piątek, 14 lutego 2014

Do d..y z takim świętem... (plus sernik i scones na warzywnym gulaszu)

Jeszcze wczoraj do nocy szyłam serducha, żeby romantyczna Ziuta mogła wręczyć każdemu przedszkolakowi.  Rano pobudka 7.05 (mimo, że zwolnienie mam - powinnam się wybyczyć).  I po co?  Żeby się dowiedzieć, że przedszkole dziś ZAMKNIĘTE, bo wszystkie przedszkolaki L4 se wzięły...
Jak już wstałam, to pomyślałam, że napiekę naleśników.  Walenty do pracy pospieszył, to chociaż dla Ziuty narobię.  Na bogato, z kawałkami czekolady, posypane pudrem różanym (małe laski lubią takie bajery ;).
Po drodze przypomniałam sobie, że wyżej wymienione serduszka spowodowały, że wczoraj padłam na twarz (żeby nie powiedzieć pysk) i nie napiekłam blacików do Walentynkowego serdniczka.
No to jazda.
Zaczyniłam również podstawę do scones, gdyż zaplanowałam upiec je na czymś w rodzaju leczo - nie jest to może super - romantik, ale tak lubimy :)
W trakcie bacznie obserwowałam telefon - wczoraj wzięłam udział w konkursie na Westwing bo do wygrania był pistacjowy Kitchen Aid (!!!).  Użyłam hipnozy, afirmacji, gróźb, rzucania mięsem - nic nie podziałało.  Mieli zadzwonić między dwunastą a pierwszą - nie zadzwonili.  I dupa.
Na dodatek podjęłam próbę zarezerwowania biletu kolejowego dla mamy (na marzec), ponieważ postanowiła odwiedzić Kołobrzeg wiosną...  I tu z kolei telefon dzwonił i dzwonił ;)
Słowo daję, około pierwszej musiałam wyglądać jak hinduska bogini Kali - ta z masą rąk - z tą różnicą, że ja nie wiedziałam w co je włożyć...
Pan Ojciec przyszedł, kwiaty wręczył, po czym wyszedł.  Na chwilę.  W międzyczasie z młodą umówił się na kino.  Chrzanię to, nie idę.  Jeszcze nie ma drugiej a ja ledwo żyję.
Wściek na siebie samą zaczął mnie ogarniać.  Na cholerę ja tyle roboty sobie przysporzyłam..??
Na szczęście wszystko wyszło.
:)

A Walentynki..?  Eeee tam.
Fakt, czasem czuję mały niedosyt.  Nie wiem czego - romantyzmu, celebrowania tego wspólnego "bycia". Mamy taki 100% związek partnerski: na kocią łapę, znaczy się.  Tak zdecydowaliśmy i tak jest nam dobrze. Czasem żyjemy jak pies z kotem, czasem bardziej jak Tom i Jerry, ale większość czasu jest fajnie.  Może dlatego, że oboje mamy poczucie humoru.  A R. dodatkowo duuużo cierpliwości.  Bo życie ze mną bez tego jest niemożliwe ;)  Jestem nerwusem, choleryczką, awanturnicą i złośnicą.  I jeszcze hipochondryczką i panikarą.  No i co.
On jest uparty jak osioł, marudny i przemądrzały jak diabli.  I co z tego.
Dobrze nam razem.  Są takie dni, że jak załapiemy głupawkę, to rechoczemy ze wszystkiego jak leci.
Mamy wspólne tematy, różne rzeczy robimy razem, dużo innych osobno.
Mówiłam już, że pracujemy razem..?
Niezła jazda ;)
Najbardziej fantastyczne i niezrozumiałe dla mnie jest to, że nie wiedzieć czemu jakiś obcy człowiek staje się stopniowo dzień po dniu najważniejszą osobą w Twoim życiu.  A potem pojawiają się młode i już nie potrafisz sobie wyobrazić jak w ogóle mogłaś żyć wcześniej.  Osobno?  Jakaś totalna abstrakcja...

I chociaż czasem mam ochotę wyjść na balkon i wrzeszczeć, albo trzasnąć drzwiami i uciec - bardzo lubię swoje życie.  I fajny jesteś gościu*
*Żebyś tak jeszcze częściej podłogę umył i plastiki wyniósł...;)) Hehe...

I oto chodzi w tym święcie: pozytywne uczucia.





