czwartek, 29 maja 2014

Wianki


Jakiś czas temu spróbowałam swoich sił w wiciu wianków, a dokładnie w ich oklejaniu.  Z braku naturalnego świeżego kwiecia wykorzystałam zakupione na ubiegłorocznym lokalnym festynie naręcza suszeńców.  W tym roku sama nasuszę, bo ogródek obfituje, a dodatkowo na blogu jednej super kreatywnej babeczki (mamwene.blogspot.com) ukazał się ostatnio przepis na skuteczne suszenie pięknie zilustrowany przeładnymi fotkami ;)
Jako, że niezmiennie i w zapamiętaniu wierna jestem ulubionym kolorom, musiałam sięgnąć po farby w sprayu, żeby mdłe róże i żółcie przemienić w moje ulubione niebieskości i szarości.
I tak z pomocą farby, kleju na gorąco, suszonych kwiatków i baz wiankowych w dwóch odcieniach powstały takie oto ozdoby:






środa, 28 maja 2014

To działa! Plus frittata wiosenna

Jest tak:
a) ciepło i ptaki śpiewają
b) zdrowie wreszcie nam wszystkim dopisuje
c) sportujemy się bez marudzenia, wręcz ochoczo, co mocno wpływa na kondycję, figurę(!) i feel
d) szef - bez proszenia - kupił mi taki softłer, że teraz większość roboty sama się zrobi
e) wstaję rano bez wścieku, a nawet z zadowoleniem(!)
f) itd., itp...

Ale jak to, o co chodzi..?

Nie śmiać się: zaczęłam AFIRMOWAĆ.
Innymi słowy - przeprogramowuję własną podświadomość.  Zastępuję stare "programy" nowymi, bardziej dla mnie korzystnymi.  Ponieważ umysł nasz działa na zasadzie nawyków - można go wyuczyć nowych, pozytywnych schematów i naprawić nimi ewentualne szkody.
Zaczęłam z grubej rury - od przekonywania się po kilka razy dziennie, że jestem totalnie szczęśliwa, zdrowa i emanująca spokojem (niewiarygodne, lecz prawdziwe, he he).  Kiedy już ostatecznie osiągnę pierwszy cel - za 3 do 4 tygodni - zacznę mantrować na temat nieskończonego bogactwa i talii osy ;)  W końcu moja podświadomość, to chyba ja nią rządzę, nie?  I idąc dalej tym tropem - może uda mi się przeprogramować podświadomość szefa w sprawie mojej premii..?
Niestety, a może stety, afirmacja działa jedynie w kierunku autora ;)
Nie wczytałam się w szczegóły (swoją dokładnością i sumiennością planuję się zająć w następnej kolejności - nie wszystko na raz;), ale kojarzę, że już po około miesiącu afirmacje zaczynają się manifestować w rzeczywistości.
Zatem afirmuję sobie i czekam cierpliwie.
A w międzyczasie oddycham i cieszę się życiem.  I do pracy zaiwaniam.  I z powrotem - na szczęście - również.  I z Ziutą dysputy o życiu prowadzę.  I z Ojcem Ziuty fitnesy uskuteczniam.  I fotki robię i pichcę sobie.  Kurde, ale mi fajnie :)
A na lanczyk polecam frittatę ze szparagami i z czym tam popadnie.




F r i t t a t a    w i o s e n n a

kilka młodych ziemniaków
oliwa z oliwek
pokrojona w kostkę cebula
kilka zielonych szparagów
kilka plastrów wędzonej szynki
2 ząbki czosnku
2 papryczki chilli
4 jajka
świeża bazylia
sól i świeżo mielony pierz

Wyszorowane ziemniaki pokroić w kawałki i gotować w osolonym wrzątku przez 8 minut.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni.  Szparagi obrać do połowy, odciąć twarde końce i pokroić na kawałki (główki odłożyć).
Na patelni (nadającej się do piekarnika) zeszklić cebulę i czosnek na oliwie, dodać łodygi szparagów, oprószyć solą i smażyć kilka minut.  Dodać szynkę (ze trzy plastry odłożyć), ziemniaki, i pokrojone papryczki, wszystko wymieszać i smażyć 2 minuty.  Wlać rozkłócone i osolone jajka, dodać liście bazylii (kilka odłożyć) i delikatnie wymieszać.  Zestawić z ognia, na wierzch wyłożyć odłożone główki szparagów i plastry szynki i wstawić do piekarnika na 12 minut.  Po wyjęciu posypać solą i pieprzem i pozostałą bazylią.
Smacznego!

wtorek, 27 maja 2014

Drożdżowe z rabarbarem rządzi :)

Skrót mojej aktywności na sobotniej Lidze Mistrzów:
Veni, vidi, edi...
(Czyli, że zjadłam ;)
Jakoś z automatu podzieliliśmy się na dwa obozy: chłopakowy i dziewczynowy.  Obóz dzieciowy, z reguły mocno mobilny, lawirował gdzieś pomiędzy.  Nie wiem jak u facetów, my zdążyłyśmy smacznie podjeść, suto zakropić i jeszcze zdrowo obgadać na czym świat stoi.  "Czasem człowiek musi, bo inaczej się udusi..."
Zawiozłam focaccię z mozarellą i domowym pesto (super na przegryzkę), oczywista nachosy z dedykowanym dipem i ciasto.
Jednak poszłam w drożdżowe.  Z rabarbarem.  I, kurczę, DOBRE WYSZŁO.  Puszyste, mięciutkie, odrobinę słodkie, ale i z kwaśną nutą, no i ta kruszonka - poezja :)








D r o ż d ż o w e    z    r a b a r b a r e m

Składniki:

Ciasto:

1 szklanka mleka
200 gr masła
1 szklanka cukru
4 jajka
70 gr świeżych drożdży
4 szklanki przesianej mąki pszennej
700 gr rabarbaru

Kruszonka:

80 gr cukru trzcinowego
80 gr masła
150 gr mąki pszennej
cukier puder do posypania

Blaszkę (najlepiej z wyposażenia piekarnika) posmarować masłem, wyłożyć papierem, który też smarujemy masłem.  W garnku rozpuścić mleko, cukier i masło.  Lekko przestudzone zmiksować z jajkami.  Wkruszyć drożdże, wymieszać i odstawić przykryte ściereczką na 2 godziny.  Po tym czasie dodać mąkę i wyrabiać 15 minut.  Może być dość rzadkie i klejące, ale nie ma się co łamać;)
Przygotować kruszonkę:  Masło rozpuścić na patelni z cukrem, dodać mąkę i wymieszać.  Przestudzić.
Rabarbar pokroić na małe kawałki (około pół centymetra).  Ciasto wyłożyć równomiernie do przygotowanej blaszki, posypać kawałkami rabarbaru i przykryć kruszonką.  Wstawić do rozgrzanego do 180 stopni (otwartego na oścież!) piekarnika na 20 minut - w tym czasie ładnie wyrośnie.  Następnie zamknąć drzwiczki i piec jeszcze około 25 minut (bez termoobiegu, dolna i górna grzałka) - aż brzegi się zezłocą.
Po przestudzeniu posypać cukrem pudrem.
Pycha!
Uwaga: przechowywać dokładnie owinięte lnianą ściereczką lub zamknięte w pojemniku - wtedy nie wyschnie ;)

poniedziałek, 26 maja 2014

Mamowanie

Mamowanie uwielbiam.  Ziuta jest oczywistym dowodem na to, że potrafię w życiu zrobić coś absolutnie fantastycznego.  I - odwiecznym prawem Matki - mogę się tym przechwalać do woli.
Już prawie nie pamiętam swojego życia z okresu "przed Ziutą".  Pamiętam, że zapytany o porównanie tych dwóch różnych epok ze swojego życia brat Mojego Mężczyzny odpowiedział tylko "Nie ma żadnego odniesienia".  Gdzieś w mózgu utkwiły mi te słowa, mimo że wtedy tak do końca ich nie zrozumiałam.  Teraz tak.
Jasne, czasem chcę się zamknąć w szafie i wrzeszczeć wniebogłosy, albo trzasnąć za sobą drzwiami i nie wracać przez trzy dni.  Ale serce mi się topi w sekundę, kiedy widzę formującą się podkówkę na Ziutowym pycholu , trzęsącą się brodę i ten żal w błękitnych ślipiach - i już lecę, przytulam i ściskam do bólu od ostatnich świń się w myślach wyzywając.
Dziecię moje ma charakter.  A nawet charakterek.  Pewnie po mnie ;)  A ja muszę dużo wysiłku włożyć w to, żeby mały uparciuch (to po Ojcu, z kolei ;) mógł czasem postępować po swojemu.  Wcześniej, w swoim kwoczym podejściu do mamowania, chciałam ją uchronić od WSZYSTKIEGO, co mogłoby jej wyrządzić krzywdę.  Czasem dalej tak mam.  Ale uczę się pilnie i już umiem zluzować, kiedy trzeba.
Dzisiaj, w Dniu Matki, życzę sobie, żebyś Ziuto moja zawsze była taką czystą buchającą radością, żebyś mnie nieustannie rozśmieszała, na przykład markując puszczanie bąków w najmniej oczekiwanym momencie, żebyś zasypywała mnie intrygującymi pytaniami w typie "A co to znaczy pieldyknąć..?", żebyś jak najdłużej udawała Spajdelmenkę i nadbiegała znienacka krzycząc bojowo "Udzio!", i żebyś zawsze i wszędzie pamiętała, że KOCHAM CIĘ JAK WARIAT :)



