piątek, 28 lutego 2014

I znowu koktajl..

Lubię to robię.
Idzie wiosna i witamin trzeba, czegoś lekkiego chce się po zimie (i tłustym czwartku), kolorów brakuje - a koktajl rozwiąże większość z tych problemów.
Koktajle są łatwe, szybkie, kolorowe i smaczne.  I zdrowe.
I można udawać, że to takie rozpuszczone lody - na Ziutę działa;)
I jeszcze można je pić przez kolorowe słomki i ozdabiać parasolkami.
No nie wierzę, żeby wobec tylu argumentów ktoś jeszcze nie był do końca przekonany...

K o k t a j l     z e     w s z y s t k i e g o

2 mrożone banany w plasterkach
garść mrożonych truskawek
kawałki mango
kawałki ananasa
jogurt naturalny
(odrobina wanilii)

Miksujemy.  Miksujemy.  Nalewamy i sączymy :)



czwartek, 27 lutego 2014

Ścienna dekoracja vel wiosenna stylówa Ziuty

Rytmiczne odgłosy z oddali...
"Trzepiesz, najdroższy?"
"Yhy..."
"To trzep, trzep..."
Porządki, porządki...  A co myśleliście?
Zniknęłam gdyż wsiąkłam.  W brudy i kurze.  By się człowiek nawet nie spodziewał, że dom z pozoru zadbany tak brudem może zaróść...;)
Słońce zaświeci i wszelkie niedoróbki na wierch wylezo...
Przy okazji kolejne "ostatnie" świąteczno-zimowe bajery do worka powędrowały (jakieś wianki, jakieś gwiazdki i takie tam różne).  A jak już tak wszystko na moment ogołociłam to wytrzymać w tej łysości nie mogłam i w 10 minut nowe "cuś" zrobiłam :)

Potrzebne:

Papilotki - lepsze te sztywniejsze
świąteczne lampki choinkowe
nożyk
10 minut (max)

Większość tego czasu zajęło mi ganianie za Ziutą bo dekorację zaanektowała i postanowiła do swoich wiosennych ałtfitów dołączyć.

Po zdjęciach chyba widać co i jak to rozwodzić się nie będę (póki co, he he)...





- Ziuta, pomóż, no zróbże jakąś fajną minę, co?
- Taką?
 - Lepiej nie, bo nam cię odbiorą...


wtorek, 25 lutego 2014

Cieciorka-snack

Mniam.  Po prostu.
Podgryzacie czasem (zawsze) przy książce/filmie?  Bo ja tak.  Dawniej prażyłam sobie słonecznik, dynię, orkisz - co tam w szafce było.  Ostatnio się zaciecierzyłam i kombinuję.
No i wykombinowałam, że jak się namoczoną przez noc cieciorkę upraży w ziołach - będzie chrupać jak orzeszki !

Ja dodałam łyżkę oliwy, paprykę ostrą i słodką, suszone zioła prowansalskie i sól.  Prażyłam w 180 stopniach do zezłocenia.  Uwaga: łatwo się przypala - wtedy jest gorzka i niezdrowa...




poniedziałek, 24 lutego 2014

Pieczone pierogi z soczewicą czyli galopujący Wegetarianizm

Kolejna potrawa z cyklu "mieszu, mieszu, tego dodam i tamtego - ciekawe co wyjdzie..."
Mam taka magiczną maszynkę, która w kuchni robi wszystko.  Ma jeden minus - nie wygląda.  Ale za to mieli, gotuje, ciasto wyrobi, sieka, miksuje i podłogę zmyje.
Żartowałam.
Ale jak do niej orzechów laskowych, migdałów, cieciorki i płatków owsianych nasypałam - mąkę mi zrobiła.
Taki kulinarny eksperyment sobie wymyśliłam.  Potem otrzymaną miksturę zmieszałam z mąką kukurydzianą i mam teraz wartościową mieszankę na placki i pieczone pierogi.  I licho wie co jeszcze.
Jest wyjątkowa i unikatowa.  Tym bardziej, że nie pamiętam proporcji - na oślep sypałam.  Tak po garści każdego.
Zrobiłam już z niej placki warzywne - dodałam posiekaną marchew, seler i cukinię (plus 2 jaja, ulubione przyprawy i szczypta sody) i usmażyłam na złoto, a ostatnio posłużyła do wyrobu pierożków z soczewicą.
Oczywiście zwykła mąka też będzie dobra, ale po co łatwiej jak można trudniej ;)


P i e r o ż k i    z    s o c z e w i c ą

Składniki na ciasto:

500 gr mąki (lub mojej tajnej mieszanki - wkrótce w sklepach;))
50 gr świeżych drożdży
szczypta soli
1 szklanka ciepłej wody (około)

Składniki farszu:

1,5 szklanki ugotowanej soczewicy (ugotowałam całą paczkę - reszta przyda się do zupy z soczewicy)
1 starta marchew
1 cebula
kilka ząbków czosnku
2 łyżki oliwy
przyprawy

Mąkę, drożdże i sól mieszamy, powoli dolewamy ciepłej wody wyrabiając ciasto.  Odstawiamy na około godzinę do wyrośnięcia (w ciepłym miejscu przykryte lnianą ściereczką).
Na sporej patelni podgrzewamy oliwę, podsmażamy posiekaną cebulę z czosnkiem i dodajemy soczewicę i marchew.  Chwilę podgrzewamy mieszając.
Ciasto rozwałkowujemy, wycinamy szklanką koła, nakładamy farszu i zlepiamy w pierogi.  Można zwilżyć wodą brzegi, żeby się lepiej lepiły.
Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.  Żeby się zarumieniły - ja piekłam około 40 minut.  Myślę, że pierogom ze zwykłej mąki pszennej wystarczy ze 20 minut.

Do pierożków zrobiłam sos czosnkowy jaki za młodu (jakieś 5 lat temu) dostawaliśmy do cudnej pizzy w fantastycznej pizzerii Maskovka w czeskim Libercu.  Na weekendy robiliśmy sobie takie małe wypady narciarskie albo aqua-parkowe i po wygibasach zawsze kończyliśmy w tym samym miejscu.  Między innymi właśnie z powodu pizzy z sosem czosnkowym.  I czeskiego piwa.

Kiedyś to się jeździło, nie to co teraz - do Lidla i z powrotem ;)

Wracając do sosu - banał:  3/4 szklanki oliwy i główka startego czosnku.  Po odstaniu nadaje się do pizzy, pierogów, bagietek, sałatek - no do wszystkiego prawie.  Do deserów nie próbowałam.

Smacznego!




Ten przepis został zgłoszony do akcji: Warzywa Strączkowe - edycja zimowa 2014

niedziela, 23 lutego 2014

Koktajl tropikalny z mleczka kokosowego i uroki macierzyństwa :)

Za nami pierwszy tydzień ferii, ale tuż za rogiem czai się drugi :)
Fajny był ten weekend.  Było zoo, była pierwsza wycieczka pociągiem (!), były przygody i smakołyki.  No i świetna pogoda - słonecznie, ciepło i wiosennie.  Ech, chce się żyć :)
Dziś trochę sobie "pofilozowałyśmy" z Ziutą.  O wiośnie i w ogóle.  Ja jej o kwiatkach kolorowych i pąkach kwitnących, o wiośnie szybkimi krokami nadchodzącej a ona mi na to "I wszystko się zmieni, wszystko się zmieni..." Ot, taka myślicielka :)
Pograłyśmy sobie trochę w piłę wśród ogródkowych przebiśniegów, na zjeżdżalni powylegiwały w słonku jak Filemon i Bonifacy, porysowały kolorową kredą wszystko w zasięgu wzroku... Fajnie było.
Lubię tą moją Ziutę.  Kocham ją - oczywista - miłością matczyną, taką kwoczą, taką, że mi pisklaka nie rusz.  Ale i lubię jako człowieka bo fajna jest okrutnie.  Ma glistka niezłe poczucie humoru, wszędzie jej pełno, lata w kółko od świtu do zmierzchu jak nakręcona, jak strzela focha to boki można zrywać...
Ja tak długo mogę, to raczej już skończę.  Nie zamierzam prowadzić bloga parentingowego ;)

Wracając do tematu, nektar kokosowy szybko fermentuje :)
Mleko ręcznie robione także.
Dlatego zgodnie z obietnicą łatwy

K o k t a j l    (p r a w i e)    t r o p i k a l n y

1/2 pokrojonego ananasa
2 banany
250 ml mleka kokosowego (domowego)
kawałki mango
nektar z kokosa (opcjonalnie)

Wszystko zmiksować dokładnie, przystroić "a la tropicana" i wypić świeże :)









sobota, 22 lutego 2014

Kokos... a to ja poproszę!

Przepadam.
Naprawdę.
Kiedy pojawiły się hamerykańskie batony w sklepie koło szkoły, wszyscy rzucili się na snikersy, tłiksy i milkiłeje a ja tylko Bounty i Bounty...
Czasem lubię sobie powyjadać wiórki z zapasów - taki wstydliwy sekret ;)  A kupne mleko kokosowe dodawałabym najchętniej do wszystkiego.
Pamiętam taką kokosową przygodę z dzieciństwa: dostaliśmy paczkę z "enerefu" a w środku - między innymi cudami - był właśnie kokos.  Trochę sobie poleżał, bo nie wiedzieliśmy co z nim zrobić.  Jednak ciekawość wzięła górę i zabrałyśmy się (znaczy mama) za niego.  Łoooo matko, nożem, tasakiem, śrubokrętem, młotkiem - wreszcie jakoś pękł, ale zbyt się urobiłyśmy, żeby to docenić.  Cała drogocenna "woda" się wylała była, a że nie miałyśmy pojęcia co ze środkiem zrobić to dzień po dniu zwyczajnie sobie go kroiłyśmy i wyjadały kawałek po kawałku.  Internetu wtedy nie było (!) - nie było gdzie po poradę się zwrócić.  A sąsiedzi w tym względzie też specjalnego doświadczenia nie posiadali...
W mym przekonaniu pozostał więc kokos na długo owocem niedostępnym i trudnym aczkolwiek pysznym i luksusowym.  Na szczęści były wiórki i batony...
Do niedawna.
Posiadam bowiem teraz internet; znam też jednego sprytnego i silnego faceta, który na dodatek dysponuje przeróżnymi narzędziami.
W "sklepie, który ceni jakość" zakupiliśmy zatem dwa kokosy i jazda.
Wystarczyła krótka wizyta w garażu, żeby kokosy wróciły rozłupane a i cenne mleczko przybyło w kubku nie na szmacie...

Po tak długim wstępie mogę wreszcie przejść do meritum, znaczy się: a)mleczka kokosowego i b)czekoladek z kokosowym nadzieniem.

M l e c z k o    k o k o s o w e

Miąższ kokosa siekamy lub miksujemy, zalewamy zagotowaną wodą (0,5 l na jednego kokosa - im mniej wody tym mleczko bogatsze;) i miksujemy około 1 minutę na najwyższych obrotach.  Potem wystarczy przestudzić i przelać do butelki.  W lodówce przechowywać do 2 dni - jak dacie radę;)
Stosować jak zwykłe mleko - tyle, że pyszniejsze i zdrowsze :)


C z e k o l a d k i    
z    n a d z i e n i e m    k o k o s o w y m

Składniki:

200 gr gorzkiej czekolady
35 gr świeżych wiórków z kokosa
2 łyżki cukru pudru trzcinowego
5 łyżek śmietanki 30 %
trochę alkoholu (opcjonalnie) np. rumu
foremki silikonowe do czekoladek

Czekoladę temperujemy (rozpuszczamy, studzimy, rozpuszczamy, studzimy - kilka razy), żeby była lśniąca i nie topiła się w palcach zbyt szybko.
Wiórki, cukier, alkohol, śmietankę łączymy i mieszamy.
Foremki smarujemy pędzelkiem maczanym w rozpuszczonej czekoladzie (cudowna robota), nakładamy w środek odrobinę nadzienia i znów zalewamy czekoladą.  Gdy napełnimy wszystkie wgłębienia kilkakrotnie uderzamy foremką o blat, żeby pozbyć się pęcherzyków powietrza.
Wstawiamy do lodówki do całkowitego stężenia (około godziny) i po tym czasie delikatnie wyjmujemy poszczególne czekoladki :)






P.S.  Jutro wykorzystamy resztę z kokosa, żeby się nie zepsuło, ok? ;)

czwartek, 20 lutego 2014

Wąż sentymentalny

Jak już wspominałam - mamy ferie.  Oboje.  No to przecież nie będziemy leżeć brzuchami do góry poddając się lenistwu i marazmowi...
Posprzątamy.
Żeby świecić przykładem - ja zaczęłam.  W poniedziałek przenicowałam wszystkie swoje "craftowe" szuflady.  Posegregowałam papiery, sznurki, kleje, brokaty, koraliki, dziurkacze, farby, tasiemki, nici, guziki - czego tam nie było...  No, głównie miejsca.  Ale po wszystkim wreszcie zapanował u mnie luz - dosłownie i w przenośni ;)
Moje szaleństwo okazało się zaraźliwe - kolejnego dnia (już wspólnie) zabraliśmy się za strych.  Tam to dopiero.
Jak człowiek mieszkał na 40 metrach w trzy osoby (no, dwie i pół ;) to jakoś wszystko się mieściło.  Teraz najwyraźniej w d...ch nam się poprzewracało.  Metraż mamy co najmniej dwa razy taki plus spory strych a nic nam się już nie mieści.  Poważnie się zastanawiam czy to zbieractwo nie stało się przypadkiem większym problemem...
To z "iścia na łatwiznę".  Zamiast rzetelnie przeglądać większość ciuchów po każdym sezonie wciskamy je do wora i wynosimy na górę.  To samo z zabawkami Ziuty.  A jako, że strych - z niewiadomych mi powodów - nie jest ocieplony, latem jest tam ze 60 stopni a zimą około 5.  Rzadko więc mam ochotę tam przesiadywać i reorganizować cokolwiek.
Ferie - to co innego.
Aura sprzyja, strasznie zimno nie jest, czapki, trampki i polary poubieraliśmy i heja!
Po około trzech godzinach mieliśmy trzy wory ciuchów dla PCK, kilka butów nie do pary (pokompletujemy inną razą) i wolną przestrzeń na strychu.
Czyli, że nowe - stare fanty znowu jest gdzie wynosić.
Jest jednak parę (dziesiąt) takich fatałaszków, których za Chiny Ludowe nie puszczę w obieg.  Ziutowe.  Maniunie, kolorowe i naładowane wspomnieniami :)
Część pochowałam i ponownie zachomikowałam na górze, ale kilka zostało - zbyt sfatygowanych, żeby komuś podarować a wyrzucić żal...
Wykorzystam - pomyślałam.  Jak zwykle.
Ale tym razem wykorzystałam.
Zużyłam sześć par starych Ziutowych legginsów, masę nici i sporo siarczystych wyrazów (moja maszyna NIE LUBI szyć dzianin i stretchu) i na szybko powstał długaśny wąż.  Z językiem - 323 cm miękkiego, kolorowego Węża Sentymentalnego :)

Robi się go bardzo łatwo: wystarczy porozcinać wszystkie nogawki na mniej - więcej równe prostokąty i najpierw zszyć je jeden za drugim a potem całość wzdłuż od razu zaszywając jeden koniec.  Ja - przemądra - zaszyłam ogon zamiast pyska z jęzorem, dlatego pysk ma wygląd raczej prowizoryczny.  Jednak późno było, w tajemnicy przed Ziutą kombinowałam więc na szybko i bez planu a na dodatek straszne rzeczy się w "M jak Miłość" działy i kątem oka non stop spoglądałam, żeby wątku zagmatwanego nie utracić... ;))  Potem już tylko wypchać czymś tam i zaszyć od drugiego końca.

Jeszcze dzisiaj próbowałam tu coś podszyć, tam pomasować (bo cellulit się temu wężu straszny wyhodował a wiosna przecież idzie) i ogólnie zakończyć.
Efekt osiągnięty - Ziuta wniebowzięta.  Jak jeszcze podkreśliłam, że cały jest z jej starych gaci - zachwytom nie było końca :))

Pierwsze gady za płoty.
Teraz już wiem i następnym razem zrobię lepiej.  Ale cel i pobudki zacne były i to się liczy.
No i maszynę na wypasie muszę sobie sprawić..;)



Małe tete a tete...

Szaleństwo...

Pierwsze fochy...



środa, 19 lutego 2014

Muffiny dla małych lasek

Ziuta miała odwiedziny.  Przedszkolna psiapsiółka się do niej zapowiedziała.  Jakoś się tam poumawiały, załatwiły to między sobą, stawiając nas przed faktem dokonanym.  Nie spodziewałam się, że ta samowolka zacznie się tak szybko...
No to co - no to tyłki w troki, Ziutę z rana do przedszkola a stare zamiast się byczyć na ferie - do roboty co by dzieciakowi obciachu nie narobić ;)  Licho wie, co te dwie wariatki wymyślą: a może pod łóżkiem się schowają - no to kurze trzeba wymieść; albo sikać na zawody parami będą - łazienkę wypucować muszę; do dziadków pewnie polecą - nie, no im sprzątania nie narzucę, tam zawsze czysto :) Głodne pewnie będą - co tu zrobić..?
Muffiny dla małych lasek zrobię!  A i stare pewnie skorzystają ;)
Jest taki jeden przepis Nigelli na muffiny, które zawsze wychodzą: są wilgotne, mięciutkie, bosko się kruszą (wszędzie!) i rozpływają w ustach...


