poniedziałek, 21 października 2013

Coś się kroi

U Ziuty w nosie coś gra. Znowu coś się kroi do licha. Jak nie urok to... Dawno nic się nie działo – to już ze dwa całe tygodnie będzie jak ze szpitala wyszłyśmy po zapaleniu płuc. Uwielbiam bycie mamą Ziuty, jest najfajniejszym dzieciakiem na świecie rzecz jasna, ale te cholerne infekcje przedszkolaka doprowadzają mnie na skraj załamania. Na niczym nie mogę się skupić bo cały czas nasłuchuję czy „czysto” w nosie, monitoruję temperaturę, oceniam gardło (zakwasów w szczęce biedne dziecko dostanie). Słowo daję – jakbym miała taką rąbniętą matkę z domu bym uciekła za młodu. Coś tajemniczego w moim mózgu zaszło po narodzinach Ziuty. Potworzyły się jakieś dziwne połączenia umożliwiające błyskawiczne przejście od „katar” do „wszyscy na stanowiska” i „to koniec”. I tak od wczoraj żyję w pełnej gotowości: pod ręką termometr, syropy, krople, trzy rodzaje różnych homeopatycznych „kuleczek” i roztaczający aromat aż do półpiętra słój syropu z cebuli. I czekam. To czekanie jest najgorsze – albo w jedną albo w drugą do diabła.
Jak to jest, że ludzie mają po trójce albo i więcej dzieciaków i nie kończą w wariatkowie? Człowiek się znieczula chyba.

Nigdy nie należałam do tych, którzy przyjmują wszystko co los przyniesie – nie mam tyle cierpliwości i/lub pokory. Walczę sobie z tymi wszystkimi wiatrakami, ale już jakby słabiej. Przy aktywnym czterolatku jednak tej energii się trochę zużywa;) Zaczynam też wierzyć w zaklinanie własnego losu: jak sobie szesnaście razy powtórzę „Nie, no teraz to już na pewno się rozłoży” to jej to wreszcie wmówię. Ostatnio dziewczyna z pracy próbowała mnie przekonać do afirmacji – z marnym skutkiem. Nawet spróbowałam z rana w łazience spojrzeć w lustro i powitać się entuzjastycznym „Cześć! Jesteś fantastyczna!”, ale przetarłam oczy i czar prysł...

2 komentarze:

  1. Czytam ten post i jakbym siebie widziała kilka lat temu... wyjącą do słuchawki telefonu: "siostra ja już nie mam siły, ona znowu jest chora", "długo tak jeszcze?", "dlaczego tak jest?", jedyną osobą, która mi pomogła przetrwać ten czas, kiedy moja córka (możesz się śmiać, ale mówimy na Nią Bożena, dlatego bardzo mi się spodobało jak Ty na swoją mówisz Ziuta :):)) chorowała, była wspaniała lekarka, której nie zapomnę do końca życia... była, bo niestety zmarła :(... wszystkie Jej zalecenia żyją do dziś, a przewidywania się sprawdziły. Ja też, tak jak Ty żyłam w ciągłej gotowości i każdy katar urastał do rangi tragedii... niestety trzeba to przeżyć. Jak znajdziesz jakiś sposób, że będzie Ci łatwiej, to korzystaj z niego:). Dzieci chorują i trzeba to przetrwać - banalne, ale prawdziwe... no i ta nadzieja, którą tak trudno żyć, że będzie coraz lepiej... bo będzie! UUUUU ale wykład strzeliłam!

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Bardzo Ci dziękuję! Ja wiem, że to się kiedyś skończy, właściwie to już jest lepiej (tfu! tfu!), ale ja już niestety mam taką paranoiczną naturę... no i średnio empatycznego szefa;) A nasza Ziuta teraz jest Ziutą, ale tak naprawdę jest osobą o wielu imionach i ostatnio to już na wszystko reaguje:)) Pozdrawiam Cię bardzo ciepło w ten pohuraganowy mroźny poranek!

    OdpowiedzUsuń