piątek, 7 marca 2014

Mleczny waniliowo-cynamonowy ryż z mango czyli wigilia Dnia Kobiet

Świętowanie.  Chyba się zaczęło.
Nie mam nic przeciwko dniom kobiet, dzieci, mężczyzn, górników, energetyków, sekretarek czy nauczycieli.  I wszelkim innym.  Zawsze to okazja do świętowania.  A świętowanie jest fajne. Można podjeść smakowitości i kawusią popić.  Albo czym innym ;)
Czasem są upominki, czasem nie, ale zawsze jest miło i wesoło.
I kwiatki świeże można kupić bez wyrzutów (że po co, przecież zaraz padną) albo nawet dostać.

Zaczęło się w zakładzie pracy.  Torciki, kawki, żarciki, życzenia, kwiotki - i wszyscy panowie do rany przyłóż.  No chociaż raz w roku :)
W domu obiadek - nie przeze mnie robiony a to już samo w sobie stanowi miły akcent ;)
A po obiadku miałam czelność sobie na trochę odpłynąć ponieważ zmęczył mnie ten tydzień paskudnie: całodobowe kaszle Ziuty, popołudnia spędzone w przychodni albo na dłuuuugich posiadówach w pracy, nocne pobudki w celu zaaplikowania przeróżnych medykamentów i takie tam...
A najdroższy domem w równym stopniu umęczon - co by nie mówić i jaki by nie był pomocny - nie jest to jego naturalne środowisko.
Snuje się bidny z pokoju do pokoju, za Ziutą z chusteczkami lata, syf usiłuje po japońsku jako-tako ogarnąć i cały ten chaos choć trochę kontrolować.  A tu jeszcze baba zmęczona i marudna z pracy przylezie i ględzić zacznie...

Biedne te męcizny.  Jak już naskładają życzeń wszystkim znajomym kobitom wokół, jak pozapewniają, że one takie cudowne i niezastąpione, godne podziwu i dzielne to nie dziwota, że się zaraz po tym muszą dla równowagi ululać.  Kto normalny tyle kitu na trzeźwo nawciska?  I katulają się później po ulicach jak meserszmity zanim powrócą skruszeni do domów, do własnych, cudownych i niezastąpionych... i pełnych pretensji.

Moją męcizne z racji L4 ta przyjemność ominęła.  W pracy.  Co innego w domu.  Jak tak na szybko liczę to ma biedak z pięć babek w najbliższej rodzinie, które wypada jutro obskoczyć.
Może dlatego już dzisiaj zaczął.
Podczas kiedy ja sobie z gazetką przy kawie popołudnie spędzałam - On pitrasił.  Myślę, nie będę się wtrącać.  Skończy - wezmę i posprzątam.
Mieszał, smakował, miksował i gotował.  I wyszło:  deser w postaci ryżu mlecznego z nutą cynamonu i wanilii, podanego z mango i cytrynową skórką - POEZJA!

Zdjęć narobiłam, żeby pamiątka była.
Postanowiłam opublikować, ale przepisu za cholerę nie mogę z niego wyciągnąć.  Wszystko na oko robił - żadnych konkretów.  Więc jest tak:
"Trochę" (!) mleka i śmietanki 36% zagotował z kawałkiem cynamonu, ziarenkami wanilii i cukrem trzcinowym ("No nie wiem, ze dwie łyżki").  Dosypał ryżu parboiled ("Nie wiem ile, za dużo, bo potem znowu mleka musiałem dolać") i gotował do całkowitej miękkości.  Potem utrzepał śmietankę, wydobył mango z puszki i wszystko misternie ułożył z właściwym sobie wdziękiem :)  I potem już tylko się denerwował i nogami przebierał, bo ja zamiast z miejsca wchłonąć postanowiłam udokumentować fotograficznie ("No całe ci spłynie... ja nie wiem co ty tam tak pstrykasz...")

I jak tu nie kochać i życia swego nie lubić..?

Wszystkiego najlepszego kobitki!









2 komentarze:

  1. no to wszystkiego naj kobitko :) mogę Cię czytać choćbyś ze trzy strony rękopisu do posta wtryniła :))))))))) i oglądać też się miło ogląda.Mi..Ziutę w szczególności i gotującego:) pozdrówki !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. :)) A jakoś tak potrzeba gadania mi się zwiększyła ostatnio...:)) Dziękuję i wzajemnie! Na zdrowie;))

    OdpowiedzUsuń