M u f f i n y    d l a    m a ł y c h    l a s e k

Składniki:

150 gr mąki pszennej
100 gr mąki kukurydzianej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
150 gr cukru (ja daję trzcinowy, który dodatkowo mielę na drobniejszy)
125 ml oleju roślinnego
125 ml maślanki
1 jajko
100 gr borówek amerykańskich (dla starych)
garść chocolate chips/kawałków gorzkiej czekolady (dla małych lasek)

Suche składniki mieszamy w jednej misce a mokre i jajo w drugiej.  Łączymy wszystko krótko mieszając (ręcznie) i do połowy dodajemy borówki a do drugiej czekoladę.
Nakładamy w papilotki do 2/3 wysokości i pieczemy 15-20 minut w 200 stopniach.
Po upieczeniu wyjmujemy i zostawiamy na trochę na ruszcie, żeby "doszły" ;)

Mówimy, że to dla lasek, ale wcinamy ukradkiem...








wtorek, 18 lutego 2014

Ferie oraz 4-minutowe ciacho mocno czekoladowe

Aaaa, zapomniałam: mamy ferie!
Lubię, kiedy mamy je jako ostatni bo wtedy innym gul skacze kiedy my zaczynamy a oni kończą - wiem, bo nam w poprzednich latach skakał ;)
I co tu robić...
Śniegu brak, na nartach zjazdowych i tak ze sześć lat nie jeździliśmy - pewnie zardzewiały - ale na biegóweczki by się pojechało.   Tym bardziej, że niedaleko mamy.  Taki region - kulturalnie pustynia (kino z domem kultury na krzyż), ale za to krajobrazowo - marzenie.  Niedaleko nasze, czeskie i niemieckie górki - i to wymagające a nie jakieś wkijpierdział...
Był czas, że każdą chwilę spędzaliśmy w górach.  Nawet trochę wspinaczkowo.  Fajne to było hobby; takie, Panie, ekstremalne nieco - nie dziwota, że nastała Ziuta i się skończyło.  "Ja tam życia narażać nie będę, dziecko mam do wychowania, a ty róbta co chceta... Tylko testament odpowiednio sporządź, coby bidna sierotka bez środków z matką utracjuszką nie została ;))"
Myślałam, odpuści, kto by się tam w pojedynkę wspinał.  Ktoś ten sznurek z drugiego końca trzymać musi, nie?  Ano nie.  Tak pan ojciec kombinował, studiował i rozmyślał, że wymyślił: ma taki system, że sam siebie asekuruje!  Ja tam do końca nie kumam tej fizyki, ale póki co w jednym kawałku wraca - to chyba działa.
Azaliż forma rekreacji zacna: na powietrzu, z dreszczykiem, adrenalinką i powerem...
Ech młodość ;)
Tak było.  Z 10 kg temu (co najmniej).
Ziuta swoje wspinaczkowe epizody już zaliczyła - nie boi się bździągwa wysokości to sprzęt otrzymała i z ojcem próbuje.  Ale ma radochę!  Ja nie protestuję, gdyż wiem, że bezpieczniejsze to niż jazda na rowerze.
Może i ja się nawrócę (czyt. schudnę)...  Co będzie tak sam ojciec córce imponować?
Póki co tyłek rośnie bo blogowanie figurze bynajmniej nie służy.  Od tego krzesła jeszcze mi się, nie daj Boże, spłaszczy.

A i gotuję jakby więcej i bardziej kalorycznie.

A propos: dziś słodko, kalorycznie, pysznie i błyskawicznie.


4 - m i n u t o w e    c i a c h o    
m o c n o     c z e k o l a d o w e    
z    k u b k a

Składniki:

3 łyżki mąki
3 łyżki ciemnego cukru
1,5 łyżki kakao
szczypta sody
1 jajko
3 łyżki mleka
3 łyżki oliwy
3 łyżki chocolate chips (licho wie jak to po naszemu nazwać)

Suche składniki wymieszać, jajko rozbełtać, dodać mleko i olej i wymieszać z suchymi.  Dodać chocolate chips (albo kawałki gorzkiej czekolady) i zamieszać.  Wlać do kubka tak, żeby zająć 3/4 pojemności (urośnie).
Nastawić mikrofalę na max. i wstawić na 3 minuty.

Podawać z lodami waniliowymi/słodkim syropem/nalewką owocową.

Wszystko razem faktycznie trwa 4 MINUTY!



Ale uwaga na podstępnych małych podjadaczy:  zakradają się znienacka z własną łyżką, podbierają, wyjadają i kruszą dookoła.  I tak powstaje masakra, którą później trzeba posprzątać...

 





poniedziałek, 17 lutego 2014

Wściekle żółte curry z groszkiem i szpinakiem

Curry to nie potrawa.  Ani mieszanka przypraw.  Curry to sposób przyrządzania.  Innymi słowy: coś (warzywa, ryba, mięso) w sosie.
I właśnie takie coś zrobiłam.  I wyszło nieźle.
Kolejna potrawa z cyklu wegetariańskich ;)
Jest wściekle żółte - głównie dzięki dużej ilości kurkumy - a przez to bardzo energetyzujące.

Jak zwykle: mi smakowało, łociec docenił, a Ziuta nie tknęła...  Życie.
Pomocy babki, bo pomysłowość i cierpliwość mi przy tej małej kapryśnej gadzinie wysiada.
A jakiego to focha potrafi walnąć jak nie po jej myśli posiłek zaserwuję - klękajcie narody i drżyj przyszły mężu/chłopaku/konkubencie!
Chyba stworzę jakieś wyzwanie - "zdrowy smakołyk dla Ziuty" albo "bez cukru a jednak pysznie..." i będę się ratowała doświadczeniem innych matek ;)




W ś c i e k l e    ż ó ł t e    c u r r y
 z    g r o s z k i e m    i    s z p i n a k i e m


Skadniki:

1/2 kg niedużych obranych ziemniaków pokrojonych w ćwiartki
2 szklanki mrożonego zielonego groszku (rozmrozić na sitku w ciepłej wodzie)
2 cm obranego imbiru
3 szalotki
4 ząbki czosnku
1 puszka mleka kokosowego
garść liści szpinaku
1 łyżka oleju
1 łyżeczka kminu rzymskiego
1 łyżka kurkumy
1 łyżeczka ciemnego cukru
sól do smaku
zielona pietruszka, limonka (lub cytryna)

Imbir, szalotki i czosnek zmiksować z 50 ml wody na pastę.  W garnku rozgrzać łyżkę oliwy, dodać pastę imbirową i kmin rzymski i parę minut podsmażać mieszając.
Dolać 250 ml gorącej wody, dodać ziemniaki, kurkumę i cukier oraz stopniowo po łyżce mleka kokosowego, następnie zmniejszyć ogień, przykryć i gotować około 40 minut co jakiś czas mieszając.
Zdjąć pokrywkę i na większym ogniu dodać groszek a po minucie szpinak.  Zamieszać, potrzymać kolejną minutę na ogniu i wyłączyć.  Dodać soli do smaku (może być sos sojowy).

Już na talerzu dodać zielonej pietruszki i kilka kropli limonki lub cytryny.

Jest boskie.  Mleczko kokosowe daje potrawie aksamitną konsystencję (uwielbiam kokos w każdej postaci :) a kurkuma cudny soczysty kolor.  Razem z groszkiem i szpinakiem jest kolorowo, rozgrzewająco i pysznie.





Oryginalny przepis pochodzi z http://www.kwestiasmaku.com

niedziela, 16 lutego 2014

Ziemniaczane puree z włoską kapustą i pieczonym selerem

Dziś lokalnie i sezonowo.
Zaczynam na serio rozkochiwać się w selerze...
Romans nasz rozpoczął się całkiem niedawno, gdy teściówka zaserwowała przy święcie aksamitne puree z selera (jak wycyganię przepis to zamieszczę z poszanowaniem praw autorskich;) a niedługo później mój osobisty ukochany uraczył mnie znienacka selerem w kostki pokrojonym i idealnie podsmażonym.
Potem fascynacja nabierała na sile: były pyszne placki, kotlety panierowane i wiele innych cudów.  Jest bowiem seler warzywem  - nie bójmy się tego słowa - WSZECHSTRONNYM.

Na początek lajtowo aczkolwiek baaardzo smacznie:



Z i e m n i a c z a n e      p u r e e

z     w ł o s k ą     k a p u s t ą
i     p i e c z o n y m     s e l e r e m

Składniki:

1/3 główki włoskiej kapusty poszatkowanej lub pokrojonej w paski
1 kg ziemniaków ugotowanych w łupkach i obranych
1/2 dużego selera
3 łyżki oliwy
2 ząbki czosnku
sól i świeżo mielony pieprz
7 łyżek masła
5 łyżek mleka
tymianek (świeży lub suszony)

Kapustę gotujemy w osolonej wodzie, aż będzie al dente.
Obrany seler kroimy w plastry około 2 cm, smarujemy oliwą, oprószamy solą i pieprzem, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i pieczemy w 180 stopniach około 30 min (do miękkości).  Po upieczeniu kroimy plastry w pasy.

Ziemniaki tłuczemy z masłem i mlekiem.  Dodajemy tymianek i sól do smaku, ugotowaną kapustę i paski selera.
Mieszamy szybko i niedokładnie ;)
Można podać z gulaszem - lub szamać bez dodatków: daje radę!


 



sobota, 15 lutego 2014

Wegetarianizm czyli rozgrzewająca zupa z soczewicy z fetą

Mam ochotę na wegetarianizm.  Nie wiem tylko jak się za to zabrać.
Ja - to pikuś.  W ogólniaku miałam czteroletni "epizod" ortodoksyjnego wegetarianizmu;)  Analizowałam nawet skład zupek w proszku.  Każdy wiek ma swoje prawa.  Wtedy - jak coś robić to na 200%.
Teraz gorzej bo jest nas trójka.
Ogólnie zgadzamy się, że mięso to nic dobrego, toksyny i te sprawy.  Ziuta tezż miewa takie bardziej wegetariańskie momenty.  Można nawet powiedzieć, że z niej niezły ultras: są dni, kiedy niczego poza placuszkami nie rusza.
Ale ja bym chciała tak solidnie, świadomie i rzetelnie.  Żeby dzieciakowi nic w diecie nie zabrakło a stare żeby głodne i marudne nie kręciły się po domu.
Podstawa jest: uwielbiam strączkowe.  Ponoć to świetne źródło białka.  Kocham warzywa.  Ziuta już wie (bo powtarzam do wy..znudzenia;), że jedzenie bez warzyw się nie liczy.  Co z tego, skoro ostatnio je na okrągło placki i grzanki z serem.  A propos - nabiał też jest fe.  Zakwasza wnętrzności.  I mąka biała - zaśluzowuje (za przeproszeniem).
Zostają kiełki i korzonki.
W sumie mamy tu paradoks.  Chcę, żeby było dobrze i na maksa, ale korzonkami rodziny karmić NIE BEDE!
Może powoli zacznę wprowadzać zbilansowane warzywne nowości zamiast mięsnych starości..?
Ostatnio się prawie udało: Pan Ojciec pochwalił Zupę z Soczewicy.  Ziuta nie ruszyła.
1:0
Jednakowoż polecam.  Jest smak, jest moc, jest siła!






Z u p a    z    s o c z e w i c y    z    f e t ą

2 łyżki oliwy
1 posiekana cebula
200 gr soczewicy
1/2 oczyszczonego pokrojonego w kostkę selera
2 łyżeczki kuminu
1 łyżeczka utłuczonej w moździerzu kolendry
szczypta cayenne
3 ząbki czosnku startego na tarce
sól i świeżo mielony pieprz
1 litr rosołu
zielona pietruszka
3 łyżki fety

Do rondla wlewamy oliwę, dodajemy cebulę i smażymy do zeszklenia.  Dodajemy soczewicę i seler i podsmażamy przez chwilę.  Dodajemy sól i pieprz.  Dolewamy rosół i gotujemy na małym ogniu około 20 minut - aż soczewica będzie al dente ;)
Przed podaniem dodajemy posiekanej natki pietruszki i posypujemy kawałkami fety.


Pyszna i rozgrzewająca! Ten przepis został zgłoszony do akcji : Warzywa Strączkowe - edycja zimowa 2014