niedziela, 20 kwietnia 2014

Krejzolski dzieciak lat cztery i pół

W ostatni weekend Ziuta pojechała po całości.  Wsiadła na mały czerwono-żółty rowerek, który przyjechał do niej pewnego dnia jako scheda po najukochańszej istocie - kuzynce Natalii (Mamo, a kiedy przyjedzie Natalka..?  Za parę dni...  Za tyle?  Tak, za tyle.  Mamo, to niedużo!).  I popedałowała.  10 okrążeń stadionu miejskiego.  Z przerwami, oczywista.  A ja za nią na rolkach z jęzorem na brodzie niezmiernie wdzięczna za każdy mały odpoczynek.

Ziuta rządzi.
Umieram ze strachu, kiedy zalicza pierwsze łyżwy.  Mam atak serca, gdy pierwszy raz zjeżdża hulajnogą z górki.  Oczyma wyobraźni widzę jak ze ścianki wspinaczkowej nagle odrywa się stanowisko razem z liną i Ziutą (zaraz po tym jak wspinał się tam o 60 kg cięższy ojciec dziecka i nic nie odpadło...)
Najchętniej owinęła bym ją całą w folię bąbelkową.  Ten mały harpagan niczego się nie boi.  Co to za dziwoląg nam się trafił.  I po kim, ja się pytam.  Pytaniem retorycznym.  Bo wiem doskonale: po matce i ojcu.  Mam czasem przebłyski z dzieciństwa: zawsze musiałam biec najszybciej, skakać najwyżej, huśtać się najmocniej - aż do podbitki... Ojciec dziecka ponoć też.  I co tu się dziwić.  Pamiętam też, tą pewność, że nic mi się nie stanie, jak trzymałam się trzepaka wisząc do góry nogami i wiedziałam, że nie puszczę.  I jak się wdrapałam na dach mojego czternastopietrowego "wieżowca" i zupełnie nie rozumiałam o co tyle hałasu kiedy już mnie z tego dachu świata siłą ściągnęła sąsiadka.
A teraz, ze trzydzieści lat później, biegnę za moją Ziutą i krzyczę w panice "Uważaj, patrz przed siebie, bo polecisz...  Trzymaj się...  Jezu, co wy wyprawiacie?! (to do córki i jej lekkomyślnego ojca) i robię biednemu dzieciakowi ten sam obciach, który moja mama robiła mi... Taka karma.

Macierzyństwo w moim wydaniu to sztuka szukania równowagi.  Głównie psychicznej.  Chcę, żeby moje szalone dziecko było nieustraszone i szczęśliwe.  Jestem wdzięczna wszystkiemu i wszystkim, że jest zdrowa i sprawna.  Zaśmiewam się kiedy pędzi na złamanie karku i wygrywa z sąsiadem wyścig na hulajnodze.  Ale w głębi ducha trzęsę się ze strachu i kilka razy dziennie przeżywam zatrzymanie akcji serca.

Ale kiedy biegnie do mnie przeszczęśliwa z kolejnego osiągnięcia i krzyczy roześmianym dziobem "Widziałaś mamo?  Widziałaś?" to się poddaję i cieszę z nią jak wariatka.  I pękam z dumy, że mam taką zwinną małpkę.  I już sobie wyobrażam jak zdobywa medal olimpijski w jakiejś ekstremalnej i widowiskowej dyscyplinie.
A zaraz potem tracę oddech.  Ze strachu.
;)










Acha - Alleluja.
A o świętach będzie po świętach...
Jak złapię dystans ;)


6 komentarzy:

  1. Kochana Ziuta-wszędzie jej pełno :) Chyba większość mam tak ma-zawsze przed oczyma wyobraźni maja tysiące czarnych wizji jakie mogą spotkać ich pociechę ;p
    Wesołych Świąt!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. :)) Wesołych!! Mam wrażenie, że w ilości lęku na centymetr kwadratowy Ziuty biję wszystkie matki na głowę;))

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja myślałam ,że tylko ja mam takie zatrzymania serca ...:)))) o jak mi lepiej teraz !!!!! WESOŁYCH ŚWIĄT !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Śliczna ta twoja małpka:) Niestety ja też z tych panikujących, najchętniej długą smycz bym przywiązała gdy razem z małym M wychodzimy na podwórko.

    OdpowiedzUsuń
  5. Smycz, kask, ochraniacze na wszystko i wkładka na zęby...;)

    OdpowiedzUsuń