S c o n e s 
p i e c z o n e    n a    g u l a s z u     w a r z y w n y m

Ciasto:

1/2 kg mąki
2 łyżeczki sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
75 gr masła
2 łyżeczki cukru
300 ml maślanki
1 jajko do posmarowania

Wszystko wymieszać i zagnieść ciasto.  Rozbić na placek o grubości 4 cm i wycinać "ciastka" foremką o średnicy ok.6cm.  Posmarować rozkłóconym jajkiem.

Gulasz warzywny

Ja robię tak: podsmażam cebulkę i czosnek, dodaję paprykę, cukinię i pomidory (mogą być z puszki). Przesmażam z ziołami (pietruszka zielona, bazylia, szałwia) i ulubionymi przyprawami.
Wylewam do foremki, na to wykładam dosyć gęsto scones i piekę w 220 stopniach około 20 minut.




A dla Was, kobitki, które do mnie zaglądacie i humor mi każdego dnia poprawiacie swoimi wpisami mam takie oto wielkie serducho!
Częstować się, ale już! 
:)


Przepis na 

S e r n i k   m i o d o w y   o b l a n y   c z e k o l a d ą

Blaciki:

1/2 kg mąki pszennej lub pełnoziarnstej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki miodu
3 łyżki mleka kokosowego
5 łyżek zimnej wody

Mąkę, proszek i olej posiekać.  Dodać miód, mleko i wodę i zagnieść ciasto.  Najlepiej włożyć na kilka godzin do lodówki (ja nie miałam czasu).  Rozwałkować cieniuteńko i wykrawać foremką pożądany kształt (powinno wyjść 6-7 blacików).  Upiec w 150 stopniach po 10 minut każdy.

Masa:

1 kg sera na sernik
3/4 szklanki cukru
3/4 kostki masła
2 jajka
1 budyń śmietankowy (rozpuszczony w 5 łyżkach mleka)

Rozpuścić w rondlu masło z cukrem, dodać ser, jaja i budyń.  Zagotować.  Trzymać na ogniu jeszcze minutę od zagotowania.  Lekko wystudzić, żeby stężało.

Przekładać blaciki masą, oblać rozpuszczoną gorzką czekoladą i schłodzić.  Najlepsze po kilku godzinach, kiedy twarde placki nasiąkną masą :)

7 komentarzy:

  1. kochana twój mąż nie mąż takiego skarbu nie puści nigdy ,a na pewno nie przez dwadzieścia najbliższych lat ...na więcej gwarancji Ci nie daję bo jeszcze nie przeżyłam tego 21 roku razem ......a mówię z autopsji ... bo wiesz tak na marginesie dodam iż okazuje się ,że ja też nerwus jestem łamany przez hipochondryka i panikarza :)))i zawsze ale to zawsze zamieniam się w tę wieloręką przed jakimiś świętami....:)))))) buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. :))) Tyle, że ja nie wiem ile ja tak wytrzymam... Bo oprócz wszystkich wyżej wymienionych "zalet" jestem też niecierpliwa;)) U nas jakieś 10 lat będzie - ale w domu i pracy - to chyba liczy się podwójnie, nie..? Pozdrawiam Cię cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja sobie ukroję taki kawał owszem-owszem, tego serniczka :))) I widać, że jak padasz na pysk, to i tak czerpiesz energię z kosmosu!!!!! buziaki-gumiaki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeny, ile smakowitych zdjęć! Taka konkubina to prawdziwy skarb :) a to tylko aspekt gastronomiczny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Sylwia: nie wiem skąd ja czerpię - może z otoczenia wysysam jak dementor;))) Pozdrowienia!!
    Asia: Konkubina brzmi jakoś tak jak z konik krymianlnych... my mówimy do siebie nawzajem : dziad i baba:)))

    OdpowiedzUsuń
  6. O matko, ile Ty tego narobiłaś!!! Niesamowita jesteś! Życie - chcesz czasami uciec, ale zaraz chcesz wracać; chcesz krzyczeć, ale zaraz przeprosisz wszystkich, że się darłaś... fajne to życie, mnie się podoba!

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie też...:))) No urobiłam się po łokcie zamiast leżeć, pachnieć i oczekiwać komplementów;) Ale warto było. Chociaż dla zdjęć;)) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń