piątek, 16 maja 2014

Łapię oddech

I po Zimnej Zofii.
A pada i bynajmniej nie jest ciepło.  Ściema jakaś.
Za to Mamusia powróciła z wojaży i stęskniona za wnusią zaległości z Ziutą nadrabia tak intensywnie, że nagle mamy z Panem Ojcem tzw. CZAS DLA SIEBIE.  Odzwyczajeni od takich chwil z powodu posiadania nadaktywnego dzieciaka z początku nie wiedzieliśmy co tu począć.  Błąkaliśmy się zatem po chałupie obijając o siebie nawzajem.  Aż wreszcie palnęliśmy się z liścia w czoła i biegiem na rowery.
I tak już trzeci dzień z rzędu pedałujemy intensywnie.  Wolno, szybko, góra, dół, szosą, po bezdrożach - czyli chaotycznie i na wariata.  Do tego stopnia, że nieomal dałam się namówić na przeprawę pod autostradą(!) jakąś czarną dziurą(!) wysoką na około metr pięć(!)  Przewodnik mój - skądinąd rozsądny na co dzień człowiek - upierał się, że tam właśnie prowadzi trasa.  Po cichu zaczęłam podejrzewać, że baby próbuje się pozbyć jak nic.  Stanęłam okoniem i odmówiłam współpracy.  Zrezygnowany zawrócił rower i smętnie popedałował w dal.  Znaczy się WŁAŚCIWĄ trasą, tą, która prowadzi do domu.  A tak blisko było... ;)
Ale widoczki urocze.  W ciągu tych ostatnich trzech dni na nowo doceniłam uroki polskiej wsi - takiej swojskiej, miejscami zarośniętej i nieco dzikiej, a na swój sposób sielskiej.  Kontrast między polskimi gospodarstwami, a tymi za rzeką (w enerefie;) jest trochę jak między ogrodem angielskim i francuskim: w jednym wszystko dzikie, tajemnicze, chaotyczne, a w drugim przycięte od linijki i symetrycznie poukładane.  Chyba jednak wolę nasze.  Na zdjęciach fajniej wychodzą;)  Choć póki co za szybko pędzimy, żeby jakieś sensowne fotki po drodze ustrzelić.

Aaa, no i kolejny rok mi stuknął w mijającym tygodniu.  Ojciec i jego dziecko stanęli na wysokości zadania za pomocą naręcza cudnych goździków i pudła z super czaderskim ekspresikiem do kawy.  Ewidentnie jestem na niego za głupia bo nijak mi te kawy z obrazków nie wychodzą... Ale walczę:)  Mimo życzeń, uścisków i stolatów denny nastrój mnie dopadł w tę majową rocznicę.  Nie z powodu wieku - nie mam z tym problemu.  I myślę, że nie będę miała.  Włosów nie farbuję, zmarszczek na siłę nie tuszuję - jak się jakaś pojawia znienacka to ją raczej zaskoczeniem niż histerią witam.  Morale mi padły tak ogólnie, rozliczeniowo.  Jasne, mam się z czego cieszyć, wręcz pod sufit skakać.  Doceniam, żeby nie było.  Ale są też w moim życiu rejony, które wymagają wzmożonego wysiłku.  Moje JA wymaga.  Potrzebuję nieco zwolnić, żeby pomyśleć gdzie chcę być powiedzmy za 10 lat.  Na razie rządzi mną chaos i naostatniąchwilizm.  A to nie jest dobre.
Chcę się uspokoić, zorganizować i ROZWIJAĆ.  Mam już nawet parę pomysłów;)





5 komentarzy:

  1. no to sto lat kobitko i zwolnienia tempa !!!!mogę kawałek tego ciacha ?????
    ja dzisiaj też pedałowałam ...to mogę kawałek !!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Za pedałowanie to się musowo należy! Częstuj się do woli:) Wkrótce zamieszczę przepisik;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niech Ci gwiazdka pomyślności...!!!Wszystkiego dobrego kochana z okazji urodzin!!!! Życzę ci aby spełniło się to,o czym marzysz i o sobie zaplanujesz!
    Śliczne zdjęcia :)
    Ściskam i buziaczki posyłam ;0

    OdpowiedzUsuń
  4. miało być i co sobie zaplanujesz ;p

    OdpowiedzUsuń
  5. :)) i tak czy tak wyjdzie mi na dobre;) Dziękuje Ci bardzo! Udanego weekendu życzę!

    OdpowiedzUsuń