiejętności posiada, swój rozum też.  Wrócił szczęśliwy, z licem rumianym (żeby nie powiedzieć, że mu się czerep na buraczkowo spalił;) i z kilkoma fotkami w komórce (jedna - przysięgam - a la Woliński w windzie :))
W sobotę "strasna sikawica"  więc Termy Szaflarskie zaliczyliśmy.  Na żadne inne bardziej wypasione szans nie było - w końcu całe Podhale musiało się w taką pogodę gdzieś pomieścić.  Reszta naszej małej grupy wybrała alkoholowo - delikatesową posiadówkę w jedynej góralskiej gospodzie w okolicy.  I też mieli FUN.
Powrót zaplanowaliśmy na niedzielę.  Niestety, milion innych Polaków (i sporo Niemców) również.  Na szczęście GPSy zadziałały na medal i cudnie malowniczą drogą przez Beskid Żywiecki nas poprowadziły.  Zdeklarowaliśmy się, że następnym razem po prostu MUSIMY się tam na dłużej zatrzymać.  Zakopiankę z jej kilometrowymi korkami i strajkami "jeleni" na drodze szczęśliwie ominęliśmy.   I po niespełna dziesięciu (!) godzinkach byliśmy w domu.
Było fajnie.  Było wesoło.  Było na luzie.
Już teraz bym tam wróciła...

























12 komentarzy:

  1. Taki stołeczek by mi się przydał :)
    Fajne są takie wyjazdy.My niestety nie mamy takiego komfortu i możliwości -z różnych przyczyn ;[
    Miłego dnia kochana!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. A zacny stołecek, po prowdzie;) Wyjazd krótki, ale potrzebny - polecam:) Może i Wam się razu pewnego uda:) Pozdrawiam Cię ciepło i wciąż decyzji nie umiem podjąć w kwestii wyboru poszewki!

    OdpowiedzUsuń
  3. asz kurcze wspomnienia aż odżywają z Poronina właśnie ..tyle że my u Zośki się zatrzymywaliśmy ...na górce obok Kubański jazdę na nartach uskuteczniał swoją najpierwszą :))))) góral co wyciąg prowadził powiedział ,że jak żyje takiego dzieciaka nie widział i Murańka na niego wołali i zostać kazali ....a my gupie do Łodzi powrócili !!!!!!mądre to ??? uwielbiam nasze góry !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. no a z tej zazdrości zdjęć nie pochwaliłam a super są zwłaszcza Ziutowe ujęcia :))))

    OdpowiedzUsuń
  5. :)) Ja to się gupio czuję za każdym razem jak wracamy... ale po namyśl na stałe bym nie została - koszmarny ruch i miliony nas turystów;)
    Ale uwielbiam - fakt!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wyjeżdżam do Zakopca i wracam zniesmaczona ... taki sztuczny napuszony ...ale znowu jadę i znowu wracam zniesmaczona
    Częściej jednak wybieramy okolice Szczawnicy lub Krynicy. Górki tez niczego sobie.
    Mam ten komfort że z okien widzę Szyndzielnię i w okoliczne górki mam "rzut beretem". Ale za to na Mazury i nad morze daleko ;-)
    Urocze fotografie !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. samego zakopca to mało zaliczamy, kiedyś wcale teraz z racji dzieciaka czasem brniemy w tą masę.. ale te górki -mniam;)

      Usuń
  7. Fajna ta twoja rodzinka! Mała przypomina mi bardzo moją siostrzenicę no masakra jaka podobna. Wypoczęta? to do roboty!Do pisania! Mam jedną małą uwagę gdybyś kiedyś przy jakimś grzebaniu w ustwieniach mogła ciut powiększyć czcionkę...plizz, wiesz mam takie beznadziejne okulary i wstydzę się ich w pracy zakładać.

    OdpowiedzUsuń
  8. Hehehe...ok, pogrzebię w tej magii i cuś się wykombinuje;) chociaż czasem mi wstyd, że takie niemodne długie posty skrobię - a jak jeszcze czcionka będzie sporsza to już nikt tu nie poczyta... Co do rodzinki - na zdjęciach jakoś wszystko lepiej wychodzi...;))) Fajna, fajna, co się nie będę chwalić;)

    OdpowiedzUsuń