poniedziałek, 31 marca 2014

Faza na holenderkę i durna pała ( czyli mła)

Ciepło.
Słonecznie.
Ptaki śpiewają.
Wiosna jak nic.
Głowa mojej rodziny od kilku tygodni buszuje po necie nadrabiając kilkuletnie zaległości w osprzęcie rowerowym.  A wieczorami wymyka się niby to do kota-cukrzyka zastrzyk zrobić (mamusia moja wyjechała była) i wraca cały zgrzany i rumiany... ponoć za kotem ganiał ;)
Podejrzane? Nie sądzę.  On PEDAŁUJE.  A wszystko to wina brata jego rodzonego.  Tenże najdroższego mego wywiózł razu pewnego w pobliskie góry i rowerem po zboczach przegnał.  I złapało.  Wrócili - jeden bez telefonu (ten mój) drugi bez dowodu - ale szczęśliwi :)
A niech się chłopak wyszumi - tyle jego.  Jeśli tak mają się objawiać początki męskiego kryzysu wieku średniego to ja jestem za.  Lepszy nowy rower niż nowa nie-żona ;)
W piątek zabrał mnie ze sobą.  I FAJNIE BYŁO !  Ale ze mnie DURNA PAŁA.  A mówiła rodzina (pozdrawiam;), że fajnie tak pojechać, że takie super tereny tu mamy i w ogóle...  A ja się dziwowałam, że 150 kilometrów swoje rowery taszczą, żeby się u nas spocić i wrócić.  Zwracam honor;)
I tak, idąc za ciosem w sobotę śmignęliśmy nad pobliskie jezioro a w niedzielę dodatkowo wokół niego: bite 30 kilometrów :)
Przy okazji w temacie owego jeziora: jest zagraniczne, niemieckie.  Parę lat temu jeszcze go nie było, ale zachciało się Niemcom kurortu to se zrobili...  I to nie jakieś w kij pierdział - 15 kilometrów po obwodzie z asfalcikiem dookoła, ławeczkami, drzewkami, toy-toyami i białym piaseczkiem na plaży!  Ja nie mogę, jaki naród.
Od domu do Niemców mamy z kilometr.  Sama nie wiem szczęście to czy pech.  Niby rzut beretem do innego świata: pięknie, spokojnie, kolorowo i kulturalnie...  A jednak za każdym razem jak przekraczam granicę doła łapię okrutnego: kontrast wschód-zachód rozwala mnie totalnie.  Jasne, jasne - mamy piękną dziką przyrodę, góry, morze, słowiańską fantazję i te inne duperele.  Za to ONI mają po pracy czas wolny i kupę kasy, żeby coś z tym zrobić.  Zaczyna się łykend i po naszej stronie wszyscy walą do hipermarketów a potem na gryla.  W tym samym czasie w "enerefie" całe rodziny wsiadają na rowery, rolki, hulajnogi czy motolotnie i heja na łono...  Wszystkie sklepy zamknięte a jakoś żyją - dziwolągi ;)
Zazdroszczę im, aż boli.  Dobija mnie fakt, że takiej mentalności nasz naród chyba nigdy nie wypracuje.  U nas przydałby się jakiś wielki zbiorowy reset i wtedy od nowa, od podstaw można by zadziałać - na przykład psy nauczyć, żeby nie waliły gdzie popadnie.  Niemieckie jakoś to ogarnęły a w pampersach nie chodzą.  W każdym razie nie zauważyłam...
Ech...
Ale rower fajna rzecz.  I chyba zacznę swojego częściej używać.  A poza tym zapragnęło mi się pięknej stylowej holenderki.  A co?  Autem NIE BĘDĘ jeździć.  I już.  A wolność i swoboda mi się marzy - żeby tak na zakupy czy do pracy bez proszenia się i bez łaski...  Góral nie to samo.   Ja chcę, żeby było pięknie, retro i najlepiej pastelowo...








czwartek, 27 marca 2014

Francuskie pierożki ze szpinakiem, rozmarynem i czarnuszką

Co normalnie robisz kiedy umierasz z głodu a masz niecałe 60 minut pomiędzy powrotem z pracy a treningiem czteroletniej nadziei piłkarskiej tego kraju..?  Bo ja się miotam.  Z reguły.  Ale wczoraj tak się zorganizowałam, że w tym ograniczonym "międzyczasie" ugotowałam obiad dla Ziuty i wyczarowałam pierożki dla siebie i Pana Ojca.  Dla Ziuty oczywista też, ale nasz francuski piesek nie tyka takich wynalazków...

F r a n c u s k i e    p i e r o ż k i
z e    s z p i n a k i e m,    r o z m a r y n e m     i    c z a r n u s z k ą

Składniki:

arkusz ciasta francuskiego
1 jajko + do posmarowania
szpinak w liściach (1 opakowanie)
mały kubek jogurtu naturalnego
1 łyżka mąki pełnoziarnistej
3 ząbki czosnku
1 łyżka oleju
świeży rozmaryn
starty ser Percorino do smaku
sól i pieprz
czarnuszka do posypania

Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy umyty szpinak.  Podgrzewamy aż ilość szpinaku "zredukuje się" o połowę.  Dodajemy rozgniecione ząbki czosnku oraz wymieszane jajko, jogurt i mąkę i gotujemy mieszając.  Dodajemy sól, pieprz i rozmaryn.  Na koniec dosypujemy około 2 łyżek startego Pecorino - do smaku.

Arkusz ciasta francuskiego rozwijamy, kroimy w kwadraty, na każdy kładziemy farsz i składamy w koperty.  Smarujemy jajkiem, posypujemy czarnuszką i pieczemy około 20 minut w 220 stopniach (do zezłocenia).

Świetnie nadają się na lanczyk albo przekąskę do pracy ;)








wtorek, 25 marca 2014

Banany w gorzkiej czekoladzie

Się wczoraj zdeklarowałam i jest:
Szybkie, łatwe, pyszne, efektowne - C U D O !

Opis: kroimy w dość grube plastry ze trzy banany, rozpuszczamy 300 gr (3 tabliczki;) gorzkiej czekolady w kąpieli wodnej i kroimy na mniejsze cząstki ulubione bakalie.  U mnie poszły: wiórki i cząstki kokosowe, suszone mango, orzechy cashew i mielone migdały.  I teraz na przygotowaną wcześniej tackę/ruszt wyłożony papierem do pieczenia wykładamy uciaprane czekoladą plastry banana i posypujemy bakaliami.  Wstawiamy do lodówki do stężenia, następnie przekładamy do pojemnika (najlepiej każdą osobno np. w papilotkach), który szczelnie zamykamy i mrozimy.  Po nocy (lub kilku godzinach) wyciągamy do rozmrożenia i likwidujemy systematycznie.  Uwaga: silnie uzależniające!

Miałam nie mówić, żeby była niespodzianka, ale nie wytrzymam: jak się banan porządnie zmrozi a potem dokładnie rozmrozi to wewnątrz czekolady będzie rozpływające się "nadzienie" bananowe - hmmmm poezja....

Teraz słowo do dziewczyn z pracy: nie przejadajcie, pasa dzisiaj przyciśnijcie, żeby jutro ze spokojnym sumieniem i uśmiechem na twarzach wchłonąć milion kalorii... :)

I - jak mawia Ziuta - nara, widzimy się zara!












poniedziałek, 24 marca 2014

Wiosna, spóźniony refleks i kanciapa Ziuty

Ostatni post był moim setnym!
Tak mnie ten news przytkał, że na cały weekend doznałam blokady twórczej.
Poza tym wiosna przyszła i aż żal było w domu przy biurku siedzieć.  A wifi nasze do ogródka niestety nie sięga;)
Dodatkowo końcówka tygodnia i weekend były u mnie mocno pracowite: w czwartek szykowałam zestaw przekąsek do pracy na wiosenny kiermasz zdrowej żywności.  Poszłam w zdrowe słodycze;)  Żeby było szybko, smacznie i efektownie napiekłam ciasteczek owsianych z tego przepisu oraz narobiłam genialnych bananowych cosiów, które w takim tempie się rozeszły, że nie zdążyłam ich na zdjęciu uwiecznić...  Postanowiłam zatem zrobić je ponownie i koniecznie wrzucić na bloga - niebawem;)
Coś ostatnio nie nadążam.  Albo ja zwolniłam albo reszta na speedzie wali - chcę zrobić pięć rzeczy na raz i g...uzik z tego wychodzi...
Dzisiaj pognałam do domu (zahaczając o rynek) z mocnym postanowieniem obiadowym: puree z batatów na rukoli plus kawałki fety marynowane w oleju z pestek dyni i ziołach - poezja.
Wszystko dobrze poszło poza synchronizacją - jak już przyrządziłam, nałożyłam, zadbałam o efektowną prezentację i szłam właśnie dłonie z batatowych resztek otrzeć przed foto sesją - wpadł Pan Domu na półgodzinną przerwę między zajęciami, na którą zwykle zaszywał się przeszczęśliwy przed komputerem w zaciszu swego zakładowego gabinetu.  Jednak dziś wiedziony jakimś dodatkowym zmysłem (pewnie węchu) wpadł do domu i wchłonął wszystko na swojej drodze...
Także ten... było ładnie, było smacznie i tyle Wam musi wystarczyć ;)

Skoro zatem kulinary nie wypaliły, to pokażę Wam dzisiaj "Kanciapę Ziuty".
Najpierw muszę się do czegoś przyznać: Ziuta, moja czteroipółletnia mała kobietka, CIĄGLE ŚPI NA DOSTAWCE.  Do naszego nie-małżeńskiego łoża.  Mimo tego, że posiada SWÓJ POKÓJ.  A w nim SWOJE ŁÓŻKO.  I miliony książek.  I tony zabawek.  I stosy bloków.  I hektolitry farb.  I w ogóle wszystko czego kiedykolwiek jakakolwiek mała baba może zapragnąć.
To moja wina.
No przecież ona się ciągle w nocy rozkopuje.  I stale jest przeziębiona.  I może z wyra zlecieć bo się wierci jak nakręcona.  I może się jej coś durnego przyśnić i wtedy zacznie płakać (właściwie to się jeszcze nie zdarzyło, ale przecież może).  A jak zachce siku to może nie zdążyć.  I tak dalej...
Mogę znaleźć jeszcze ze trzydzieści innych powodów, ale po co.  Chodzi tylko o to, żeby dalej rano otwierała swoje wielkie ślipia i mówiła 3 centymetry od mojej twarzy: "Mamo, wstajesz?  No wstawaj bo mi się nudzi..." i ładowała swoje prawie 20 kilo centralnie na mój brzuch, ewentualnie nadwyrężony ciążą kręgosłup, ewentualnie na analogiczne elementy swego ojca.
Ktoś (kto??) musi wreszcie odciąć pępowinę - bo ja nie umiem...
Robiłam już podejścia - ze dwa razy przemeblowywałam jej pokój; raz całość przemalowałam, łącznie ze stempelkowaniem jednej całej ściany w grochy; dostała meble na wypasie (jak dla czterolatki) podczas gdy jej matka rodzona w pacholęctwie musiała się zadowolić połową łóżka i papierowo-dyktową pseudo ścianką działową, która wydzielała 2 metry kwadratowe "własnego kąta".  A Ziuta ma swoje łóżko z barankami, swoją pościel w las i zwierzaki, swoje biurko, półki, zasłonki, szafę z wieszakami (!) i wszystkie te niezbędne duperele.  No i ma biedna niedojrzałą do rozłąki matkę.
Ale obiecałam sobie, że jak się wreszcie cieplej zrobi i w jej pokoju przestanie tak "ciągnąć" to już nie ma odwrotu - eksmisja z sypialni.
Taaaa...








środa, 19 marca 2014

Bajzel

Trafiłam jakiś czas temu na bloga wegrochy gdzie bardzo do gustu przypadła mi idea foto-wyzwań.  Zapaliłam się słomianym ogniem na jedno szczególnie dla mnie fajne - trzeba było pokazać na zdjęciu zawartość damskiej torby/torebki.  Suuuper temat - a jakie pole do popisu ;)
Niestety, jak to ja, gdzieś w chaosie codzienności zupełnie o tym zapomniałam.  Termin minął i - jak zwykł mawiać mój najdroższy w podobnych sytuacjach - zesrał się gołąbek...
Dzisiaj - znów przypadkiem - wylądowałam na tym samym blogu i znowu złapałam przynętę.  Tym razem postanowiłam rzutem na taśmę wziąć udział w wyzwaniu "biurko".
I żeby kolejny raz nie zawalić z miejsca się ogarnęłam  i zadziałałam.  Proces od pomysłu do realizacji potrwał około pół godziny.

Ladies and gentlemen, oto mój bajzel - tadam tadam:






Nie dajcie się zwieść - trochę tu "polukrowałam".  Normalnie tonę w papierach, ołówkach/ długopisach, kabelkach i kubkach po kawie/kieliszkach po winie;)  Zwykle na kupie wszystkiego leży też aparat a drogę dojścia tarasuje statyw.  Na zdjęciu nie widać też, Bogu dzięki, kurzu;)
Ale bajzel jest TYLKO MÓJ i za nic nie dam się stąd wygryźć.  Na szczęście dosłownie tydzień temu urwałam chwilę będąc w delegacji i nabyłam widoczny na zdjęciu powyżej regalik - w ten sposób z widoku zniknęła cała masa wszystkiego.  Niby małe draństwo a w cholerę pojemne :)
Moje stanowisko ma jednak swoją wadę: lokalizacja.  Zajmuje jeden z kątów pomieszczenia, w którym jemy, gotujemy, bawimy się z Ziutą, rozwiązujemy poważne życiowe problemiszcza albo zaśmiewamy się do bólu.  Dlatego rzadkie i cenne są chwile, w który człowiek może się skupić lub chociaż moment w CISZY posiedzieć.  No i do lodówki stanowczo za blisko;)

Do foto-wyzwania przystępuję z pewną taką nieśmiałością: moja przygoda z fotografowaniem to całkiem świeża sprawa (dopiero od jakichś czterech miesięcy mam mgliste pojęcie gdzie się pstryka w aparacie ;) a takich wnętrzarsko - lifestylowych fotek jeszcze nie próbowałam robić.  Ale wyzbyłam się wielu fotograficznych zahamowań kiedy to normalnie oszczędny w pochwałach i w ogóle słowach Pan Mentor zajrzał mi dziś przez ramię i oświadczył co następuje:
-No, no, wręcz mi się podoba...
;)

wtorek, 18 marca 2014

Bruschetta czyli odreagowanie pokoleniowego gapa

Muszę się Wam do czegoś przyznać - mam taki wstydliwy sekret: pracuję w Gimnazjum....
Nie zamierzałam swojego życia zawodowego mieszać z blogosferą, ale specyfika zawodu nie pozwala na całkowite rozdzielenie dwóch tak ważnych sfer mojego życia.
A i nie ma się czym chwalić.  W towarzystwie przyznać się do takiej pracy to jak oświadczyć z uśmiechem na twarzy, że od lat praktykuje się alkoholizm...  A jeszcze jak wyjdzie, że w gimnazjum - to mamy temat przewodni całej imprezy.  Przecież taka ta młodzież teraz.  A od szkoły do polityki to już rzut beretem...  Dlatego belfry najlepiej bawią się we własnym popapranym gronie ;)
Aaaa, i jeszcze mój najdroższy i ja pracujemy RAZEM!  I przedmiot jednakowy wykładamy!!
Wyobrażacie to sobie..?

Ale ja to lubię.  Pracę, znaczy się.  Sporo stresu, średnia satysfakcja finansowa, ale zarazem dużo swobody i masa pola do popisu jeśli jesteś kreatywny i dysponujesz jakąkolwiek energią (najlepiej pozytywną;)
Poza tym, nastolaty są fajne.  Z reguły bystre.  A czasem nawet bardzo inteligentne i zabawne.  A czasem rozbrajające.
A czasem tak biedne albo przez życie poturbowane, że aż człowiekiem z wściekłości i niemocy zatrzęsie...
Bywają też źródłem niezłego doła - na przykład dzisiaj.
Dwie fajne, inteligentne i poukładane pierwszoklasistki zapragnęły w przerwie podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi kwestii zasadniczych a mianowicie co jest a co nie jest cool.

- No i, wie Pani, a jedni to na fejsie hashtagują wszystkie słowa bo myślą, że wtedy są bardziej cool!
- Yyyyy.... (to moja kwestia)
- Albo se robią takie słitfocie co godzinę, że ojej patrzcie jem makaron i wrzucają to na insta.  Żenada...
- Nooo...
- A na takim Tamblerze, to jakieś blogi są, Pani wejdzie i se zobaczy jakie tam głupoty piszą!  Ha, ha!
- Eeee....
I tak laski w 10 sekund z błotem zmieszały moje najbliższe targety...
A ja się łudziłam, że jak już wreszcie zakumałam co to jest ten HTML i ramki wokół zdjęć usunęłam to teraz rządzę...  I jak sobie takie małe obrazeczki w bloga wrzuciłam, które jak je kliknę, to mnie przeniosą na wszystkie moje przepisy albo nawet diajłaje, to już większego wymiatacza nie uświadczysz...  Gupia!

I jest dół.
A na doła najlepsze żarełko.
No to już:







B r u s c h e t t a
z    m o z a r e l l ą    p o m i d o r a m i     i    z i e l e n i n ą

Kromki pieczywa typu bruschetta ugrilować, potrzeć każdą ząbkiem czosnku, nałożyć rukoli, pokrojonych pomidorków koktajlowych i poszarpanej mozarelli, skropić oliwą, posolić, popieprzyć i posypać ulubionymi świeżymi ziołami (u mnie oregano;).


P.S. Pisanie tego posta zajęło mi ponad godzinę.  Nie jestem analfabetką.  Tylko w trakcie wisiałam na telefonie z powodu jednej naszej nastoletniej gwiazdy: jest ósma wieczór a roztrzęsiony rodzic wydzwania i histeryzuje bo dziecina jeszcze ze szkoły nie wróciła...
Ja nie mogę...
Ziuta, córko moja najcudniejsza: jak mi kiedyś taki numer wywiniesz to nogi z dupy powyrywam!  Bóg mi świadkiem!

poniedziałek, 17 marca 2014

Torcik Babci Krysi i wielkie tyły

Ojej ojej, ale mam tyły...
Przez te nasze wirusy, bakterie, katary i zatoki z rytmu wypadłam zupełnie.  Za to w pracy nadrobiłam;)  Do zarazków domowych mi się nie spieszyło to sobie siedziałam po godzinach i dziobałam.  Zaczynam wiosnę w kościach odczuwać.  Jakoś jakby energii nieco więcej, pomysły lepsze, jedzenia mniej... Właśnie, blog z założenia miał mi posłużyć do odpędzenia jesiennej deprechy.  Tu, owszem, swą rolę wypełnił.  Jednakowoż na linię moją (w sensie figurę, sylwetkę, kształt) zadziałał zgoła destrukcyjnie.  Godziny wysiedziane przed monitorem wpływają na rozmiar mego tyłka bezpośrednio i geometrycznie...
I tu deklaracja numero uno:  KONIEC ŻARCIA.
Dla jasności - nie rzucam definitywnie i per se.  Wyrzekam się jedynie obżarstwa, podgryzania, przekąszania, zajadania stresu i wtryniania na maksa po przyjściu z pracy...
Zawsze to coś.
Stawiam na pięć posiłków, zdrowy lanczyk do pracy, więcej ruchu (matko, kiedyś to się człowiek ruszał a teraz - tylko do roboty, marketu i przychodni...), zero cukru (tu się jeszcze waham czy cyfry nie zmienić), litry wody (nie lubię, cholera, ale co Pan zrobisz) i minimum nabiału.
Tak sobie wymyśliłam.
Zobaczymy co życie przyniesie;)
A na huczne zakończenie okresu beztroskiego wcinania - Torcik Babci Krysi.
Zrobiony w sobotę według wcześniejszego przepisu na Tort Heleny o smaku mango-kokos-Malibu, przystrojony i skonsumowany wspólnymi siłami wczoraj wczesnym popołudniem na imienino-urodzinach Babci Krysi (znaczy się Mamusi).
No jak tu nie zjeść, no jak..?







wtorek, 11 marca 2014

Serowe placuszki z karmelizowaną borówką i broń biologiczna...

Smarkam.  Kicham.  Kaszlę.
To już chyba koniec...
Większość czasu gdzieś od piątku spędzam tępo patrząc przed siebie i wymyślając jaka to śmiertelna choroba mnie dopadła.
Chyba się domyślam.  Mnie i Pana Ojca zaatakowała broń masowego rażenia: Z.I.U.T.A.
Podsmarkuje sobie to pozornie niewinne dziecię o błękitnym spojrzeniu to tu to tam już drugi tydzień a my umieramy...
I podczas gdy Tatusiek Duduś Niuniuś siedzi sobie komfortowo w miłym i przytulnym domciu i "się opiekuje" ja zaiwaniam z czerwoną opuchniętą trąbą do roboty, ze skwaszoną miną i nastawieniem, że lepiej nie podchodź.
Skupić się na niczym nie da, wszyscy dookoła  wku...wiają na maksa (dla jasności - jedni Bogu ducha winni a inni już tak mają;), robota leży i zaległości rosną.  Faktycznie, po trzydziestce to już jakaś pieprzona równia pochyła: wszystko się psuć zaczyna.  A mi nawet bliżej niż dalej do czterdziechy - to już w ogóle chyba się położę i będę czekać.
Nawet najbliżsi zawiedli.
Siedzisz, narzekasz, że słaba jesteś, że siły na nic nie masz a tu ci "życzliwy", było nie było najważniejszy facet w twoim życiu odparuje "A gadać to jakoś możesz..."

Eeee, tak tylko sobie marudzę.  Normalnie to raczej zadowolona z życia jestem ;)

Aaa, jeszcze przez to osłabienie pamięć mi szwankuje: już drugą foto-sesję do konkursu "Śniadanie z Tymbarkiem" w międzyczasie zrobiłam  - w obu zapomniałam o głównym sponsorze.  Warunek jest jeden - na zdjęciu ma się pojawić sok 100%.  I ja tego właśnie warunku już po dwakroć nie spełniłam.  Chyba będę musiała te soki w PSie dokleić, albo jakoś dorysuję czy coś...

A takim pysznym cusiem chciałam zasunąć:







S e r o w e    p l a c u s z k i
z    k a r m e l i z o w a n ą    b o r ó w k ą

Placuszki:

1 jajko
3/4 szklanki mąki
3/4 szklanki mleka
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
2 łyżki oleju
5-6 dużych łyżek twarogu

Wymieszać dokładnie i smażyć na złoto z obu stron (ja natłuszczam patelnię tylko za pierwszym razem i jakoś daje radę;)

Karmelizowane borówki amerykańskie:

filiżanka borówki amerykańskiej
2 łyżki masła
2 łyżki ciemnego cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
łyżeczka skórki cytrynowej

Rozpuścić masło, dodać cukier, cynamon i skórkę, dokładnie wymieszać i dodać borówki.  Podgrzewać delikatnie mieszając około 5 minut.  Borówki rozmiękną a sos nabierze szklistości.  
Wylać na placuszki i pałaszować!