wtorek, 29 kwietnia 2014

Jadziem ;)

Właśnie tak.
Pakujem i jadziem.
Już dawno zrozumiałam, czemu obstawałam przy kupnie auta typu kombi, podczas gdy mój jedyny i najdroższy rozważał różne inne opcje.  Jestem zodiakalnym bykiem i po prostu muszę MIEĆ.  Najlepiej wszystko.  Czyli, że większość dobytku podróżuje ze mną.  A jeszcze jak Ziuta dołoży swoje "drobiazgi" to na aparaty, statywy, liny i buciory Łojca miejsca brak.  Chociaż prawdziwy hardcore mieliśmy wożąc ze sobą wózek...
Teraz jedziemy zaledwie na pięć dni więc usiłuję się ograniczać.  W góry nie pójdę - z Ziutą nie ma bata - to przynajmniej sprzętu zabierać nie muszę.  Za to wyjazd robi się o wiele droższy, bo zamiast płacić tylko za wejściówki do parków narodowych (nie taki znowu majątek, a na Taterki nawet chętnie dam;) większość czasu spędzamy na Krupówkach, gdzie każdą Ziucie niezbędną do życia pierdołę można nabyć z - bagatela - pięciokrotną przebitką...  Ponoć pogoda ma się właśnie jutro załamać.  Przypadek?  Nie sądzę.  Latam zatem po naszym przepastnym poddaszu w poszukiwaniu odzieży wodoodpornej, tudzież zimowej - którą akurat wyjątkowo w tym roku poprałam, popakowałam i na strych wyniosłam.  Pierwszy i ostatni raz.

Kiedyś to się zdobywało - był czas, że złaziliśmy Tatry wzdłuż i wszerz.  Nie mam nic do Karkonoszy, Beskidów, Izerów czy innych pięknych miejscówek.  Jednak spójrzmy prawdzie w oczy - to raczej popierdółki.  I - dla jasności - słowa tego używam z sympatią.  Dla mnie prawdziwe góry muszą być wysokie, strzeliste i skaliste.  I najlepiej z groźnie ośnieżonymi szczytami spowitymi ciemną chmurą... :)

Kiedy już nachodziliśmy się po polskich Tatrach, odkryliśmy słowackie.  Jaka odmiana!  Można było pół dnia iść i nikogo nie spotkać.  A widoki zaje...fajne - brnął człowiek sterany godzinami błotem przez dolinę, przedzierał się przez jakieś chaszcze i zasieki i nagle dup: szczyt.  I to jaki - dziki, kamienisty, nie-dla-lamerów rzecz jasna ;)

Przeróżne wspomnienia z tych wypraw mamy.  I fajne i straszne.  Razu pewnego wraz z koleżanką zostałyśmy PORZUCONE przez jednoosobową męską część wyprawy w trakcie schodzenia z Pięciu Stawów ponieważ ZAGRZMIAŁO.  Takiej prędkości nasz najdroższy kolega W. dostał, że ponownie zobaczyliśmy się dopiero przy Morskim Oku... Ot, bohatyr (pozdrawiam!)
Kiedy indziej, najdroższy był mi się odwodnił przy wchodzeniu na Rysy.  A ja całą drogę się zastanawiałam co on tak milczy i z tyłu się wlecze...
Miał również przejścia z nieświeżą żętycą naprędce w bacówce spożytą - jak spojrzę wstecz to widzę, że ojciec mego dziecka jest raczej wątłej konstrukcji gastrycznej.  A nie wygląda.  Oby to dziedziczne się nie okazało.  Hej!

Póki co, z dołu, z mrówczej perspektywy sobie szczyty podziwiam.  Ale nadejdzie taki dzień, że jak pójdę w długą to po paru dniach wrócę.

A na razie - bawta się kobitki w ten weekend majowy wyśmienicie!  Wypoczywajcie, łapcie opaleniznę, leżcie bykiem albo zaiwaniajcie na rolkach - co tam chcecie.  Liczy się FUN :)



A poniżej ku przestrodze - SZCZYT...GŁUPOTY.  
Zdjęcie wykonał Ojciec Mojego Dziecka tuż przed szczytem Świnicy (2301 n.p.m.)
(że niby mi chciał fotkę na pamiątkę zrobić - he,he...)


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Czekoladowa tarta jaglana, muchy w nosie i plany wyjazdowe

Ciepła i słoneczna wiosna sobie poszła.  A z nią mój dobry nastrój, energia, odporność Ziuty i wyjazdowe plany na dłuuuugi weekend.  Za to mamy smarki w pięknym seledynowym odcieniu i focha.  Jeszcze poświątecznego.  Ja swój temperament mam, nie powiem, szybko się zapalam i znienacka wybucham.  Jednak równie szybko mi przechodzi.  Nie to co Hrabia Lolek - on swojego focha potrafi tygodniami pielęgnować.  Nigdy nie wiem jak to się dzieje, że mój dąs po jakimś czasie staje się jego dąsem - najpierw wyniośle milczę (potrafię!), a zaraz potem, jak już mi przejdzie i imploduję od potrzeby pogadania, okazuje się, że jestem skutecznie ignorowana... No, ale jak to..?  Przecież to babki mają fochy, a faceci cierpliwie i z miłością je znoszą.  Przecież oni są wyrozumiali, mądrzy i kochający, a my egzaltowane i durne.  Za to piękne.  Przecież nas trzeba wielbić już za sam fakt, że jesteśmy, a nie tak fochem w dziób od rana!  I tylko "No o co Ci chodzi?" "O nic." Taaa... ;)
Nigdy nie należeliśmy do specjalnie romantycznych - znaczy się bywamy, ale na swój sposób.  Na filmach o miłości prychamy i chichramy - ostatnio jeden taki w telewizji do swej ukochanej skierował te oto słowa: "Mógłbym tak godzinami słuchać, jak opowiadasz..." Pan Ojciec wstępnie zdjęty przerażeniem po chwili mało się ze śmiechu nie zadusił...
Nasze relacje raczej bym określiła jako kumplowskie.  I dobrze nam tak.  Ogólnie, przepadam za tym gościem - lubię go bardziej niż kogokolwiek innego (poza Ziutą, rzecz jasna).  Rozwala mnie jego poczucie humoru.  Zawsze mnie kręcili ludzie, którzy maja do siebie dystans.  Może dlatego, że mnie go czasem brakuje;)  Ale nadąsać to się potrafi, że ja pierniczę...

Pojawiła się okazja wyjazdu.  W Taterki.  Hurra!  No i co?  No i Ziuta smarka.  Swego czasu jeździliśmy w Tatry po dwa razy do roku.  Lubimy.  Kiedyś bardziej niż morze.  Od nastania ery Ziuty nasz wybór zawęził się do Bałtyku.  Były próby - z niespełna roczną malizną odbyliśmy próbną podróż w naszą ulubioną miejscówę w Poroninie.  Na miejscu jakiegoś wirusa od ojca podłapała i zapalenia gardła dostała.  Miodzio.  Pół wyjazdu w obleganej małej poczekalni u lekarza, drugie pół w kolejkach w aptece...
Wyjazd planowany na środę, może ozdrowieje...  Przyda się oddech.  A już takim górskim powietrzem tym bardziej.

Wakacje też czas zaplanować.  I chyba trzeci raz do tej samej nadmorskiej agroturystyki pojedziemy bo jest tam wszystko, czego nam trzeba: cisza, spokój, fajni ludzie, wielka łąka i zwierzaki do karmienia dla Ziuty, super foto-plenery dla Łojca i święty spokój do nadrobienia czytelniczych zaległości dla Matki.  Zeszłego roku byliśmy trzy tygodnie i FAKTYCZNIE  NABRAŁAM  DYSTANSU.

Wracając do focha - skoro już miałam ciszę i spokój przez cały weekend to trochę popichciłam.  Skorzystałam z przepisu dziewczyn z Burczy mi w brzuchu i na Czekoladową Tartę Jaglaną się porwałam.  A kiedy dwie trzecie domowników popadało popołudniem jak muchy i zachrapało w duecie - małą kulinarną foto-sesję sobie w ogródku zrobiłam.  Pierwsze próby z bezpośrednim światłem słonecznym zaliczone.  I chyba źle nie jest.  Tylko nad kompozycją muszę popracować.  Coraz bardziej mi się to pstrykanie podoba... :)










C z e k o l a d o w a    t a r t a    j a g l a n a

Składniki:

Ciasto 

500 gr ugotowanej jaglanki
4 łyżki cukru trzcinowego
1 jajko
20 gr kakao
50 gr mąki (u mnie ryżowa)

Składniki wymiksować na gładką masę, wyłożyć na formę do tarty (zrobić rant) i piec przez 40 minut w 180 stopniach.  Wystudzić.

Krem jaglany czekoladowy

250 gr ugotowanej jaglanki
100 gr orzechów laskowe
50 gr gorzkiej czekolady
2 łyżki prawdziwego kakao
4 łyżki miodu
szczypta cynamonu
2 łyżki mleka (ja dałam kokosowe)

Orzechy podprażyć, dodać miód i cynamon i karmelizować około 5 minut.  Dodać połamaną czekoladę i mieszać do rozpuszczenia.  Czekoladowe orzechy wymiksować z resztą składników na gładki krem.
Krem wyłożyć na ciasto, ozdobić na przykład prażonymi migdałami i wcinać :)




sobota, 26 kwietnia 2014

Mazurek karmelowo-daktylowy

Mazurek.  Z założenia:  kruchy plaskacz wypełniony przesłodkim ulepkiem.  Brzmi zachęcająco?  Wątpię.  Jednak TEGO mazurka warto zrobić gdyż ponieważ jest   a b s o l u t n i e   w y ś m i e n i t y  :)

Przepis znalazłam na Kwestii Smaku.  Zrobiłam na święta - był jednym z siedmiu (!) ciast na naszym rodzinnym stole (na 10 osób, w tym jedno dziecko i jedna nastolata nie jadająca słodkiego).  A jednak nie przeminął bez echa wśród masy świątecznych słodkości.

M a z u r e k 
k a r m e l o w o - d a k t y l o w y

Składniki:

ciasto:
170 gr mąki tortowej
80 gr mąki ziemniaczanej
50 gr cukru
150 gr zimnego masła
1 jajko

karmel:
250 ml śmietanki 36%
1/4 szklanki masła
1/4 szklanki miodu
1/4 szklanki cukru trzcinowego
sól morska
100 gr wypestkowanych daktyli
50 gr gorzkiej czekolady

Przesiać mąki, wymieszać z cukrem dodać pokrojone masło i rozetrzeć palcami na kruszonkę.  Dodać jajko i zagnieść ciasto.  Kulę ciasta rozpłaszczyć, owinąć folią i włożyć do lodówki na 30 minut.
Po schłodzeniu wyłożyć na papier do pieczenia, przykryć kolejną warstwą papieru i rozwałkować na 2 cm (rozmiar nieco większy niż przygotowana blaszka).  Wraz z papierem przełożyć do formy, z nadmiaru zrobić rant i podziurkować gęsto widelcem.  Ponownie schłodzić przez minimum 15 minut.  Piec na złoto - około 45 minut w 160 stopniach.

Do rondelka wlać śmietankę, dodać masło, cukier i miód i zagotować.  Gotować około 20 minut, co jakiś czas mieszając, aż zdecydowanie zgęstnieje.  Dodać szczyptę soli morskiej do smaku i pokrojone daktyle.  Ostudzony karmel wyłożyć na ciasto.  Gdy stężeje posypać wiórkami z gorzkiej czekolady i gruboziarnistą solą morską.

Jest tak słodki, że do szczęścia wystarczy niewielki kawałek - kolejny plus ;)





piątek, 25 kwietnia 2014

Post edukacyjno-refleksyjny

Niniejszym Ziutka zakończyła swój pierwszy etap kształcenia: zamknął się był punkt przedszkolny, do którego uczęszczała przez ponad połowę swojego życia...
Niecałe trzy lata temu konieczność powrotu do pracy zmusiła mnie do zaufania OBCYM LUDZIOM i oddania w ich ręce niespełna dwuletniego, wychuchanego, na cycku żywionego malucha z całym bogactwem inwentarza, to jest smokiem, pampersem i rykiem na całą ulicę.
W ten oto sposób Ziuta trafiła w ramiona PANI MAGDY.  I pozostała w nich przez pierwsze pół roku, ku nienawiści pozostałych, siłą rzeczy niedopieszczonych, przedszkolaków.  Te bezwzględne, okrutne istoty (mowa tu o czterolatkach) znalazły niezły sposób na tymczasowe wyeliminowanie konkurencji: tydzień w tydzień nasza bida wracała do domu z odciskiem jakichś małych ząbków. Aklimatyzowała się długo, pierwsza połowa roku to dla całej naszej trójki niezła trauma: przed przedszkolem Ziuta zapłakana, po - zbyt zmęczona ryczeniem, żeby cieszyć się z naszego przyjścia.  Dodatkowo to bezcenne uczucie bycia ostatnią świnią, żeby tak własne dziecko kompletnie obcym podrzucać i uciekać...
Po zimie - zwrot o 180 stopni.  Dziecina zakumała, że chodzi o FUN.  I wyluzowała.  A my z nią.  Cudne to były chwile.  Przykładowo, blablało sobie dziecko jakąś chyba-rymowankę przez godzinę bez mała, aż wreszcie zaskoczyliśmy (oboje pożal się Boże angliści!), że po angielsku "Panie Janie" śpiewa...
Rzecz jasna, im więcej się bratała, tym częściej z jakimś zjadliwym wirusem do domu wracała.  I - pewnie jak większość równolatków - trzy czwarte czasu w domu z którymś rodzicem (bliskim wylania z pracy) spędzała.
Były tańce, gimnastyki, występy, wierszyki i piosenki, były siniaki, ugryzienia i zadrapania, były pierwsze koleżeńskie kłótnie i fochy - łoooo matko, czego w tej trzyletniej przedszkolnej przygodzie nie było...
I już.  Placówka nierentowna, zamknęła się.  Nawet do końca roku szkolnego nie doczekała.
Były kwiaty, podziękowania, Ziuta kubek dla Pani Magdy własnoręcznie podpisała i różnymi niesprecyzowanymi rzeczami ozdobiła (mam nadzieję, że nie ma wśród nich tatowego siusiaka, który ją aktualnie fascynuje i rozśmiesza do tego stopnia, że gada o nim ciągle i jeszcze go na rysunkach uwiecznia), łzy wzruszenia - rozkleiłam się trochę, ostatnio tak mam, że mnie wszystko kurna wzrusza...  Jakaś pre-menopauza chyba..?
Teraz długi łykend, a potem nowe przedszkole.  Już ją tak nakręciliśmy, że doczekać się nie może.  Co za dzieciak - zero sentymentów.  A my, bidne stare, przeżywamy, że oto zamknął się jakiś rozdział.

A propos weekendu: WYJEŻDŻAM!  Ha!  Szczegóły wkrótce :)

środa, 23 kwietnia 2014

Magia świąt... tjaaaa

Lubię pichcić, nie powiem. Jednak ciążący nade mną imperatyw nakarmienia dziesięciu osób, a przy tym dorównania teściówce, żeby kontrast pomiędzy pierwszym i drugim dniem świąt nie był zbyt rażący, a przy tym posprzątanie domu, żeby ludzie mogli sobie konsumować w ludzkich warunkach, a przy tym znalezienie choćby minuty żeby sobie "oko zrobić" - ODROBINĘ MNIE TO WSZYSTKO PRZEROSŁO, delikatnie rzecz ujmując...
Jasne, dałam radę jak zwykle.  Co, ja nie dam rady?  Ale takim kosztem, że na cudowny rodzinny czas świąteczny do gęby przykleiłam coś-na-kształt-uśmiechu wewnątrz drąc się wniebogłosy "Ja *cenzura*, *cenzura*, nie wierzę..."
Obiecałam sobie w duchu, że kolejne święta spędzam poza domem.  Amen.  Z Ziutą, oczywista.  Czy z Panem Ojcem - się okaże.  Zależy, czy mi do grudnia nerw na jaśnie pana minie ;)
Ten blog nareszcie doczekał się wypełnienia swojego zadania.  Mogę sobie bezkarnie popsioczyć na wszystko i wszystkich dookoła.  W końcu u siebie jestem.
Czytam po blogo-sąsiadach, że cudownie, że rodzina, że turlanie po trawie i wąchanie kwiecia, że wesoło i wiosennie - ja nawet, cholera jasna, nie bardzo kojarzę czy ciepło było - większość czasu przy garach tkwiłam.  Bo że słońce świeciło - to przez okno w kuchni widziałam.
Jak do tego doszło nie wiem.  Ale wiem, że więcej się tak nie urządzę.  Wybieram opcję: święta = full relaks.  
Wybieram byczenie się w ogródku z lampką wina - ewentualnie szałowym drinem; wybieram zabawę z Ziutą i rozmowy o wszystkim i o niczym; wybieram wyjazd na rolki/hulajnogi/rowery.  Albo wyjazd LAST MINUTE ALL INCLUSIVE gdzie wszyscy będą skakać dookoła mnie i MOJEGO PRZYSZŁEGO FACETA* i nas rozpieszczać do bólu.  He he.



 



*Nerw już minął.  Życie pędzi, nie ma czasu na pierdoły;)


wtorek, 22 kwietnia 2014

Super babka!

Zrobiłam.  Zaprezentowałam.  Chłonęłam pochwały jak gąbka ;)
Każdemu łasemu na komplementy gorąco polecam.
Babka to ciasto mało skomplikowane zatem trudne do zepsucia... czyli dla mnie IDEAŁ.
A poza tym wpisuje się w świąteczną konwencję.

Do rzeczy.

B a b k a    c y t r y n o w a

Składniki:

200 gr masła
skórka i sok z 1/2 cytryny
4 jajka
1 szklanka cukru
laska wanilii
1 szklanka mąki pszennej
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 szklanka cukru pudru
sok z cytryny (ok.4 łyżki)
masło i mielone migdały do wysypania formy

Piekarnik rozgrzać do 170 stopni.  Formę wysmarować masłem i wysypać migdałami (od wewnątrz;)
Masło rozpuścić ze skórką cytrynową i sokiem.  Przestudzić.
Jajka ubijać z cukrem przez 10 minut.  Dodać ziarenka wanilii.  Przesiać mąki i proszek do pieczenia, dodać do masy i wymieszać.  Dodać przestudzone masło i znowu wymieszać.  Wlać ciasto do formy i piec 40-45 minut.
Cukier puder utrzeć z sokiem cytrynowym na biały szklisty lukier.  Ozdobić babkę wedle uznania.  Podać i wyczekiwać ochów i achów.










niedziela, 20 kwietnia 2014

Krejzolski dzieciak lat cztery i pół

W ostatni weekend Ziuta pojechała po całości.  Wsiadła na mały czerwono-żółty rowerek, który przyjechał do niej pewnego dnia jako scheda po najukochańszej istocie - kuzynce Natalii (Mamo, a kiedy przyjedzie Natalka..?  Za parę dni...  Za tyle?  Tak, za tyle.  Mamo, to niedużo!).  I popedałowała.  10 okrążeń stadionu miejskiego.  Z przerwami, oczywista.  A ja za nią na rolkach z jęzorem na brodzie niezmiernie wdzięczna za każdy mały odpoczynek.

Ziuta rządzi.
Umieram ze strachu, kiedy zalicza pierwsze łyżwy.  Mam atak serca, gdy pierwszy raz zjeżdża hulajnogą z górki.  Oczyma wyobraźni widzę jak ze ścianki wspinaczkowej nagle odrywa się stanowisko razem z liną i Ziutą (zaraz po tym jak wspinał się tam o 60 kg cięższy ojciec dziecka i nic nie odpadło...)
Najchętniej owinęła bym ją całą w folię bąbelkową.  Ten mały harpagan niczego się nie boi.  Co to za dziwoląg nam się trafił.  I po kim, ja się pytam.  Pytaniem retorycznym.  Bo wiem doskonale: po matce i ojcu.  Mam czasem przebłyski z dzieciństwa: zawsze musiałam biec najszybciej, skakać najwyżej, huśtać się najmocniej - aż do podbitki... Ojciec dziecka ponoć też.  I co tu się dziwić.  Pamiętam też, tą pewność, że nic mi się nie stanie, jak trzymałam się trzepaka wisząc do góry nogami i wiedziałam, że nie puszczę.  I jak się wdrapałam na dach mojego czternastopietrowego "wieżowca" i zupełnie nie rozumiałam o co tyle hałasu kiedy już mnie z tego dachu świata siłą ściągnęła sąsiadka.
A teraz, ze trzydzieści lat później, biegnę za moją Ziutą i krzyczę w panice "Uważaj, patrz przed siebie, bo polecisz...  Trzymaj się...  Jezu, co wy wyprawiacie?! (to do córki i jej lekkomyślnego ojca) i robię biednemu dzieciakowi ten sam obciach, który moja mama robiła mi... Taka karma.

Macierzyństwo w moim wydaniu to sztuka szukania równowagi.  Głównie psychicznej.  Chcę, żeby moje szalone dziecko było nieustraszone i szczęśliwe.  Jestem wdzięczna wszystkiemu i wszystkim, że jest zdrowa i sprawna.  Zaśmiewam się kiedy pędzi na złamanie karku i wygrywa z sąsiadem wyścig na hulajnodze.  Ale w głębi ducha trzęsę się ze strachu i kilka razy dziennie przeżywam zatrzymanie akcji serca.

Ale kiedy biegnie do mnie przeszczęśliwa z kolejnego osiągnięcia i krzyczy roześmianym dziobem "Widziałaś mamo?  Widziałaś?" to się poddaję i cieszę z nią jak wariatka.  I pękam z dumy, że mam taką zwinną małpkę.  I już sobie wyobrażam jak zdobywa medal olimpijski w jakiejś ekstremalnej i widowiskowej dyscyplinie.
A zaraz potem tracę oddech.  Ze strachu.
;)










Acha - Alleluja.
A o świętach będzie po świętach...
Jak złapię dystans ;)


wtorek, 15 kwietnia 2014

Nie lubię żółtego...

Ani czerwonego.  Ani pomarańczu.  Właściwie to lubię tylko niebieski, biały, szary i czarny.  Resztę kolorów potrafię perfekcyjnie ignorować.  Potrafiłam.  Kiedy pojawiła się Ziuta musiałam je polubić.  W szczególności wszelkie odcienie różu.  O Jezu.  Myślałam sobie w swej naiwności "Moja Ziuta jest fajna.  Jest zadziorna.  Nie jak te inne dziamdzie, takie słodziaśne do wyrzygania.  Ona różowego NIE POLUBI".  I tu się pomyliłam jak cholera.  Mimo, że moje dziecko należy do tych w stylu Veni-Vidi-Vici jakoś zapałała miłością do tego znienawidzonego przeze mnie koloru...
Teraz większość ciuchów musi być albo różowa albo brokatowa.  A najlepiej jeszcze z cekinami i falbankami.  I fajnie jak będą kokardki i małe puchate króliczki.  Dżizas.

W ten oto sposób koło barw tęczowych pojawiło się w moim życiu.  Ja jak ja, ale Pan Ojciec przełamuje się nieco oporniej.  Od dzieciństwa przyzwyczajony do barw maskująco-ochronnych (z małym wyjątkiem na czerwony dresik, którego ponoć kilka tygodni zdjąć nie chciał;), przez niektórych znajomych zwany nawet Mr Brownem (pozdrawiamy) chciał nie chciał paraduje po okolicy z małym różowym czymś (w sensie córki) i jej kolorową matką.  W naszym towarzystwie właściwie nawet go nie widać - w parku zlewa się z krzakami a domu z szara sofą...

Jakoś się z tym "barwnym" życiem pogodziłam.  Nawet mi się spodobało.  Do tego stopnia, że walnęłam sobie żółte szafki nocne w sypialni.  Najdroższy zajrzał w trakcie remontu i jęknął "O Jezu..."  Zagroziłam umęczona, żeby dwa razy pomyślał nim dalej coś chlapnie.  W końcu święta tuż i głupio tak z obustronnym fochem przy całej rodzinie wystąpić.  Teściówka zajrzała z zaciekawieniem - "A czemu żółte..?"  Bo lubię;)  I jest weselej.
A Ziuta?  Ziuta weszła do świeżej sypialni i westchnęła "Jak ładnie zrobiłaś mamo..."
Kocham ją :)
Kropka












P.S. Alternatywny tytuł posta: IKEA 2004-2014 ;)

środa, 9 kwietnia 2014

Pizza na supercienkim spodzie i powiew świeżości w master bedroom...

Nie będzie o nowych wygibasach z Kamasutry tylko o malowaniu.  Kto się rozczarował może dalej nie czytać;)  Chyba, że potrzebuje fajnego przepisu na super pizzę...

Przed każdymi świętami mamy remont.  JA mam.  Pan domu w pierwszej fazie stara się udawać, że tematu w ogóle nie ma, potem trochę się pobulwersuje, że niby "znowu" i "po co" a później już z górki. Tym razem znowu dopięłam swego.  Ostry ze mnie zawodnik.  Najdroższy stoi właściwie na z góry straconej pozycji - lubię (nawet umiem;) większość prac wykonać samodzielnie.  Może tylko do sklepu z farbami trzeba mnie zawieźć i przywieźć no i kilka cięższych mebli pomóc przestawić...  A, i jeszcze gniazdka poodkręcać bo się boję.  Fizyka nigdy nie była moją mocną stroną - do dziś przepływ prądu w kontakcie i świecące druciki w żarówkach to dla mnie czary.
Wychodzę z założenia, że jak już mam wszystko przed świętami poprzestawiać i wyczyścić to mogę od razu pomalować.  Przemalować.  Poza tym Ojciec Mojego Dziecka wie, że będę ględzić do skutku więc zwyczajowo trochę sobie pomarudzi i odpuszcza.
Niestety czasem mały remont rządzi się efektem domina i przemienia w rewolucję.
Tym razem było w granicach rozsądku.  W sobotę z rana się rozpadało no to co tu robić innego jak nie malowanie..?  Gospodarz się zafrasował, że wydatki i robota niepotrzebna, ale promocja na białą farbę za złotówkę (!) nieco go udobruchała.
Dwa dni roboty, dewastacja manikjuru i po bólu.  Sypialnia odświeżona.

W trakcie wyrwałam godzinę na obiad i wyczarowałam pizzę na cieniutkim kruchym spodzie.  Pizzę jadam sporadycznie, głównie dlatego, że nie widzę sensu w całej tej robocie z ciastem, kiedy najbardziej zawsze smakują mi dodatki.  A kawałki ogołoconego ciasta straszą po posiłku i nie bardzo wiadomo co z nimi zrobić.  A że czas mnie gonił i nie chciało mi się czekać aż zaczyn porządnie wyrośnie - olałam to.  I to było świetne posunięcie.  Spód wyszedł genialny - cieniutki, kruchy, przypieczony na bokach - nawet Ziuta wtrząchnęła cały swój przydział.

A propos: od remontu Ziuta śpi u siebie.  W swoim łóżku.  A my z nią.  Na materacu na podłodze...
Sukces połowiczny.  Farba w sypialni wyschła, już prawie nie śmierdzi a my jakoś nie podejmujemy tematu przeprowadzki.  Ale chyba wkrótce pęknę.  Męczę się w tej Ziutowej sypialni przez większość nocy.  Tatuś sapie, córuś chrapie a ja się miotam.  Pewnie jakaś żyła akurat pode mną przepływa.  Taka karma...

I dalej w temacie karmy:






P.S. Zdjęcia sypialni pojawią się kiedy powróci do niej materac z łoża...