P.S. W odpowiedzi na zapytania wkrótce relacja (głównie kulinarna) z Ligi Mistrzów;)

sobota, 24 maja 2014

Intensyfikacja z dywersyfikacją i Liga Mistrzów

Uff, jaki tydzień ;)  Można go chyba nazwać "tygodniem pierwszych razów"...  Dzieje się i dzieje i to na wielu płaszczyznach.  I przestać się dziać nie chce.
W ciągu kilku ostatnich dni udało mi się pomóc w organizowaniu Festiwalu Piosenki Anglojęzycznej(!), zaprojektować dyplomy, rozdysponować nagrody, wyprawić Ziutę na pierwszą wycieczkę autokarem bez rodziców (i przezwyciężyć swoje związane z tym lęki), zaliczyć pierwszego w życiu (i zapewne nie ostatniego!) squasha, wjechać rowerem w bujne krzaki (a właściwie prawie w jezioro) - tyle pamiętam na ten moment, ale jestem pewna, że to nie wszystko.

A jeszcze dzisiaj czeka mnie pierwszy (i mam nadzieję ostatni;) finał Ligi Mistrzów...  Zupełnie, kompletnie i definitywnie nie interesuje mnie piłka nożna.  (No chyba, że gra Ziuta.)  Nie rozumiem towarzyszących jej emocji, nie pojmuję, jak można tyle minut siedzieć kołkiem przed telewizorem i to bez zmiany kanału...  Nie pojmuję, jak po czujnym śledzeniu obu połówek meczu można jeszcze mieć ochotę na wysłuchiwanie mądrości płynących ze studia.  I jeszcze omawiać to wszystko na drugi dzień w pracy z podobnymi sobie entuzjastami...  Mój malutki, słabo rozwinięty kobiecy mózg ma pewnie za niską moc obliczeniową aby to ogarnąć.  

Za to do garów się bezspornie nadaję.  Ja i reszta babek-towarzyszek życia piłkarskich kibiców.  A jak wiadomo jeść trzeba.  I popijać.  W tej sytuacji dobra babka nie jest zła.  Dlatego pewnie sprytne chłopaki postanowiły jakoś przecierpieć nasze towarzystwo w ten kipiący testosteronem wieczór.  Tylko co tu przyrządzić?  
Obawiam się, że najdroższy mój, obdarzony w dni powszednie wrażliwym i wyrafinowanym podniebieniem, dzisiejszego wieczoru może nie docenić ciasta drożdżowego z rabarbarem otulonego pierzynką z kruszonki... Albo mini-kanapeczek, z misternie ułożoną piramidką pomidorek + mozzarella + listek bazylii wszystko skropione aksamitnym olejem z pestek dyni i delikatnie posypane świeżo mielonym pieprzem...  Muffiny z borówką amerykańską też pewnie szału nie zrobią, a i nowych papierowych słomek w modnych pastelowych kolorach raczej nie ma co brać...

Jak która ma jakiś pomysł, sugestię, propozycję - piszta.  Byle szybko, bo impreza startuje dziś o 20.00.  

Chyba jednak pójdę w ten rabarbar.  I jakąś sałatkę.  I może quesadillas..?  

Kobieto, która to czytasz a masz doświadczenie - bądź człowiekiem i pomóż :))


środa, 21 maja 2014

Jestem, jestem ;) czyli szparagi szybko i pysznie

Koniec roku szkolnego się zbliża, wręcz "nadpędza".  W takim samym tempie narosły zaległości po mojej tygodniowej nieobecności w pracy.  Ale, o dziwo, kosmiczna energia na mnie spłynęła i jadąc na szybszych obrotach jakoś daję radę.  I nie marudzę (!)
W blogosferze również dziury mi się porobiły, z góry wszystkich przepraszam za brak komentarzy, ale zaglądam tu i tam jak uda mi się urwać chwilę i z podziwu się zachłystuję niezmiennie :)
Wszystko jakieś takie lepsze ostatnio - nie wiem czy tylko u mnie, czy może taka ogólna krajowa tendencja: pogoda wymarzona, forma zwyżkuje (Ziuty również), energia tryska, życie towarzyskie rozkwita - w porząsiu, że strach się bać;)  Fakt, obiecałam sobie, że od teraz do zawsze będzie już tylko fajnie, ale kto by się tak szybkich efektów spodziewał?  Żeby jeszcze dieta tak z nagła zadziałała...
A propos, zaczął się sezon na RODZIME OWOCE I WARZYWA WSZELAKIE!  HURRA!
W tym względzie oryginalna nie będę i (trochę z braku czasu, a trochę z zamiłowania do niżej wymienionych) polecam sposób na szybkie, lecz pełne naturalnego smaku szparagi.
Pewnie, najszybciej wrzucić na wrzątek do "pionowego" garnka (he he M. ;), jednak woda ma to do siebie, że smak trochę rozmydla.
Proponuje zatem upiec.


Szparagi wystarczy umyć, odciąć stwardniałe końcówki, można pobieżnie obrać dolną część na około 1/3 długości, ułożyć w nasmarowanej masłem foremce, posypać kawałkami masła i lekko osolić i wstawić do nagrzanego do 230 stopni piekarnika.  Po około 5 minutach wyjąć blaszkę, przewrócić szparagi i wstawić na kolejne 5-7 minut.  Gotowe!  Są jędrne i peeełne smaku...
Jeśli są jeszcze twarde można popiec dłużej - zależy jaka partia się Wam trafi ;)
Oczywiście dotyczy zielonych - z białymi nie próbowałam.  Jakoś mniej za nimi przepadam, jak dla mnie bardziej sprawdzają się np. w kremowych zupach.  Ale co kto lubi ;)
Smacznego i do szybkiego babeczki :)

P.S. Dziękuję karmelowej krainie za wyróżnienie!  Nie umiem od ręki na takie pytania odpowiedzieć, dlatego uprasza się o cierpliwość.  Albo zgłaszam nieprzygotowanie - miałam, ale pies mi zjadł ;))  Buziaki Kochana!

niedziela, 18 maja 2014

Deszczowy weekend z Ziutą

Od rana leje.  
Mimo tego taki telefon:

-No kiedy idziecie na te rowery, bo bym Ziutki popilnowała... (Mamusia)
-Przecież pada!
-Eee, taki deszczyk...

No i pięknie.  Mimo, iż teraz przy Babci wychodzimy na cieniasów i lamerów co to z cukru są i zmoknąć się boją, spękaliśmy i zostaliśmy w domu.  
Dziecko naładowane energią, bliskie eksplozji, co tu począć?  
Na jednym z moich ulubionych blogów craftowych wypatrzyłam urocze wzorki na układanki z koralików.  Kupiliśmy kiedyś słój owych w IKEA i mimo, że raz na jakiś czas idą w ruch, coś mało ich ubywa... 
Na pierwszy ogień poszły małe formy - to muffinka, to pączek, parę lodzików - łatwizna.  Ziuta z zapamiętaniem siedzi i dziobie precyzyjnie sprytnymi paluszkami.  
Po rozgrzewce przeszłam do konkretów i w ten sposób powstała rodzina Minionków.  Szalejemy (rodzinnie) za tymi małymi cholernikami, a Ziuta to już na maksa.  
A potem poszło lawinowo: fotki, fabuła, inspiracja historiami z prawdziwego życia i tegorocznym finałem Eurowizji i animacja na wariata.
Efekt?  Chyba fajny.  Ziuta w każdym razie piszczała... ;)





sobota, 17 maja 2014

Tort czekoladowo-malinowy z nutą rozmarynu

Ten tort to suma paru zbiegów okoliczności.  Po pierwsze, trzeba mi było tortu urodzinowego.  Po drugie, trafiłam niedawno na bloga Call me cupcake! Lindy Lomelino, gdzie zachwyciły mnie kompozycje na zdjęciach, a w szczególności jednego takiego różowego torcika.  A późnej przypadkiem weszłam sobie na Modern Taste, gdzie babeczka zaprezentowała podobną stylizację nieco "udomowionego" ciacha.  Zdjęcia obu Pań, plus intrygujący przepis z Modern Taste spowodowały, że poszłam w to.  Do odważnych świat należy.  I powiem nieskromnie: udało się!  Ciacho w kolorystyce ciemne, prawie czarne, niby nie wyrosło jakoś imponująco, a jednak nie upadło i przypomina miękko-wilgotną gąbkę, malinowy curd z wyraźnie wyczuwalnym rozmarynem zaskakująco smaczny, a krem maślano-malinowy potrójnie idealny: pod względem koloru, smaku i konsystencji.


To r t   c z e k o l a d o w o - m a l i n o w y
z    r o z m a r y n e m

Sładniki

Ciasto: 

180 gr mąki
1/3 łyżeczki soli
1 1/4 łyżeczki sody
1 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
40 gr kakao
2 jajka
200 gr cukru
140 ml maślanki
130 ml mocnej kawy
75 ml oleju

Suche składniki (oprócz cukru) wymieszać w jednym naczyniu.  Mokre z cukrem w drugim.  Następnie połączyć wszystko w jednym naczyniu i wylać do dwóch wysmarowanych i wysypanych mielonymi migdałami niedużych tortownic.  Piec 35 minut w 180 stopniach.  Po upieczeniu wystudzić CAŁKOWICIE - może być przez całą noc, następnie rozkroić oba ciasta na blaciki (u mnie w sumie wyszły cztery, ale odważni mogą pójść w sześć;)


Malinowy curd:

250 gr malin (mogą być mrożone)
4 żółtka
90 gr cukru
1,5 łyżeczki posiekanego rozmarynu

Maliny miksujemy i przecieramy przez sito.  Dodajemy żółtka i cukier i wciąż mieszając zagotowujemy.  Dodajemy posiekany rozmaryn i po chwili zdejmujemy z ognia.  Przykrywamy folią, tak aby stykała się z powierzchnią curdu (wtedy nie zrobi się kożuch;) i studzimy.


Biały krem waniliowy:

150 gr Mascarpone
2 łyżki cukru
100 gr śmietanki 30%
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Ucieramy serek, śmietankę i cukier na puszystą masę.  Pod koniec dodajemy ekstrakt waniliowy.


Malinowy krem maślany (dobrze zrobić, gdy przełożone ciasto chłodzi się w lodówce):

250 gr malin (mogą być mrożone)
4 białka
200 gr cukru
150 gr masła

Maliny miksujemy i przecieramy przez sito.  Białka z cukrem ubijamy w kąpieli wodnej.  Gdy cukier się całkowicie rozpuści zdejmujemy z ognia wciąż ubijając, aż do ostygnięcia.  Gdy masa będzie już zupełnie zimna dodajemy po kawałku masło wciąż miksując.  Na koniec dodajemy puree z malin i mieszamy.

Smarujemy: blacik na spód, na to biały krem, blacik, malinowy curd, blacik, biały krem, blacik i całość wstawiamy do lodówki.  Po paru godzinach wyjmujemy i pokrywamy malinowym kremem maślanym.


piątek, 16 maja 2014

Łapię oddech

I po Zimnej Zofii.
A pada i bynajmniej nie jest ciepło.  Ściema jakaś.
Za to Mamusia powróciła z wojaży i stęskniona za wnusią zaległości z Ziutą nadrabia tak intensywnie, że nagle mamy z Panem Ojcem tzw. CZAS DLA SIEBIE.  Odzwyczajeni od takich chwil z powodu posiadania nadaktywnego dzieciaka z początku nie wiedzieliśmy co tu począć.  Błąkaliśmy się zatem po chałupie obijając o siebie nawzajem.  Aż wreszcie palnęliśmy się z liścia w czoła i biegiem na rowery.
I tak już trzeci dzień z rzędu pedałujemy intensywnie.  Wolno, szybko, góra, dół, szosą, po bezdrożach - czyli chaotycznie i na wariata.  Do tego stopnia, że nieomal dałam się namówić na przeprawę pod autostradą(!) jakąś czarną dziurą(!) wysoką na około metr pięć(!)  Przewodnik mój - skądinąd rozsądny na co dzień człowiek - upierał się, że tam właśnie prowadzi trasa.  Po cichu zaczęłam podejrzewać, że baby próbuje się pozbyć jak nic.  Stanęłam okoniem i odmówiłam współpracy.  Zrezygnowany zawrócił rower i smętnie popedałował w dal.  Znaczy się WŁAŚCIWĄ trasą, tą, która prowadzi do domu.  A tak blisko było... ;)
Ale widoczki urocze.  W ciągu tych ostatnich trzech dni na nowo doceniłam uroki polskiej wsi - takiej swojskiej, miejscami zarośniętej i nieco dzikiej, a na swój sposób sielskiej.  Kontrast między polskimi gospodarstwami, a tymi za rzeką (w enerefie;) jest trochę jak między ogrodem angielskim i francuskim: w jednym wszystko dzikie, tajemnicze, chaotyczne, a w drugim przycięte od linijki i symetrycznie poukładane.  Chyba jednak wolę nasze.  Na zdjęciach fajniej wychodzą;)  Choć póki co za szybko pędzimy, żeby jakieś sensowne fotki po drodze ustrzelić.

