wtorek, 15 kwietnia 2014

Nie lubię żółtego...

Ani czerwonego.  Ani pomarańczu.  Właściwie to lubię tylko niebieski, biały, szary i czarny.  Resztę kolorów potrafię perfekcyjnie ignorować.  Potrafiłam.  Kiedy pojawiła się Ziuta musiałam je polubić.  W szczególności wszelkie odcienie różu.  O Jezu.  Myślałam sobie w swej naiwności "Moja Ziuta jest fajna.  Jest zadziorna.  Nie jak te inne dziamdzie, takie słodziaśne do wyrzygania.  Ona różowego NIE POLUBI".  I tu się pomyliłam jak cholera.  Mimo, że moje dziecko należy do tych w stylu Veni-Vidi-Vici jakoś zapałała miłością do tego znienawidzonego przeze mnie koloru...
Teraz większość ciuchów musi być albo różowa albo brokatowa.  A najlepiej jeszcze z cekinami i falbankami.  I fajnie jak będą kokardki i małe puchate króliczki.  Dżizas.

W ten oto sposób koło barw tęczowych pojawiło się w moim życiu.  Ja jak ja, ale Pan Ojciec przełamuje się nieco oporniej.  Od dzieciństwa przyzwyczajony do barw maskująco-ochronnych (z małym wyjątkiem na czerwony dresik, którego ponoć kilka tygodni zdjąć nie chciał;), przez niektórych znajomych zwany nawet Mr Brownem (pozdrawiamy) chciał nie chciał paraduje po okolicy z małym różowym czymś (w sensie córki) i jej kolorową matką.  W naszym towarzystwie właściwie nawet go nie widać - w parku zlewa się z krzakami a domu z szara sofą...

Jakoś się z tym "barwnym" życiem pogodziłam.  Nawet mi się spodobało.  Do tego stopnia, że walnęłam sobie żółte szafki nocne w sypialni.  Najdroższy zajrzał w trakcie remontu i jęknął "O Jezu..."  Zagroziłam umęczona, żeby dwa razy pomyślał nim dalej coś chlapnie.  W końcu święta tuż i głupio tak z obustronnym fochem przy całej rodzinie wystąpić.  Teściówka zajrzała z zaciekawieniem - "A czemu żółte..?"  Bo lubię;)  I jest weselej.
A Ziuta?  Ziuta weszła do świeżej sypialni i westchnęła "Jak ładnie zrobiłaś mamo..."
Kocham ją :)
Kropka












P.S. Alternatywny tytuł posta: IKEA 2004-2014 ;)

13 komentarzy:

  1. No i bomba ! Moja córka wreszcie z różów przeszła na fiolety - najpiękniejsze te w odcieniach liliowych ,,,, jak lawenda.

    OdpowiedzUsuń
  2. :)) Oooo, czyli przede mną fiolet... no łał. Za tym też nie przepadam;)) Ale co tam, żebyśmy tylko zdrowi byli:))

    OdpowiedzUsuń
  3. Słodka ta Twoja pociecha :) ! A ja za to nie przepadam za bielą, dom w takich kolorach trochę wydaje mi się taki ''bez życia''. U mnie żółty to podstawa! Uwielbiam łączyć go z czerwienią ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. No ja żółtego nie bardzo. Nawet nie pozwałam żółtym kwiatom rosnąć w ogrodzie ale moja córka go bardzo lubi , po różowym i monstehajowym (nie umiem tego napisać ) ostatnio zażyczyła sobie czarne ściany! Ale cekiny to podstawa :)
    Twoje szafki nie są wściekle żółte , sypialnia podoba mi się :) Może powinnam kolor do swojej wprowadzić bo tam tylko biel i odrobina czerni, nudno trochę ...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. słuchaj no matko ,twoja córuś nawet w różu dziamdziowato nie wygląda !!!!! śmiem twierdzić ,że jej bardzo do twarzy ...no i ładnie szafeczki wymalowałaś świątecznie !!!!!! pozdrówki

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękną masz tę sypialnię - zazdroszczę :) pewnie można tam wypocząć - stonowane kolorki, oszczędność wzorów i żółte szafki, które ożywiły całość - wygląda na oazę spokoju :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Natalie: soczyste kolory mnie męczą. Wracając po pracy lubię odpocząć w spokojnym otoczeniu. Poza tym z moją Ziutą dom nigdy nie jest bez życia...;)
    Alina: u mnie długo monochromatycznie było, nadszedł czas na zmiany:) Monstehajowy - hehe
    Filipek: no właśnie skubaniucha nieźle w tym różu wygląda...;)) Faktycznie - szafki takie wielkanocne wyszły - nie pomyślałam;)
    Pozdrawiam!
    Mam wenę: Chociaż po namyśle zaczynam się obawiać czy nie za spokojnie się zrobiło... żeby nie zapeszyć;)) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. No i Ziuta ma rację! Poza tym nie patrzy na świat przez pryzmat uprzedzeń do jakiegokolwiek koloru, bo ich jeszcze nie ma. Ładne to ładne i tyle! Ja bym polegała na jej intuicyjnym zachwycie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Masz sporo racji - jednak czasem ten zachwyt podyktowany jest modą. Tak tak - nawet czteroletnie laski chcą mieć rzeczy bo ich extra-koleżanki mają... Ale ja się poddałam i zostawiam jej swobodę. Owszem, wyrażam zachwyt lub niesmak ale bez narzucani:) Poza tym dziecku mojemu mało co można narzucić. To po ojcu pewnie;))

    OdpowiedzUsuń
  10. No..pięknie tu u ciebie..i w sypialni i na blogu:) Czytam dalej..

    OdpowiedzUsuń
  11. Fajnie :) A ja się wczoraj zaczytałam u Ciebie - Lubię to!

    OdpowiedzUsuń
  12. Pięknie u Ciebie! Powiem Ci, że do różowego miałam podejście takie jak Ty - a i bez dzieci doszłam do wniosku, że kontrolowana dawka lekkiego kiczu i pastelowej barwy może być fajna. Piszę to z jasnoróżowym lakierem na paznokciach :) Pozdrawiam,
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  13. :)) Ej, no co Ty, lakier się nie liczy... też tak właśnie z tym kiczem sobie wywnioskowałam. W końcu jeśli nie teraz to kiedy... ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń