piątek, 25 kwietnia 2014

Post edukacyjno-refleksyjny

Niniejszym Ziutka zakończyła swój pierwszy etap kształcenia: zamknął się był punkt przedszkolny, do którego uczęszczała przez ponad połowę swojego życia...
Niecałe trzy lata temu konieczność powrotu do pracy zmusiła mnie do zaufania OBCYM LUDZIOM i oddania w ich ręce niespełna dwuletniego, wychuchanego, na cycku żywionego malucha z całym bogactwem inwentarza, to jest smokiem, pampersem i rykiem na całą ulicę.
W ten oto sposób Ziuta trafiła w ramiona PANI MAGDY.  I pozostała w nich przez pierwsze pół roku, ku nienawiści pozostałych, siłą rzeczy niedopieszczonych, przedszkolaków.  Te bezwzględne, okrutne istoty (mowa tu o czterolatkach) znalazły niezły sposób na tymczasowe wyeliminowanie konkurencji: tydzień w tydzień nasza bida wracała do domu z odciskiem jakichś małych ząbków. Aklimatyzowała się długo, pierwsza połowa roku to dla całej naszej trójki niezła trauma: przed przedszkolem Ziuta zapłakana, po - zbyt zmęczona ryczeniem, żeby cieszyć się z naszego przyjścia.  Dodatkowo to bezcenne uczucie bycia ostatnią świnią, żeby tak własne dziecko kompletnie obcym podrzucać i uciekać...
Po zimie - zwrot o 180 stopni.  Dziecina zakumała, że chodzi o FUN.  I wyluzowała.  A my z nią.  Cudne to były chwile.  Przykładowo, blablało sobie dziecko jakąś chyba-rymowankę przez godzinę bez mała, aż wreszcie zaskoczyliśmy (oboje pożal się Boże angliści!), że po angielsku "Panie Janie" śpiewa...
Rzecz jasna, im więcej się bratała, tym częściej z jakimś zjadliwym wirusem do domu wracała.  I - pewnie jak większość równolatków - trzy czwarte czasu w domu z którymś rodzicem (bliskim wylania z pracy) spędzała.
Były tańce, gimnastyki, występy, wierszyki i piosenki, były siniaki, ugryzienia i zadrapania, były pierwsze koleżeńskie kłótnie i fochy - łoooo matko, czego w tej trzyletniej przedszkolnej przygodzie nie było...
I już.  Placówka nierentowna, zamknęła się.  Nawet do końca roku szkolnego nie doczekała.
Były kwiaty, podziękowania, Ziuta kubek dla Pani Magdy własnoręcznie podpisała i różnymi niesprecyzowanymi rzeczami ozdobiła (mam nadzieję, że nie ma wśród nich tatowego siusiaka, który ją aktualnie fascynuje i rozśmiesza do tego stopnia, że gada o nim ciągle i jeszcze go na rysunkach uwiecznia), łzy wzruszenia - rozkleiłam się trochę, ostatnio tak mam, że mnie wszystko kurna wzrusza...  Jakaś pre-menopauza chyba..?
Teraz długi łykend, a potem nowe przedszkole.  Już ją tak nakręciliśmy, że doczekać się nie może.  Co za dzieciak - zero sentymentów.  A my, bidne stare, przeżywamy, że oto zamknął się jakiś rozdział.

A propos weekendu: WYJEŻDŻAM!  Ha!  Szczegóły wkrótce :)

3 komentarze:

  1. moze i Ty lubisz sobotę ,ale jak ja lubię Cię czytać ...może być i we w piątek :))))) Ziuta tfu ,tfu pięknota ..może te zęby odciskali bo poderwać ją kcieli czy cuś???:))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja trzyletnia siostrzenica będzie chodzić do przedszkola od września.Nie wyobrażam sobie tego ;p
    A gdzie wybywasz?! W sumie gdzie bądź-i tak ci fajnie :)) Mogę z tobą???
    Miłego i udanego wyjazdu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Filipek: :))) poderwać? końskie zaloty, na psa urok! Nieobiektywnie powiem, że Ziutostwo, owszem, przeładne - nie możemy się nadziwić po kim..?? Pozdrawiam Cię weekendowo:))
    karmelowa: A zaprasza ja Ciebie serdecznie:)) Nie ważne gdzie, ważne że:)) A przedszkole - jak to w życiu: po pierwszym szoku żal odchodzić:)

    OdpowiedzUsuń