Aaa, no i kolejny rok mi stuknął w mijającym tygodniu.  Ojciec i jego dziecko stanęli na wysokości zadania za pomocą naręcza cudnych goździków i pudła z super czaderskim ekspresikiem do kawy.  Ewidentnie jestem na niego za głupia bo nijak mi te kawy z obrazków nie wychodzą... Ale walczę:)  Mimo życzeń, uścisków i stolatów denny nastrój mnie dopadł w tę majową rocznicę.  Nie z powodu wieku - nie mam z tym problemu.  I myślę, że nie będę miała.  Włosów nie farbuję, zmarszczek na siłę nie tuszuję - jak się jakaś pojawia znienacka to ją raczej zaskoczeniem niż histerią witam.  Morale mi padły tak ogólnie, rozliczeniowo.  Jasne, mam się z czego cieszyć, wręcz pod sufit skakać.  Doceniam, żeby nie było.  Ale są też w moim życiu rejony, które wymagają wzmożonego wysiłku.  Moje JA wymaga.  Potrzebuję nieco zwolnić, żeby pomyśleć gdzie chcę być powiedzmy za 10 lat.  Na razie rządzi mną chaos i naostatniąchwilizm.  A to nie jest dobre.
Chcę się uspokoić, zorganizować i ROZWIJAĆ.  Mam już nawet parę pomysłów;)





wtorek, 13 maja 2014

Puszyste placuszki na dobry początek

 Moja prywatna chmura gradowa obudziła się dziś z krzykiem "Mamo, latunku, oczko mi się skleiło!"  O ile dobrze kojarzę, w nocy dodatkowo wołała coś o biedronkach grających w piłkę (!) - pewnie temperatura podskoczyła.  Bida.  Po paru minutach jakoś udało mi się opanować sytuację z pomocą stosu wacików kosmetycznych i soli fizjologicznej.
No i jak tu rozjaśnić pochmurne oblicze małej obrażalskiej?  Najlepiej czymś słodkim, miękkim i pysznym.
Zrobiłam zatem "Puszyste placuszki".  Jasne, mogłam wymyślić inną, bardziej modną nazwę, tylko po co, skoro ich główną i dominującą cechą jest właśnie niebiańska puszystość?
Udało się - wcięła trzy sztuki na raz, zagryzając malinami i podsypując suto cukrem pudrem.  A co tam, niech ma:)






P u s z y s t e    p l a c u s z k i

Składniki:

1 szklanka mąki
1/2 łyżeczki soli
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka cukru
1 jajko
3/4 szklanki mleka
olej do smażenia

Suche składniki przesiać i wymieszać.  Jajko wymieszać z mlekiem i połączyć z suchymi składnikami.  Dokładnie wymieszać do uzyskania gładkiej masy.
Nakładać łyżką małe placki na rozgrzany olej i smażyć na złoto około 3 minuty z każdej strony.
Podawać z jogurtem, owocami sezonowymi, cukrem pudrem, wiórkami czekoladowymi, itp.
Smacznego!

poniedziałek, 12 maja 2014

Równowaga czyli że jak jest za dobrze to też niedobrze

Przed chwilą zadzwoniła babcia.  Znaczy się mamusia.  Pech chciał, że Ziuta akurat grała w któreś z ulubionych cudaków i z automatu odebrała.

-Halo!
-...
-Cześć babciu!
-...
-Mama daje mi klopelki do oczków bo mi się lopka zbiera...
-...
-Nie-e.  Pani doktol mówiła, że mogę iść na dwól jak golączka przejdzie.
-...
-Nie-e.  Tylko tata się nie chce ze mną bawić...

Tu wywołany do tablicy ojciec ocknął się na moment z letargu po pełnym ośmiogodzinnym dniu pracy i słabo zaprotestował.  Nic to nie dało.  Ziuta pogrążyła nas kompletnie w ciągu kilku minut dalszej telekonferencji.  Po chwili bez słowa przekazała mi telefon i wtedy się zaczęło.  No jak ona się czuje?  Pewnie na rowery jechaliśmy i ją przewiało (nawiasem mówiąc tu babcia ma trochę racji); A nogi ją bolą bo ma jeszcze słabe stawy i pewnie ją strasznie forsujemy (na sto procent nie ma to związku z rozmiarem kółeczek w jej rowerku - całe 12 cali - każdego by bolały od takiego pedałowania); A ma apetyt?  A co jej do jedzenia przywieźć??
Tłumaczę - tym razem wyjątkowo spokojnie - że ją KARMIMY jak na rodziców przystało, że wolimy truskawek jej kupić niż sernikiem od babci dopychać, że chcemy jej większy rower kupić to i tak forsować się nie będzie, że oko jej zaropiało bo jakiś wirus krąży po mieście i raczej nie jest to gorączka krwotoczna, która ponoć pojawiła się ostatnio w Afryce...
Nic to nie dało.  Babcia potakuje bez przekonania dla świętego spokoju, ale i tak wie swoje.  Zupełnie jak ja.  Takie geny;)

A taki fajny był łykend.  W piątek zaliczyliśmy rodzinnie kino.  Pierwsze Ziutowe 3D!  W trakcie filmu zdjęła okulary i orzekła: "Tak też dobrze widzę."  I chwilę sobie tak oglądała... WTF???
Sobotni poranek pod znakiem piłki nożnej.  Wspominałam, że Ziuta uczęszcza na treningi piłkarskie?  Mało kobieca dyscyplina, ale w jej grupie wiekowej nic innego u nas nie ma.  A i tak trener po znajomości ją do grupy dopisał bo nawet czterech lat nie miała;)  Nie, nie mamy żadnych chorobliwych rodzicielskich ambicji.  Zrobiliśmy to z czysto egoistycznych pobudek: w swej naiwności sądziliśmy, że jak się nasze hiperaktywne dziecko dwa razy w tygodniu porządnie wybiega to trochę spokoju będzie.  A gdzie tam...
Chłopaki z drużyny od września postępy poczyniły - czasem nawet sobie na boisku piłę podają i jakieś takie kiwanie ćwiczą.  A Ziuta lata za nimi i ma frajdę bo lata.  Piłki prawie nie rusza.  Ale sobie hasa za całą gromadką i ma radochę.  Za to na bramce - lwica:)  Mało co puści!
Zapakowaliśmy ją zatem w sobotę do auta i pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów na sparing.
Ha ha :)
Pogrom.  14:2.  Ale Ziuta broniła jak szalona.  Ojcu oczy się śmiały przez cały mecz.  Rzadki to widok, żeby kibic piłkarski w naszym kraju takim szczęściem w trakcie meczu promieniał.
W niedzielę dla odmiany wycieczka rowerowa.  Trochę jazdy, trochę przystanków.  To park, to knajpka, to plac zabaw.  Kawał drogi moja dzielna cyklistka zaliczyła.  Pod domem jeszcze przez godzinę z ojcem ósemki rowerami kręcili.
A w nocy 38.5, ropiejące oczy i zatkany noc.
Musi być równowaga.  Trochę super na maksa i trochę, za przeproszeniem, do dupy.
Niech to cholera.
Dziś wizyta w poradni i L4 na tydzień.
Na pociechę przyozdobiłam Ziucinie worek przedszkolaka, bo w nowym przedszkolu musi być podpisany.  No to podpisałam - a co?
Trzymajta się!









czwartek, 8 maja 2014

Lodzik

Kiwi z koszyka wołały błagalnie słabym głosem "Wybierz nas nim sczeźniemy!  No bądź człowiekiem..."  No to wybrałam.  To był ostatni dzwonek.  Owoce zmiękły podejrzanie i nabrały wyglądu w stylu "wóz albo przewóz" vel "blender albo kompost".  Okazało się, że dzięki jawnemu zaniedbaniu i beztroskiemu gospodarowaniu zapasami byłam w posiadaniu super-dojrzałych słodkich i miękkich owoców.  Dla bardziej aksamitnej konsystencji i złagodzenia smaku dodałam banana, a dla kontrastu ugniotłam malin.  Dwie godziny w zamrażarce i włala: lodziki mocno owocowe i soczyście kolorowe.  Są momentami (tymi czerwonymi) cierpkie - fakt; mają pestki zarówno malinowe jak i kiwiowe - nie przeczę.  Jednak mi to nie przeszkadza.  Za to są zimne, owocowe i intensywne.  A jak się prezentują...








wtorek, 6 maja 2014

Film drogi czyli fotki z Zakopianki i parę ze samiuśkich Tatr

Się udało wyjechać, dojechać i nawet wrócić.  Pojechaliśmy se do Poronina, a co?  Dwie nauczycielskie pensje - stać nas;)  Gdyby nie fakt, że mamy tam od lat niezmiennie fajną miejscówkę - niedrogo, po domowemu i z dala od największego tłumu - pewnie byśmy nawet nie rozważali wyjazdu.  Kinga - gospodyni w naszym wieku a jednak prawdziwa góralka z gór.  Dzieciaki nam się w podobnym czasie porodziły to i tematów wspólnych coraz więcej.  Jeździmy tam trochę jak do rodziny - zawsze na dzień dobry na szybko zdajemy wzajemnie relacje kto, co, gdzie, z kim i kiedy, że ślub, a tam pogrzeb, że w domu remont, brat się wreszcie ożenił, a w oborze trzydniowa cieliczka, że zimą śniegu mało było - i cała masa podobnych informacji.
Kinga mleka od krowy do kawy w wielkim dzbanie postawi i domowej wędliny do śniadania rozłoży.
-A co to? Oooo, domowe??  Łojacie, tak rozkładacie?
-Już ja wiem co komu położyć!
Atmosfera fajna, luźno, wesoło, nas wszystkiego trzy parki, a każda z bonusowym dzieciakiem.  Chłopaki w góry, a my - dzieciate babole - szczyt lenistwa dzień po dniu zdobywamy.  Jeden dzień na Gubałówkę - nie ma to tamto - i Krupówki, przecież muszę dokupić drewnianych warzech i innych struganych kuchennych gadżetów.  Potem na przemian kawusia, ciacho, winko, grule z kwaśnym mlekiem, oscypki z boczkiem z grilla, Malibu z ananasem, moskale z masłem czosnkowym - normalnie kulinarne podróże po kraju.
Zejście z Gubałówki na łeb na szyję, hasanie po górskiej polanie, na trasie mijamy laski w rajstopach i balerinach, co drugi pan z puszką piwa w ręce - a helikopter TOPRu lata tam i z powrotem.  Słowo daję, przy wejściu do Parku Narodowego powinni jakieś testy na inteligencję robić...
Pan Ojciec z bananem na twarzy od momentu jak góry zobaczył - aż aparatem uwieczniłam;)  Pomknął dnia trzeciego i Kozi Wierch (2291m n.p.m.) żlebem śnieżnym zdobył.  Bez strachu - sprzęt i umiejętności posiada, swój rozum też.  Wrócił szczęśliwy, z licem rumianym (żeby nie powiedzieć, że mu się czerep na buraczkowo spalił;) i z kilkoma fotkami w komórce (jedna - przysięgam - a la Woliński w windzie :))
W sobotę "strasna sikawica"  więc Termy Szaflarskie zaliczyliśmy.  Na żadne inne bardziej wypasione szans nie było - w końcu całe Podhale musiało się w taką pogodę gdzieś pomieścić.  Reszta naszej małej grupy wybrała alkoholowo - delikatesową posiadówkę w jedynej góralskiej gospodzie w okolicy.  I też mieli FUN.
Powrót zaplanowaliśmy na niedzielę.  Niestety, milion innych Polaków (i sporo Niemców) również.  Na szczęście GPSy zadziałały na medal i cudnie malowniczą drogą przez Beskid Żywiecki nas poprowadziły.  Zdeklarowaliśmy się, że następnym razem po prostu MUSIMY się tam na dłużej zatrzymać.  Zakopiankę z jej kilometrowymi korkami i strajkami "jeleni" na drodze szczęśliwie ominęliśmy.   I po niespełna dziesięciu (!) godzinkach byliśmy w domu.
Było fajnie.  Było wesoło.  Było na luzie.
Już teraz bym tam wróciła...